poniedziałek, 22 lipca 2013

Tiara Przydziału

Brama natychmiast się otworzyła. Stała w niej wysoka, czarnowłosa czarownica w szmaragdowozielonej szacie. Miała srogą twarz i Harry pomyślał, że nie jest to osoba, obok której można przejść obojętnie.
-Pirszoroczni, pani profesor McGonagall - oznajmił Hagrid.
-Dziękuję ci, Hagridzie. Sama ich stąd zabiore.
Otworzyła szerzej drzwi. Sala wejściowa była tak wielka, że zmieściłby się w niej cały dom Dursleyów. Płonące pochodnie oświetlały kamienne ściany, podobnie jak w podziemiach Gringotta, sklepienie ginęło w mroku, a wspaniałe marmurowe schody wiodły na piętro.
Ruszyli za profesor McGonagall po kamiennej posadzce. Zza drzwi po prawej stronie dochodził ożywiony gwar i Harry pomyślał, że reszta uczniów musi już tu być, ale profesor McGonagall zaprowadziła ich do pustej komnaty z drugiej strony. Stłoczyli się w niej, rozglądając niepewnie wokół siebie.
-Witajcie w zamku Hogwart - powiedziała profesor McGonagall. - Bankiet rozpoczynający nowy rok wkrótce się zacznie, ale zanim zajmiecie swoje miejsca w Wielkiej Sali, zostaniecie przydzieleni do domów. Ceremonia przydziału jest bardzo ważna, ponieważ podczas całego pobytu w Hogwarcie wasz dom będzie czymś w rodzaju rdziny. Będziecie mieć zajęcia razem z innymi mieszkańcami waszego domu, będziecie spać z nimi w dormitorium i spędzać razem czas wolny w pokoju wspólnym.
-Są cztery domy: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin. Każy dom ma swoją zaszczytną historię i z każdego wyszli na swiat słynni czarodzieje i znakomite czarodziejki. Tu, w Hogwarcie, wasze osiągnięcia będą chlubą waszego domu, zyskując mu punkty, a wasze przewinienia będą waszego domu, który przez was utraci część punktów. Dom, który osiagnie najwyższą liczbę punktów przy końcu roku, zdobędziecie Puchar Domów, co jest wielkim zaszczytem. Mam nadzieję, że każde z was będzie wierne swojemu domowi, bez względu na to, do którego zostanie przydzielone. Ceremonia przydziału odbędzie się za kilka minut w obecności całej szkoły. Zalecam wykorzystanie tego czasu na zadbanie w swój wygląd.
Jej spojrzenie spoczęło przez chwilę na pelerynie Neville'a, która była zawiązana pod jego lewym uchem, a następnie na usmolonym nosie Rona. Harry nerwowo przygładził włosy.
-Wrócę, kiedy będziecie gotowi - oznajmiła profesor McGonagall. - Proszę zachować spokój.
I wyszła z komnaty. Harry przełknął ślinę.
-A właściwie jak oni dokonują tego przydziału? - zapytał Rona.
-Chyba stosują jakiś test. Fred mówił, że to boli jak nie wiem co, ale pewno żartował.
Harry'emu serce podskoczyło do gardła. Test? Przed całą szkołą? Przecież nie zna jeszcze żadnych czarów, co by mógł pokazać? Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewał. Rozejrzał się nerwowo i zobaczył, że inni też są przerażeni. Nikt się nie odzywał, oprócz Hermiony, opowiadającej szeptem o wszystkich zaklęciach, których się nauczyła, i zastanawiającej się, które z nich będzie jej teraz potrzebne. Harry starał się jej nie słuchać. Jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany, nawet wtedy, kiedy wrócił do domu Dursleyów z pisemną uwagą, że w jakiś sposób zmienił perukę nauczyciela z ciemnobląd na niebieską. Utkwił wzrok w podłodze i czekał. Za chwilę wróci profesor McGonagall i powiedzie go ku jego smętnemu przeznaczeniu.
A potem stało się coś, co sprawiło, że podskoczył w powietrze przynajmniej na stopę. Kilku chłopców za nim wrzasnęło ze strachu.
-Co to...
Aż mu dech zaparło. Przez ścianę tuż za nim przeniknęło około około dwudziestu duchów. Perłowobiałe i lekko przezroczyste, szybowały w komnacie, rozmawiając między sobą i nie zwracając na nich uwagi. Wyglądało na to, że o coś się spierają. Duch małego grubego mnicha mówił:
-Przebaczać i zapominać, powtarzam, to nasza zasada. Powinniśmy dać mu jeszcze jedną szansę...
-Mój drogi mnichu, czyż nie daliśmy już Irytkowi wszystkich szans, na jakie zasługiwał? I wciąż nas oczernia, a przecież tak naprawdę wcale nie jest duchem... Hej, a wy co tu robicie?
Duch w kryzie i trykotach nagle zauważył tłum pierwszoroczniaków.
Nikt mu nie odpowiedział.
-Nowi studenci! - powiedział Gruby Mnich, obdarzając ich uśmiechem. - Czekacie na przydział, co?
Kilka osób pokiwało milcząco głowami.
-Może się spotkamy w Hufflepuffie! - rzekł Mnich. - To mój stary dom.
-No, idziemy! - rozległ się ostry głos. - Ceremonia przydziału zaraz się rozpocznie.
Wróciła profesor McGonagall. Duchy jeden po drugim wsiąknęły w ścianę.
-A teraz proszę stanąć rzędem - poleciła profesor McGonagall - i iść za mną.
Harry czuł się dość dziwnie, bo nogi miał jakby z ołowiu, ale stanął za chłopcem o piaskowych włosach. Za sobą miał Rona. Wyszli gęsiego z komnaty, a potem przeszli przez salę wejściową i przez podwójne drzwi wkroczyli do Wielkiej Sali.
Harry nigdy nawet sobie nie wyobrażał tak dziwnego i wspaniałego miejsca. Oświetlały je tysiące świec unoszących się w powietrzu ponad czterema długimi stołami, za którymi siedziała reszta uczniów. Stoły zastawione były lśniącymi złotymi talerzami i pucharami. U szczytu stał jeszcze jeden długi stół, przy którym zasiadali nauczyciele. Tam właśnie zaprowadziła pierwszoroczniaków profesor McGonagall i kazała im się zatrzymać w szeregu, twarzami do reszty uczniów. W migotliwym blasku świec wpatrzone w nich twarze wyglądały jak blade lampiony. Tu i tam między uczniami połyskiwały srebrną poświatą duchy. Czując się trochę nieswojo pod tymi wszystkimi spojrzeniami, Harry popatrzył w górę i zobaczył aksamitnoczarne sklepienie upstrzone gwiazdami. Usłyszał szept Hermiony:
-Jest zaczarowane... żeby wyglądało jak prawdziwe niebo... Czytałam o tym w książce o historii Hogwartu.
Trudno było uwierzyć, że jest tam w ogóle sklepienie i że Wielka Sala nie jest po prostu otwarta na niebo.
Harry szybko spojrzał w dół, bo profesor McGonagall ustawiła przed nimi stołek o czterech nogach. Na stołku spoczywała spiczasta tiara czarodzieja, wystrzępiona, połatana i okropnie brudna. Ciotka Petunia nie pozwoliłaby trzymać czegoś takiego w domu.
Może trzeba będzie wyciągnąć z niej królika? - myślał gorączkowo Harry. Zobaczył, że wszyscy wpatrują się w tiarę, więc i on utkwił w niej wzrok. Przez kilka sekund panowała głucha cisza. A potem tiara drgnęła. Szew w pobliżu krawędzi rozpruł się szeroko jak otwarte usta i tiara zaczęła śpiewać:
Może nie jestem śliczna,
Może i łach ze mnie stary,
Lecz choćbyś świat przeszukał,
Tak mądrej nie znajdziesz tiary.
Możecie mieć meloniki,
Możecie nosić panamy,
Lecz jam jest Tiara Losu,
Co jeszcze nie jest zbadany.
Choćbyś swą głowę schował
Pod pachę albo w piasek,
I tak poznam kim jesteś,
Bo dla mnie nie ma masek.
Śmiało, dzielna młodzieży,
Na głowy mnie wkładajcie,
A ja wam zaraz powiem,
Gdzie odtąd zamieszkacie.
Może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa cnota,
Gdzie króluje odwaga
I do czynów ochota.
A może w Hufflepuffie,
Gdzie sami prawi mieszkają,
Gdzie wierni i sprawiedliwi
Hogwarta szkoły są chwałą.
A może w Ravenclawie
Zamieszkać wam wypadnie
Tam płonie lampa wiedzy,
Tam mędrcem będziesz snadnie.
A jeśli chcecie zdobyć
Druchów gotowych na wiele,
To czeka was Slytherin,
Gdzie cenią sobie fortele.
Więc bez lęku, do dzieła!
Na głowy mnie wkładajcie,
Jam jest Myśląca Tiara,
Los wam wyznaczę na starcie!




Cała sala rozbrzmiała oklaskami i okrzykami, kiedy tiara zakończyła swój śpiew. Potem skłoniła się przed każdym z czterech stołów i ponownie znieruchomiała.
-Więc musimy po prostu przymierzyć ten kapelusz! - szepnął Ron do Harry'ego. - Zabiję tego Freda, opowiadał mi o pojedynku z trollem.
Harry uśmiechnął się blado. Tak, nałożenie tiary jest na pewno łatwiejsze niż wyczarowanie czegoś z kapelusza, ale wiele by dał, żeby przy tym nikt na niego nie patrzył. Tiara wyglądała na taką, co lubi zadawać mnóstwo pytań, a w tym momencie jakoś nie miał na to ochoty. Gdyby tiara wspomniała o jakimś domu, w którym mieszkają osoby dość wrażliwe i nieco lękliwe, z całą pewnością trafiłby właśnie do niego.
Teraz wystąpiła profesor McGonagall, trzymając w ręku długi zwój pergaminu.
-Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Abbot, Hanna!
Z szeregu wystąpiła dziewczynka o różowej buzi i jasnych mysich ogonkach, nałożyła tiarę, która opadła jej prawie na nos, i usiadła. W chwilę później...
-HUFFLEPUFF! - krzyknęła tiara.
Przy stole po prawej stronie rozległy się oklaski i okrzyki aplauzu. Hanna podreptała do niego i usiadła, a Harry zobaczył, jak duch Grubego Mnicha macha do niej wesoło ręką.
-Bones, Susan!
-HUFFLEPUFF! - wrzasnęła znowu tiara, a Susan usiadła obok Hanny.
-Boot, Terry!
-RAVENCLAW!
Tym razem rozległy się wiwaty przy drugim stole na lewo, gdzie kilka osób powstawało, by uścisnąć rękę Terry'emu.
"Brocklehurst, Mandy" też powędrowała do Ravenclawu, ale "Brown, Lavender" pierwsza trafiła do Gryffindoru, co wywołało burzę oklasków przy krańcowym stole po lewej stronie. Harry dostrzegł tam rudych bliźniaków.
"Bulstrode, Milicenta" znalazła się w Slytherinie. Może to skutek zbyt bujnej wyobraźni, po tym wszystkim, co Harry usłyszał, ale mieszkańcy tego domu wydali mu się jacyś nie bardzo przyjemni.
Teraz zrobiło mu się naprawdę niedobrze. Przypomniał sobie, jak w starej szkole wybierano go na samym końcu, nie dlatego, że był gorszy od innych, ale dlatego, że wszyscy się bali, żeby Dudley nie uznał ich za jego przyjaciela.
-Granger, Hermiona!
Hermiona prawie podbiegła do stołka i szybko wcisnęła tiarę na głowę.
-GRYFFINDOR! - krzyknęła tiara. Ron jęknął.
Okropna myśl ugodziła Harry'ego gdzieś w tył głowy, jak to zwykle czynią okropne myśli, kiedy jest się bardzo zdenerwowanym. A jeśli w ogóle nie dostanie przydziału? A może będzie siedział i siedział na stołku w tej okropnej tiarze, aż w końcu profesor McGonagall zerwie mu ją z głowy i oświadczy publicznie, że musiała zajść jakaś pomyłka i "Potter, Harry" musi wracać do domu...
Kiedy wywołano Neville'a Longbottoma, chłopca, który zgubił ropuchę, biedak przewrócił się, idąc do stołka, a potem długo na nim siedział, póki tiara w końcu nie krzyknęła:
-GRYFFINDOR!
Neville zerwał się i odbiegł, wciąż w tiarze na głowie, i musiał wrócić, żeby wśród ryków śmiechu rozbawionej sali oddać ją Morganowi MacDougalowi.
Następnie wystąpił dumny i blady Malfoy i natychmiast spęłniło się jego życzenie: zaledwie tiara dotknęła jego głowy, wrzasnęła:
-SLYTHERIN!
Malfoy usiadł obok swoich przyjaciół, Crabbe'a i Goyle'a, wyraźnie z tego uradowanych.
Pozostało ich już niewielu.
Moon... Nott... Parkinson... potem para bliźniaczek, Patil i Patil... potem Perks Sally Anna... aż w końcu...
-Potter, Harry!
Kiedy Harry wystąpił, rozległy się podniecone szepty, jakby w całej sali wykipiała woda na rozpaloną do czerwoności blachę.
-Potter? Tak powiedziała?
-Ten Harry Potter?
Ostatnią rzeczą, jaką Harry zobaczył, zanim tiara opadła mu na oczy, był gąszcz wyciągniętych głów, bo każdy chciał mu się przyjrzeć. Potem widział już tylko ciemne wnętrze tiary. Czekał.
-Hmm - usłyszał w uchu cichy głosik. - Trudne. Bardzo trudne. Mnóstwo odwagi, tak. Umysł też dość tęgi. To prawdziwy talent... och, na Boga, tak... i zdrowe pragnienie sprawdzenia się... tak, to bardzo interesujące... Więc gdzie mam go przydzielić?
Harry chwycił mocno za krawędzie stworka i pomyślał:
Tylko nie do Slytherinu, nie do Slytherinu.
-Nie do Slytherinu? - odezwał się głosik. - Jesteś pewny? Możesz być kimś wielkim, tak, to wszystko jest tu, w twojej głowie, a Slytherin na pewno pomoże ci w osiągnięciu wielkości... Nie? No dobrze, skoro jesteś pewny... niech będzie...
-GRYFFINDOR!
To ostatnie słowo tiara wrzasnęła na całą salę. Zdjął ją i na trzęsących się nogach ruszył ku stołowi Gryffindooru. Czuł taką ulgę, że został wybrany i nie trafił do Slytherinu, że prawie do niego nie docierały najgłośniejsze jak dotąd wiwaty. Percy prefekt wstał i uścisnął mu serdecznie rękę, a bliźniacy ryczeli: "Mamy Pottera! Mamy Pottera!". Harry usiadł naprzeciw ducha w trykocie. Duch poklepał go po ramieniu, co Harry oczuł tak, jakby zanurzył ramię w wiaderku z lodowatą wodą.
Dopiero teraz zobaczył dokładnie stół prezydialny. Na samym końcu, najbliżej niego, siedział Hagrid, który spojrzał na niego u uniósł kciuk do góry. Harry wyszczerzył do niego zęby. A pośrodku, na wielkim złotym kześle z oparciami siedział sam Dumbledore. Harry poznał go natychmiast, bo przecież dobrze się przyjrzał jego żywej podobiźnie na karcie z czekoladowej żaby. Srebrne włosy Dumbledore'a płonęły jasnym blaskiem. W mrocznej sali lśniły tak tylko te włosy i duchy. Zobaczył też profesora Quirrella, owego nerwowego młodzieńca z Dziurawego Kotła. Wyglądał bardzo osobliwie w wielkim purpurowym turbanie.
Jeszcze tylko cztery osoby nie miały przydziału. "Thomas, Dean", ciemnoskóry chłopiec wyższy nawet od Rona, usiadł przy stole Gryffindoru obok Harry'ego. "Turpin, Lisa", trafiła do Ravenclawu, a potem nadeszła kolej na Rona, który już nie był blady, ale bladozielony. Harry skrzyżował palce pod stołem, a w chwilę później tiara oznajmiła donośnym głosem:
-GRYFFINDOR!
-Dobra robota, Ron, wspaniale - pochwalił go wspaniałomyślnie Percy Weasley, kiedy "Zabini, Blaise" został przydzielony do Slytherinu. Profesor McGonagall zwinęła pergamin i zabrała Tiarę Przydziału.
Harry popatrzył na swój pusty złoty talerz. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny. Paszteciki dyniowe należały już do zamierzchłej przeszłości.
Teraz powstał Albus Dumbledore. Rozłożył szeroko ramiona, twarz miał rozpromienioną, jakby nic nie mogło go tak ucieszyć, jak widok wszystkich uczniów.
-Witajcie! - powiedział. - Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam!
I usiadł. Rozległy się oklaski i wiwaty. Harry nie wiedział, czy się śmiać, czy zachować powagę.
-Czy on jest trochę... no wiesz... stuknięty? - zapytał niepewnym tonem Percy'ego.
-Stuknięty? - powtórzył beztrosko Percy. - To geniusz! Największy czarodziej na świecie! Ale fakt, ma lekkiego świra. Podać ci ziemniaczki, Harry?
Harry otworzył usta. Półmiski pełne były najróżniejszych potraw. Jeszcze nigdy nie widział tylu różnych rzeczy na jednym stole: befsztyki, pieczone kurczęta, kotlety schabowe i jagnięce, kiełbaski, bekony, steki, ziemniaki gotowane i pieczone, frytki, pudding Yorkshire, strudle, marchewka, sosy, keczup i, nie wiedzieć czemu, miętówki.
Dursleyowie Harry'ego nie głodzili, ale też nigdy nie pozwalali mu najeść się do syta. Dudley zawsze zjadał to, na co Harry miał akurat ochotę, choćby miało mu się zrobić niedobrze. Harry napełnił więc talerz wszystkim po trochu, prócz miętówek, i zaczął jeść. Wszystko było naprawdę wspaniałe.
-Wygląda całkiem apetycznie - powiedział duch w kryzie, przyglądając się, jak Harry odcina kawałek soczystego steku.
-Nie możesz...?
-Nie jadłem od prawie pięciuset lat - odpowiedział duch. - Nam to niepotrzebne, choć, oczywiście, trochę się za tym tęskni. Ale chyba jeszcze się nie przedstawiłem. Sir Nicolas de Mimsy-Porpington, do usług. Duch-rezydent Wieży Gryffindoru.
-Wiem, kim jesteś! - zawołał nagle Ron. - Moi bracia opowiadali mi o tobie... Jesteś Prawie Bezgłowym Nickiem!
-Wolałbym, żeby zwracano się do mnie Sir Nicholas de Mimsy - zaczął duch, ale przerwał mu Seamus Finnigan, chłopiec o piaskowych włosach.
-Prawie bezgłowy? Jak można być prawie bezgłowym?
Sir Nicholas zrobił bardzo urażoną minę.
-Można. O tak - powiedział ze złością. Złapał się za lewe ucho, pociągnął i... głowa przechyliła się na bok i spoczęła na ramieniu, jakby była na zawiasach. Ktoś najwidoczniej próbował odciąć Sir Nicholasowi głowę, ale brakowało mu wprawy i nie zrobił tego dokłądnie. Prawie Bezgłowy Nick popatrzył z zadowoleniem na ich zdumione twarze i umieścił sobie głowę z powrotem na karku, odkaszlnął i rzekł:
-A więc... nowi Gryfoni! Żywię nadzieję, że pomożecie nam zdobyć mistrzostwo domów w tym roku. Jeszcze nigdy nie utraciliśmy pucharu aż na tak długo. Ślizgoni... tak nazywamy mieszkańców Slytherinu... zdobyli go już sześć lat temu i dotąd nie oddali! Krwawy Baron puszy się tak, że trudno z nim wytrzymać... Baron rezyduje w Slytherinie, rzecz jasna.
Harry spojrzał na stół Ślizgonów i zobaczył siedziącego przy nim straszliwego ducha z pustymi, bladymi oczami i ponurą twarzą, w szatach zbryzganych srebrną krwią. Siedział na prawo od Malfoya, który - jak Harry stwierdził z zadowoleniem - nie wyglądał na zachwyconego tym sąsiedztwem.
-Dlaczego jest taki zakrwawiony? - zapytał z ciekawością Seamus.
-Nigdy go o to nie pytałem - odpowiedział Prawie Bezgłowy Nick.
Kiedy wszyscy najedli się do syta, resztki po prostu znikły z talerzy, które znowu zalśniły czystością. W chwilę później pojawiły się desery: bloki lodów we wszystkich smakach jakie można było sobię wymyślić, strucle jabłkowe, cistka z owocami polane syropem, polane czekoladą eklerki, pączki nadziewane konfiturą, biszkopty z kremem, truskawki, marmoladki, ryżowy budyń...
Harry nałożył sobie wielkie caistko z owocami i syropem, a tymczasem rozmowa zeszła na koligacje rodzinne.
-Ja jestem pół na pół - powiedział Seamus. - Tata jest mugolem. Mama dopiero po ślubie powiedziała mu, że jest czarownicą. Trochę nim wstrząsnęło.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
-A ty, Neville? - zapytał Ron.
-Mnie wychowała babcia, która jest czarodziejką, ale rodzina bardzo długo uważała mnie za kompletnego mugola. Stryjek Algie wciąż próbował mnie sprowokować, żebym się ujawnił z czarami... raz nawet zepchnął mnie do morza z końca z końca mola w Blackpool, mało brakowało, a bym się utopił... ale nic się nie stało. Dopiero jak miałem osiem lat, stryjek przyszedł do nas na obiad, złapał mnie za kostki u nóg i wywiesił przez okno, a tu babcia go pyta, czy nie zjadłby bezy... No więc mnie puścił, bo bardzo lubił bezy, a ja spadłem do ogrodu, odbiłem się od ziemi jak piłka i znowu spadłem na drogę. Ale była uciecha! Babcia aż się popłakała, tak się cieszyła. Żebyście widzieli ich miny, jak dostałem list. Bo przedtem bali się, że nie jestem dostatecznie magiczny. Stryjek Algie tak był zadowolony, że od razu kupił mi ropuchę.
Percy Weasley i Hermiona rozmawiali o nauce ("Mam nadzieję, że od razu się zacznie, tyle trzeba się nauczyć, mnie osobiście bardzo interesuje transmutacja, no wiesz, zamienianie czegoś w coś innego, no tak, oczywiście, wiem, że to bardzo trudne...";" Zaczniesz od małych rzeczy, no wiesz, zamienianie zapałek w igły, takie tam sztuczki...").
Harry, który robił się coraz bardziej senny, spojrzał na stół prezydialny. Hagrid pociągał zdrowo z pucharu. Profesor McGonagall rozmawiała z profesorem Dumbledore'em. Profesor Quirrell, w swoim absurdalnym turbanie, rozmawiał z jakimś nauczycielem o tłustych czarnych włosach, haczykowatym nosie i ziemistej cerze.
Nagle ów nauczyciel spojrzał ponad turbanem Quirrella prosto w oczy Harry'ego, a ten poczuł ostry, pikący ból w czole, jakby go ktoś trafił końcem rozgrzanego pogrzebacza.
-Auu! - krzyknął Harry i złapał się za głowę.
-Co ci jest? - zapytał Percy.
-N-nic.
Ból minął równie szybko, jak się pojawił. Trudniej było otrząsnąć się z wrażenia, jakie na Harrym sprawiło to spojrzenie - wrażenia, że ów nauczyciel z pewnością go nie lubi.
-Kim jest ten, który rozmawia z profesorem Quirrellem? - zapytał Percy'ego.
-O, już znasz Quirrella, tak? Nic dziwnego, że jest taki zdenerwowany, rozmawia z profesorem Snape'em. Snape uczy eliksirów, ale nie bardzo ma na to ochotę... wszyscy wiedzą, że wolałby zająć miejsce Quirrella. Ten Snape zna się na czarnej magii.
Harry obserwował Snape'a przez jakiś czas, ale ten już na niego nie spojrzał.
W końcu znikły również desery i znowu powstał profesor Dumbledore. W sali zrobiło się cicho.
-E-hym... jeszcze tylko kilka słów. Mam nadzieję, że wszyscy się najedli i napili. Chciałbym wam przekazać kilka uwag wstępnych. Pierwszoroczniacy niech zapamiętają, że nikomu nie wolno wchodzić do lasu, który leży na skraju terenu szkoły. Dobrze by było, żeby pamiętało o tym również kilku starszych uczniów.
Migocące oczy Dumbledore'a zwróciły się w stronę rudych bliźniaków.
-Pan Filch prosił mnie też, żebym wam przypomniał, że między lekcjami, na korytarzach, nie wolno używać żadnych czarów. Próby do quidditcha rozpoczynają się w drugim tygoniu semestru. Każdy, kto jest zainteresowany grą w barwach swojego domu, powinien zgłosić się do pani Hooch. I ostatnia uwaga. Muszę was poinformować, że w tym roku wstęp na korytarz na trzecim piętrze, ten po prawej stronie, jest zabroniony. Dla wszystkich, o ile nie chcą umrzeć w straszliwych mękach.
Harry roześmiał się, ale był jednym z niewielu, którzy to uczynili.
-On chyba żartuje, co? - mruknął do Percy'ego.
-Nie sądzę - odrzekł Percy, marszcząc czoło. - To dziwne, bo zwykle podaje powód, dla którego nie wolno gdzieś wchodzić... W lesie jest mnóstwo niebezpiecznych zwierząt i potworów, wszyscy o tym wiedzą. Ale ty, na trzecim piętrze... Uważam, że powinien powiedzieć chociaż nam, prefektom.
-A teraz zanim pójdziemy spać, zaśpiewajmy nasz szkolny hymn! - zawołał Dumbledore. Harry zauważył, że uśmiechy innych nauczycieli jakby nieco zbladły.
Dumbledore poderwał lekko swoją różdżkę, jakby strząsał z niej muchę, a z jej końca wystrzeliła złota szarfa, która uniosła się wysoko nad stoły i rozwinęła, jak wąż, w słowa.
-Każdy wybiera sobie ulubioną melodię - zawołał Dumbledore - i śpiewamy!
A cała szkoła zawyła:

Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
czy ktoś stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziem wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!



Każdy kończył śpiewać w trochę innym czasie. W końcu tylko bliźniacy Weasleyowie śpiewali na powolną melodię marsza żałobnego. Dumbledore dyrygował nimi za pomocą różdżki aż do ostatniej nuty, a kiedy wreszcie skończyli, był jednym z tych, którzy klaskali najgłośniej.
-Ach, muzyka - powiedział, ocierając łzę w oku. - To magia większa od wszystkiego, co my tu robimy! A teraz, pora spania. Biegiem do łóżek!
Pierwszoroczniacy z przydziałem do Gryffindoru pomaszerowali za Percym, przepychając się przez chuczący od gwaru tłum. Wyszli z Wielkiej Sali, a potem poprowadził ich marmurowymi schodami. Harry czuł, że znowu nogi ma jak z ołowiu, tym razem nie ze strachu, ale ze zmęczenia i obżarstwa. Był tak senny, że nie zaskoczyło go wcale, iż ludzie z portretów na scianach korytarzy szeptali coś i pokazywali ich sobie. Percy poprowadził ich przez drzwi ukryte za rozsuwanymi panelami i wyblakłymi arrasami. Wspięli się po jakichś kolejnych schodach, ziewając i powłócząc nogami, a Harry zaczął już się zastanawiać, jak długo jeszcze będą iść, kiedy nagle się zatrzymali.
Przed nimi, w powietrzu, unosiła się wiązka lasek, a kiedy Percy zrobił krok w ich stronę, laski zaczęły się na niego rzucać.
-To Irytek - szepnął Percy do pierwszoroczniaków. - Poltergeist. - Podniósł głos. - Irytku, pokaż się.
Odpowiedzią był ordynarny, syczący głos, jakby ktoś wypuszczał powietrze z balona.
-Chcesz, żebym poszedł po Krwawego Barona?
Rozległ się trzask i pojawił się mały człowieczek ze złośliwymi, małymi oczkami i szerokimi ustami. Unosił się ze skrzyżowanymi nogami w powietrzu, trzymając wiązkę lasek.
-Oooooch! - zarechotał. - Pierwszoroczniaki! Maluchy! Ale zabawa!
I nagle rzucił się w ich kierunku. Wszyscy cofnęli się gwałtownie.
-Idź sobię, Irytku! Mam o tym donieść Baronowi? Zaraz to zrobię! - krzyknął Percy.
Irytek pokazał mu jezyk i zniknął, upuszczając laski na głowę Neville'a. Usłyszeli, jak się oddala, bębniąc po drodze w tablice z herbami.
-Musicie się wystrzegać Irytka - powiedział Percy, kiedy ruszyli dalej. - Boi się tylko Krwawego Barona. Nie słucha nawet nas, prefektów. No, jesteśmy.
Na samym końcu korytarza wisiał portret grubej kobiety w różowej, jedwabnej sukni.
-Hasło? - zapytała.
-Caput Draconis - odpowiedział Percy, a portret usunął się, ukazując okrągłą dziurę w ścianie. Przeleźli przez nią - Neville'a trzeba było podsadzić - i znaleźli się w pokou wspólnym Gryffindory: przytulnym, okrągłym pomieszczeniu pełnym wysiedzianych foteli.
Percy wskazał dziewczętom jedne drzwi, wiodące do ich dormitorium, a chłopcom drugie. Na szczycie spiralnych schodów - najwidoczniej byli w jednej z wież - znaleźli w końcu komnatę sypialną z pięcioma łożami, każde z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały aksamitne, ciemnoczerwone zasłony. Ich kufry już tam stały. Zbyt zmęczeni, by rozmawiać, rozebrali się, założyli piżamy i padli na łóżka.
-Ale żarcie, co? - mruknął zza zasłony Ron. - Zjeżdżaj, Parszywku! Zabiera się do mojego prześcieradła!
Harry zamierzał zapytać Rona, czy próbował ciastek z owocami i kremem, ale nie zdążył, bo zasnął.
Prawdopodobnie zjadł za dużo, gdyż miał bardzo dziwny sen. śniło mu się, że ma na głowie turban profesora Quirrella, który (turban) mówił mu, że musi się natychmiast przenieść do Slytherinu, ponieważ takie jest jego przeznaczenie. Harry odpowiedział turbanowi, że nie chce iść do Slytherinu, a turban robił się coraz cięższy i cięższy. Harry próbował go ściągnąć, ale turban zacisnął mu się bolśnie na głowie - i był tam Malfoy, który śmiał się z niego, widząc walkę z turbanem - a potem Malfoy zmienił się w tego nauczyciela z haczykowatym nosem, Snape'a, który śmiał się bardzo głośno, coraz głośniej - aż nagle buhnęło zielone światło i Harry obudził się, zlany potem i drżący ze strachu.
Przewrócił się na bok i znowu zasnął, a kiedy obudził się następnego ranka, w ogóle nie pamiętał tego snu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz