czwartek, 25 lipca 2013

Mistrz eliksirów

Tam, popatrz.
-Gdzie?
-Obok tego wysokiego chłopaka z rudymi włosami.
-W okularach?
-Widziałeś jego twarz?
-Widziałeś jego bliznę?
Takie szepty towarzyszyły Harry'emu od chwili, gdy następnego ranka opuścił dormitorium. Ludzie stawali na palcach, żeby go zobaczyć, albo wracali, żeby mu się lepiej przyjrzeć, kiedy mijał ich na korytarzach. Harry wolałby, żeby tego nie robili, zwłaszcza że próbował się skupić na odnalezieniu sal do nauki.
W Hogwarcie było sto czterdzieści różnych schodów: szerokich i wygodnych, wąskich i rozklekotanych; niektóre w piątki prowadziły zupełnie gdzie indziej niź w pozostałe dni tygodnia, inne miały gdzieś w środku znikający stopień, o którym trzeba było pamiętać. Były też drzwi, które za nic nie dały się otworzyć, jeśli ich się grzecznie nie prosiło albo nie połaskotało w odpowiednim miejscu, a także drzwi, które w ogóle nie były prawdziwymi drzwiami, tylko miejscami w ścianie udającymi drzwi. Trudno było zapamiętać, gdzie co jest, ponieważ wszystko zdawało się wciąż zmieniać miejsce. Osoby z portretów nieustannie się odwiedzały, a Harry był pewny, że stojące tu i ówdzie zbroje potrafią chodzić.
Duchy tylko pogarszały sytuacje. Trudno było nie poczuć zimnego dreszczu, kiedy jeden z nich prześlizgiwał się nagle przez drzwi, które próbowało się otworzyć. Prawie Bezgłowy Nick cieszył się, kiedy mógł pokazać drogę nowym Gryfonom, ale spotkanie z Irytkiem Poltergeistem zawsze kończyło się przynajmniej dwoma zamkniętymi na klucz drzwiami i schodami z pułapką. Z lubością wysypywał nowicjuszom kubły ze śmieciami na głowę, wyciągał dywany spod nóg, obrzucał kawałkami kredy albo znienacka łapał za nos, wrzeszcząc: "MAM TWÓJ NOCHAL!"
Jeszcze gorszy od Irytka, jeśli to w ogóle możliwe, był woźny, Argus Filch. Harry i Ron zapoznali się z niemiłą stroną jego charakteru już pierwszego przedpołudnia. Filch spotkał ich, jak próbowali przejść przez drzwi, które okazały się wejściem do zakazanego korytarza na trzecim piętrze. Nie chciał uwierzyć, że po prostu zabłądzili, był pewny, że celowo chcieli się tam wedrzeć, i groził, że zamknie ich w lochu. Na szczęście uratował ich profesor Quirrell, który akurat tamtędy przechodził.
Filch miał kotkę, Panią Norris, kościste, bure stworzenie o wypukłych, płonących oczach, podobnie zresztą jak sam Filch. Zwykle patrolowała samotnie korytarze. Wystarczyło złamać jakiś przepis, zrobić coś nie tak jak należy, a kocica natychmiast wzywała Filcha, który sapiąc, pojawiał się po kilku sekundach. Filch znał sekretne przejścia w zamku najlepiej ze wszystkich (może z wyjątkiem rudych bliźniaków) i potrafił wyrastać spod ziemi równie niespodziewanie jak duchy. Wszyscy uczniowie go nie znosili, a wielu uważało za punkt honoru dać Pani Norris zdrowego kopniaka.
No i wreszcie, kiedy już udało się je znaleźć, były pracownie poszczególnych przedmiotów. Już po paru pierwszych tygodniach Harry musiał przyznać, że wymachiwanie różdżką i mamrotanie paru śmiesznych słów to dziecinna zabawa w porównaniu z tym, czego ich uczono.
W każdą środę, o północy, studiowali niebo przez teleskopy, poznając nazwy różnych gwiazd i ruchy planet. Trzy razy w tygodniu wychodzili z zamku do cieplarni, aby uczyć się zielarstwa pod kierunkiem przysadzistej starej czarownicy, profesor Sprout. Uczyli się, jak hodować te wszystkie dziwne rośliny i grzyby, a także jaki z nich robić użytek.
Najnudniejsza była historia magii, jedyny przedmiot wykładany przez ducha. Profesor Binns był już bardzo stary. Pewnego wieczora zasnął przed kominkiem w pokoju nauczycielskim, a kiedy następnego ranka wstał, aby pójść na lekcję, był już bez ciała. Binns wciąż zapadał w drzemkę, kiedy oni zapisywali długie listy nazwisk i dat, myląc Emeryka Złego z Ulrykiem Niegodziwym.
Profesor Flitwick, nauczyciel zaklęć i uroków, był maleńkim czarodziejem, który musiał stać na stosie ksiąg, żeby widzieć coś spoza katedry. Podczas pierwszej lekcji odczytał listę obecności, a kiedy doszedł do Harry'ego, zakwiczał z emocji i zniknął im z oczu, spadając za katedrę.
Profesor McGonagall była zupełnie inna. Harry miał całkowitą rację, uważając, że to nauczyciel, którego nie sposób oszukać. Energiczna i bystra, dała im pokaz tego, co potrafi, kiedy tylko usiedli w ławkach.
-Transmutacja jest najbardziej złożonym i niebezpiecznym rodzajem magii, jakiego będziecie się uczyć w Hogwarcie - oznajmiła. - Każdy, kto będzie rozrabiał, opuści klasę i już do niej nie wróci. Zostaliście ostrzeżeni.
Potem zmieniła katedrę w prosiaka, a prosiaka w katedrę. Zrobiło to na wszystkich duże wrażenie i nie mogli się doczekać, kiedy sami zaczną zmieniać meble w zwierzęta. A czekali długo. Po zapisaniu mnóstwa skomplikowanych reguł i wskazówek, każdy dostał zapałkę i musiał zacząć od próby zamienienia jej w igłę. Pod koniec lekcji tylko Hermione Granger coś z tego wyszło; profesor McGonagall pokazała wszystkim jej zapałkę, teraz srebrną i zaostrzoną, a następnie obdarzyła Hermionę łaskawym uśmiechem.
Przedmiotem, którego wszyscy wyczekiwali z największą niecierpliwością, była obrona przed czarną magią, ale profesor Quirrell, który tego nauczał, bardzo ich zawiódł. W jego klasie zawsze cuchnęło czosnkiem; mówiono, że spożywał go w wielkich ilościach jako środek przeciw pewnemu wampirowi, którego spotkał w Rumunii, i odtąd żył w nieustannym lęku, że ów wampir odnajdzie go nawet tutaj. Śmieszny turban, który zawsze nosił, był podobno darem od afrykańskiego księcia, który chciał mu się odwdzięczyć za uwolnienie od towarzystwa jakiegoś wyjątkowo uciążliwego zombi, ale nie bardzo wierzył w tę opowieść. Po pierwsze, kiedy Seamus Finnigan zapytał Quirrella, jak pokonał tego zombi, profesor zrobił się różowy i zaczął mówić o pogodzie, a po drugie, zauważyli, że to turban wydziela okropny zapach. Weasleyowie uważali, że właśnie w nim jest pełno czosnku, mającego wszędzie chronić Quirrella przed wampirem - dlatego się z nim nie rozstawał.
Harry z ulgą stwierdził, że wcale nie jest tak bardzo zapóźniony w znajomości świata magii. Wielu uczniów pochodziło z rodzin mugoli i podobnie jak on nie miało przedtem pojęcia, że są czarodziejami. Zresztą nauki było tyle, że nawet tacy czarodzieje z dziada pradziada jak Ron wcale nie byli od nich lepsi.
Piątek był ważnym dniem dla Harry'ego i Rona. W reszcie udało im się trafić do Wielkiej Sali na śniadanie i ani razu po drodze nie zbłądził.
-Co dzisiaj mamy? - zapytał Rona Harry, sypiąc sobie cukier do owsianki.
-Dwie godziny eliksirów, ze Ślizgonami - odpowiedział Ron. - Snape jest opiekunem ich domu. Mówią, że zawsze mają u niego taryfe ulgową... zobaczymy, czy to prawda.
-Żeby tak McGonagall traktowała nas ulgowo - powiedział Harry.
Profesor McGonagall była opiekunką Gryffindory, ale wcale to jej nie przechodziło w zadaniu im mnóstwa pracy domowej poprzedniego dnia.
Właśnie nadeszła poczta. Harry już się do tego przyzwyczaił, ale pierwszego ranka przeżył lekki wstrząsł, kiedy podczas śniadania około setki sów wleciało do Wielkiej Sali, krążąc nad stołami i poszukując właściwych adresatów, a potem zrzuciło im na podołki listy i paczuszki.
Jak dotąd Hedwiga niczego jeszcze Harry'emu nie przyniosła. Czasami podlatywała i szczypała go w ucho, a wtedy dostawała kawałek tostu i leciała do sowiarni na drzemkę. Tego ranka wylądowała jednak na stole, między marmoladą a cukiernicą, i rzuciła Harry'emu na talerz zwitek papieru. Rozwinął go z niecierpliwością i zobaczył parę zdań, napisanych bardzo koślawym pismem:


Drogi Harry,
Wiem, że w piątek po południu masz wolne,
więc może byś wpadł do mnie na kubek herbaty
około trzeciej? Opowiesz mi o swoim pierwszym
tygodniu. Wyślij odpowiedź przez Hedwigę.
Hagrid









Harry pożyczył pióro od Rona, napisał: "Tak, chętnie, do zobaczenia" na odwrocie listu i oddał go Hedwidze.
I całe szczęście, że czekała go ta herbatka z Hagridem, bo lekcja eliksirów okazała się najprzykrzejszym przeżyciem, jakie go do tej pory spotkało.
Na początku bankietu powitalnego Harry doszedł do wniosku, że profesor Snape z jakiegoś powodu go nie lubi. Pod koniec lekcji eliksirów wiedział już, że się mylił. Snape wyraźnie go nienawidził.
Lekcje eliksirów odbywały się w jednym z lochów. Było tam zimniej niż w reszcie zamku, a w dodatku wzdłuż ścian stały półki pełne słojów, w których pływały najróżniejsze marynowane zwierzęta. Już to wystarczyło, żeby dostać gęsiej skórki, kiedy się tam weszło.
Snape, podobnie jak Flitwick, zaczął od odczytania listy i podobnie jak Flitwick zatrzymał się przy nazwisku Harry'ego.
-Ach, tak - powiedział cicho. - Harry Potter. Nasza nowa znakomitość.
Draco Malfoy i jego przyjaciele Crabbe i Goyle parsknęli śmiechem, zakrywając twarze rękami. Snape skończył odczytywać nazwiska i spojrzał po klasie. Oczy miał czarne jak Hagrid, ale nie było w nich ani krzty ciepła. Były to oczy zimne i puste, przywodzące na myśl ciemne tunele.
-Jesteście tutaj, żeby się nauczyć subtelnej, a jednocześnie ścisłej sztuki przyrządzania eliksirów - zaczął.
Mówił prawie szeptem, ale słyszeli każde słowo; Snape, podobnie jak profesor McGonagall, potrafił utrzymywać w klasie ciszę bez podniesienia głosu. - Nie ma tutaj głupiego wymachiwania różdżkami, więc być może wielu z was uważa, że to w ogóle nie jest magia. Nie oczekuję od was, że naprawdę docenicie piękno kipiącego ognia i unoszącej się z niego roziskrzonej pary, delikatną moc płynów, które pełzną poprzez żyły człowieka, aby oczarować umysł i usidlić zmysły... Mogę was nauczyć, jak uwięzić w butelce sławę, uwarzyć chwałę, a nawet powstrzymywać śmierć, jeśli tylko nie jesteście bandą bałwanów, jakich zwykle muszę nauczać.
Po tym krótkim przemówieniu znowu zapadła głucha cisza. Harry i Ron wymienili spojrzenia, unosząc brwi. Hermiona Granger prawie zsunęła się z krzesła, sprawiając wrażenie osoby, która zamierza udowodnić, że nie jest bałwanem.
-Potter! - powiedział znienacka Snape. - Co mi wyjdzie, jeśli dodam sproszkowanego korzenia asfodelusa do nalewki z piołunu?
Sproszkowanego korzenia czego? Do nalewki z czego? Harry zerknął na Rona, ale ten sprawiał wrażenie kompletnie ogłupiałego i z pewnością taki był. Ręka Hermiony wystrzeliła w powietrze.
-Nie wiem, panie profesorze - odpowiedział Harry.
Wargi Snape'a wykrzywiły się w drwiącym uśmiechu.
-Aha! Najwyraźniej sława to nie wszystko.
Zlekceważył podniesioną rękę Hermiony.
-Spróbujemy jeszcze raz. Potter, gdzie będziesz szukał, jeśli ci powiem, żebyś znalazł mi beozar?
Hermiona wyciągnęła rękę tak wysoko, jak zdołała, nie opuszczając swojej ławki, ale Harry nie miał zielonego pojęcia, co to jest beozar. Starał się nie patrzyć na Malfoya, Crabbe'a i Goyle'a, którzy trzęśli się ze śmiechu.
-Nie wiem, panie profesorze.
-Wydaje mi się, że nie zaglądałeś do żadnej książki, zanim tu przyjechałeś, co Potter?
Harry zmusił się, by spojrzeć prosto w te ciemne oczy. Oczywiście zaglądał do książek u Dursleyów, ale czyżby Snape oczekiwał, że zapamięta każdy przepis z Tysiąca magicznych ziół i grzybów?
Snape wciąż nie dostrzegał drżącej ręki Hermiony.
-Potter, jaka jest różnica między mordownikiem a tojadem żółtym?
Hermiona wstała, celując dwoma palcami w sklepienie lochu.
-Nie wiem - odpowiedział Harry. - Myślę jednak, że wie Hermiona, więc dlaczego pan jej nie zapyta?
Rozległy się pojedyńcze śmiechy; Harry napotkał spojrzenie Seamusa, który puścił do niego oko. Snape nie był jednak zachwycony.
-Siadaj - warknął na Hermionę. - A więc dowiedz się, Potter, że asfodelus i piołun dają napój usypiający o takiej mocy, że znany jest jako wywar żywej śmierci. Beozar to kamieć tworzący się w żołądku kozy, który chroni przed wieloma truciznami. Jeśli chodzi o mordownik i tojad żółty, to jest to jedna i ta sama roślina, nazywana również akonitem. Dlaczego tego nie zapisujecie?
Zróbił sie ruch, wszyscy sięgali po pióra i pergaminy.
-Potter - powiedział Snape - twoja ignoracja pozbawiła właśnie Gryffindor jednego punktu.
Dalej sprawy potoczyły się jeszcze gorzej. Snape podzielił ich na pary i kazał sporządzić prosty napój leczący z czyraków. Miotał się po lochu w swojej długiej, czarnej pelerynie, obserwując, jak odważają suszoną pokrzywę i kruszą kły węża, krytykując prawie wszystkich prócz Malfoya, którego wyraźnie faworyzował. Mówił właśnie, by wszyscy się przyjrzeli, jak Malfoy znakomicie uwarzył swoje rogate ślimaki, kiedy nagle loch wypełniła chmura gryzącego, zielonego dymu i rozległ się syk. Neville niechcący zakołysał kociołkiem Seamusa i warzony przez nich płyn wylał się na posadzkę, wypalając dziury w butach sąsiadów. Neville, oblany płynem, jęczał z bólu, a na jego rękach i nogach rozkwitały czerwone bąble.
-Idiota! - warknął Snape i jednym machnięciem różdżki oczyścił posadzkę z rozlanego wywaru. - Oczywiście dodałeś kolce jeżozwierza przed zdjęciem kociołka z ognia, tak?
Neville zaczął szlochać, bo bąble pokryły mu już cały nos.
-Zaprowadź go do skrzydła szpitalnego - burknął do Seamusa. A potem podszedł do Harry'ego i Rona, którzy pracowali obok Neville'a.
-Potter... Do ciebie mówię. Dlaczego nie powiedziałeś mu, żeby nie dodawał kolców? Myślałeś, że jeśli jemu coś nie wyjdzie, to ty na tym zyskasz? W ten sposób straciłeś jeszcze jeden punkt dla swojego domu.
Było to tak jawnie niesprawiedliwe, że Harry już otworzył usta, by wyrazić swój sprzeciw, ale Ron kopnął go dyskretnie.
-Nie prowokuj go - mruknął. - Słyszałem, że Snape potrafi być bardzo przykry.
Kiedy godzinę później wspinali się po schodach prowadzących z lochów na górę, Harry pogrążył się w smętnych myślach. Mijał dopiero pierwszy tydzień, a on już stracił dwa punkty... Dlaczego Snape tak się na niego uwziął?
-Nie martw się - pocieszył go Ron. - Fred i George zawsze tracą punkty u Snape'a. Mogę z tobą pójść do Hagrida?
Za pięć trzecia opuścili zamek i poszli przez park. Hagrid mieszkał w małym drewnianym domku na skraju Zakazanego Lasu. Przed drzwiami stała para kaloszy, a o ścianę domku oparta była kusza.
Kiedy Harry zapukał, wewnątrz rozległo się gwałtowne skrobanie i kilka basowych szczęknięć. Potem usłyszeli głos Hagrida:
-Leżeć, Kieł! Spokój!
Drzwi lekko się uchyliły i ukazała się w nich wielka, włochata twarz Hagrida.
-Nie bójcie się - rzekł zamiast powitania. - Spokój, Kieł.
Wpuścił ich do środka, trzymając za obrożę olbrzymiego czarnego brytana.
Wewnątrz była tylko jedna izba. Z sufitu zwieszały się szynki i bażanty, nad otwartym paleniskiem kołysał się parujący miedziany kociołek, a w kącie stało masywne łóżko przykryte kołdrą z patchworku.
-Czujcie się jak w domu - powiedział Hagrid, puszczając Kła, który podbiegł prosto do Rona i zaczął mu lizać uszy. Podobnie jak Hagrid Kieł najwyraźniej nie był tak dziki, jak wyglądał.
-To jest Ron - przedstawił kolegę Harry. Hagrid już należał wrzątek do wielkiego dzbanka i wykładał na talerz herbatniki.
-Jeszcze jeden Weasley, co? - powiedział, patrząc na piegowatą twarz rudzielca. - Pół życia spędziłem na wygnaniu z lasu twoich braci bliźniaków.
Herbatniki okazały się bezkształtnymi bryłkami ciasta z rodzynkami, tak twardymi, że trzeba było uważać, żeby nie złamać sobie zęba, ale Harry i Ron udawali, że bardzo im smakują i opowiadali Hagridowi o swoich pierwszych lekcjach. Kieł oparł łeb na kolanach Harry'ego, obśliniając mu całą szatę.
Harry i Ron byli zachwyceni, słysząc, że Hagrid nazywa Filcha "tym starym skurczybykiem".
-A ta wyleniała kocica, Pani Norris... Wiecie co, chciałbym ją kiedyś przedstawić Kłowi. Za każdym razem, kiedy jestem w szkole, bez przerwy za mną łazi. Nie można się jej pozbyć... Filch ją tak przyuczył.
Harry opowiedział Hagridowi o lekcji ze Snape'em. Hagrid, podobnie jak Ron, radził mu, żeby się tym nie przejmował, bo Snape nikogo nie lubi.
-Ale on mnie naprawdę nienawidzi.
-Bzdury! - powiedział Hagrid. - A niby dlaczego?
Harry nie mógł się jednak pozbyć wrażenia, że Hagrid odwrócił wzrok, kiedy to mówił.
-A jak tam twój brat, Charlie? - zapytał Hagrid Rona. - Bardzo go lubiłem... miał rękę do zwierząt.
Harry zastanawiał się, czy Hagrid umyślnie zmienił temat. Kiedy Ron zaczął opowiadać o Charliem i jego sukcesach w tresowaniu smoków, Harry wziął do ręki kawałek papieru leżący na stole pod przykrywką na dzbanek. Był to artykuł wycięty z "Proroka Codziennego":




CO NOWEGO W SPRAWIE
WŁAMANIA DO GRINGOTTA?


Śledztwo w sprawie włamania do banku Gringotta
utknęło w martwym punkcie. Włamanie, które
miało miejsce 31 lipca, uważa się za dzieło
nieznanych czarnoksiężników lub czarownic.
Personel Gringotta oznajmił dzisiaj, że nic nie
zostało zrabowane. Włamało się do pustej krypty,
bo nieco wcześniej tego samego dnia została
opróżniona przez właściciela.
"Nie możemy jednak powiedzieć, co w niej było,
więc przestańcie węszyć, bo źle to się dla was
skończy" - powiedział dziś po południu rzecznik
goblinów.




Harry przypomniał sobie, że w pociągu Ron mówił mu
o próbie obradowania Gringotta, nie wspomniał jednak, kiedy to się stało.
-Hagridzie! - zawołał. - To włamanie wydarzyło się akurat w moje urodziny! Może nawet wtedy, kiedy tam byliśmy!
Tym razem nie było najmniejszej wątpliwości: Hagrid za nic nie chciał spojrzeć mu w oczy. Odchrząknął i zapytał, czy smakują mu ciasteczka. Harry jeszcze raz przeczytał artykuł. Włamano się do pustej krypty, bo nieco wcześniej tego samego dnia została opróżniona przez właściciela. Hagrid opróżnił kryptę siedemset trzynaście, jeśli w ogóle można nazwać opróżnieniem zabranie z niej jakiejś paczuszki. A może właśnie tego szukali złodzieje?
Kiedy Harry i Ron wracali do zamku na kolację, kieszenie mieli wypchane herbatnikami domowej roboty, których zabrania nie wypadało im odmówić. Harry pomyślał, że jeszcze żadna lekcja nie dała mu tyle do myślenia, co ta herbatka u Hagrida. Czyżby Hagrid zdążył zabrać paczkę we właściwym czasie? Komu ja oddał? I czy Hagrid wiedział coś o profesorze Snapie, czego nie chciał powiedzieć Harry'emu?

poniedziałek, 22 lipca 2013

Tiara Przydziału

Brama natychmiast się otworzyła. Stała w niej wysoka, czarnowłosa czarownica w szmaragdowozielonej szacie. Miała srogą twarz i Harry pomyślał, że nie jest to osoba, obok której można przejść obojętnie.
-Pirszoroczni, pani profesor McGonagall - oznajmił Hagrid.
-Dziękuję ci, Hagridzie. Sama ich stąd zabiore.
Otworzyła szerzej drzwi. Sala wejściowa była tak wielka, że zmieściłby się w niej cały dom Dursleyów. Płonące pochodnie oświetlały kamienne ściany, podobnie jak w podziemiach Gringotta, sklepienie ginęło w mroku, a wspaniałe marmurowe schody wiodły na piętro.
Ruszyli za profesor McGonagall po kamiennej posadzce. Zza drzwi po prawej stronie dochodził ożywiony gwar i Harry pomyślał, że reszta uczniów musi już tu być, ale profesor McGonagall zaprowadziła ich do pustej komnaty z drugiej strony. Stłoczyli się w niej, rozglądając niepewnie wokół siebie.
-Witajcie w zamku Hogwart - powiedziała profesor McGonagall. - Bankiet rozpoczynający nowy rok wkrótce się zacznie, ale zanim zajmiecie swoje miejsca w Wielkiej Sali, zostaniecie przydzieleni do domów. Ceremonia przydziału jest bardzo ważna, ponieważ podczas całego pobytu w Hogwarcie wasz dom będzie czymś w rodzaju rdziny. Będziecie mieć zajęcia razem z innymi mieszkańcami waszego domu, będziecie spać z nimi w dormitorium i spędzać razem czas wolny w pokoju wspólnym.
-Są cztery domy: Gryffindor, Hufflepuff, Ravenclaw i Slytherin. Każy dom ma swoją zaszczytną historię i z każdego wyszli na swiat słynni czarodzieje i znakomite czarodziejki. Tu, w Hogwarcie, wasze osiągnięcia będą chlubą waszego domu, zyskując mu punkty, a wasze przewinienia będą waszego domu, który przez was utraci część punktów. Dom, który osiagnie najwyższą liczbę punktów przy końcu roku, zdobędziecie Puchar Domów, co jest wielkim zaszczytem. Mam nadzieję, że każde z was będzie wierne swojemu domowi, bez względu na to, do którego zostanie przydzielone. Ceremonia przydziału odbędzie się za kilka minut w obecności całej szkoły. Zalecam wykorzystanie tego czasu na zadbanie w swój wygląd.
Jej spojrzenie spoczęło przez chwilę na pelerynie Neville'a, która była zawiązana pod jego lewym uchem, a następnie na usmolonym nosie Rona. Harry nerwowo przygładził włosy.
-Wrócę, kiedy będziecie gotowi - oznajmiła profesor McGonagall. - Proszę zachować spokój.
I wyszła z komnaty. Harry przełknął ślinę.
-A właściwie jak oni dokonują tego przydziału? - zapytał Rona.
-Chyba stosują jakiś test. Fred mówił, że to boli jak nie wiem co, ale pewno żartował.
Harry'emu serce podskoczyło do gardła. Test? Przed całą szkołą? Przecież nie zna jeszcze żadnych czarów, co by mógł pokazać? Czegoś takiego w ogóle się nie spodziewał. Rozejrzał się nerwowo i zobaczył, że inni też są przerażeni. Nikt się nie odzywał, oprócz Hermiony, opowiadającej szeptem o wszystkich zaklęciach, których się nauczyła, i zastanawiającej się, które z nich będzie jej teraz potrzebne. Harry starał się jej nie słuchać. Jeszcze nigdy nie był tak zdenerwowany, nawet wtedy, kiedy wrócił do domu Dursleyów z pisemną uwagą, że w jakiś sposób zmienił perukę nauczyciela z ciemnobląd na niebieską. Utkwił wzrok w podłodze i czekał. Za chwilę wróci profesor McGonagall i powiedzie go ku jego smętnemu przeznaczeniu.
A potem stało się coś, co sprawiło, że podskoczył w powietrze przynajmniej na stopę. Kilku chłopców za nim wrzasnęło ze strachu.
-Co to...
Aż mu dech zaparło. Przez ścianę tuż za nim przeniknęło około około dwudziestu duchów. Perłowobiałe i lekko przezroczyste, szybowały w komnacie, rozmawiając między sobą i nie zwracając na nich uwagi. Wyglądało na to, że o coś się spierają. Duch małego grubego mnicha mówił:
-Przebaczać i zapominać, powtarzam, to nasza zasada. Powinniśmy dać mu jeszcze jedną szansę...
-Mój drogi mnichu, czyż nie daliśmy już Irytkowi wszystkich szans, na jakie zasługiwał? I wciąż nas oczernia, a przecież tak naprawdę wcale nie jest duchem... Hej, a wy co tu robicie?
Duch w kryzie i trykotach nagle zauważył tłum pierwszoroczniaków.
Nikt mu nie odpowiedział.
-Nowi studenci! - powiedział Gruby Mnich, obdarzając ich uśmiechem. - Czekacie na przydział, co?
Kilka osób pokiwało milcząco głowami.
-Może się spotkamy w Hufflepuffie! - rzekł Mnich. - To mój stary dom.
-No, idziemy! - rozległ się ostry głos. - Ceremonia przydziału zaraz się rozpocznie.
Wróciła profesor McGonagall. Duchy jeden po drugim wsiąknęły w ścianę.
-A teraz proszę stanąć rzędem - poleciła profesor McGonagall - i iść za mną.
Harry czuł się dość dziwnie, bo nogi miał jakby z ołowiu, ale stanął za chłopcem o piaskowych włosach. Za sobą miał Rona. Wyszli gęsiego z komnaty, a potem przeszli przez salę wejściową i przez podwójne drzwi wkroczyli do Wielkiej Sali.
Harry nigdy nawet sobie nie wyobrażał tak dziwnego i wspaniałego miejsca. Oświetlały je tysiące świec unoszących się w powietrzu ponad czterema długimi stołami, za którymi siedziała reszta uczniów. Stoły zastawione były lśniącymi złotymi talerzami i pucharami. U szczytu stał jeszcze jeden długi stół, przy którym zasiadali nauczyciele. Tam właśnie zaprowadziła pierwszoroczniaków profesor McGonagall i kazała im się zatrzymać w szeregu, twarzami do reszty uczniów. W migotliwym blasku świec wpatrzone w nich twarze wyglądały jak blade lampiony. Tu i tam między uczniami połyskiwały srebrną poświatą duchy. Czując się trochę nieswojo pod tymi wszystkimi spojrzeniami, Harry popatrzył w górę i zobaczył aksamitnoczarne sklepienie upstrzone gwiazdami. Usłyszał szept Hermiony:
-Jest zaczarowane... żeby wyglądało jak prawdziwe niebo... Czytałam o tym w książce o historii Hogwartu.
Trudno było uwierzyć, że jest tam w ogóle sklepienie i że Wielka Sala nie jest po prostu otwarta na niebo.
Harry szybko spojrzał w dół, bo profesor McGonagall ustawiła przed nimi stołek o czterech nogach. Na stołku spoczywała spiczasta tiara czarodzieja, wystrzępiona, połatana i okropnie brudna. Ciotka Petunia nie pozwoliłaby trzymać czegoś takiego w domu.
Może trzeba będzie wyciągnąć z niej królika? - myślał gorączkowo Harry. Zobaczył, że wszyscy wpatrują się w tiarę, więc i on utkwił w niej wzrok. Przez kilka sekund panowała głucha cisza. A potem tiara drgnęła. Szew w pobliżu krawędzi rozpruł się szeroko jak otwarte usta i tiara zaczęła śpiewać:
Może nie jestem śliczna,
Może i łach ze mnie stary,
Lecz choćbyś świat przeszukał,
Tak mądrej nie znajdziesz tiary.
Możecie mieć meloniki,
Możecie nosić panamy,
Lecz jam jest Tiara Losu,
Co jeszcze nie jest zbadany.
Choćbyś swą głowę schował
Pod pachę albo w piasek,
I tak poznam kim jesteś,
Bo dla mnie nie ma masek.
Śmiało, dzielna młodzieży,
Na głowy mnie wkładajcie,
A ja wam zaraz powiem,
Gdzie odtąd zamieszkacie.
Może w Gryffindorze,
Gdzie kwitnie męstwa cnota,
Gdzie króluje odwaga
I do czynów ochota.
A może w Hufflepuffie,
Gdzie sami prawi mieszkają,
Gdzie wierni i sprawiedliwi
Hogwarta szkoły są chwałą.
A może w Ravenclawie
Zamieszkać wam wypadnie
Tam płonie lampa wiedzy,
Tam mędrcem będziesz snadnie.
A jeśli chcecie zdobyć
Druchów gotowych na wiele,
To czeka was Slytherin,
Gdzie cenią sobie fortele.
Więc bez lęku, do dzieła!
Na głowy mnie wkładajcie,
Jam jest Myśląca Tiara,
Los wam wyznaczę na starcie!




Cała sala rozbrzmiała oklaskami i okrzykami, kiedy tiara zakończyła swój śpiew. Potem skłoniła się przed każdym z czterech stołów i ponownie znieruchomiała.
-Więc musimy po prostu przymierzyć ten kapelusz! - szepnął Ron do Harry'ego. - Zabiję tego Freda, opowiadał mi o pojedynku z trollem.
Harry uśmiechnął się blado. Tak, nałożenie tiary jest na pewno łatwiejsze niż wyczarowanie czegoś z kapelusza, ale wiele by dał, żeby przy tym nikt na niego nie patrzył. Tiara wyglądała na taką, co lubi zadawać mnóstwo pytań, a w tym momencie jakoś nie miał na to ochoty. Gdyby tiara wspomniała o jakimś domu, w którym mieszkają osoby dość wrażliwe i nieco lękliwe, z całą pewnością trafiłby właśnie do niego.
Teraz wystąpiła profesor McGonagall, trzymając w ręku długi zwój pergaminu.
-Kiedy wyczytam nazwisko i imię, dana osoba nakłada tiarę i siada na stołku. Abbot, Hanna!
Z szeregu wystąpiła dziewczynka o różowej buzi i jasnych mysich ogonkach, nałożyła tiarę, która opadła jej prawie na nos, i usiadła. W chwilę później...
-HUFFLEPUFF! - krzyknęła tiara.
Przy stole po prawej stronie rozległy się oklaski i okrzyki aplauzu. Hanna podreptała do niego i usiadła, a Harry zobaczył, jak duch Grubego Mnicha macha do niej wesoło ręką.
-Bones, Susan!
-HUFFLEPUFF! - wrzasnęła znowu tiara, a Susan usiadła obok Hanny.
-Boot, Terry!
-RAVENCLAW!
Tym razem rozległy się wiwaty przy drugim stole na lewo, gdzie kilka osób powstawało, by uścisnąć rękę Terry'emu.
"Brocklehurst, Mandy" też powędrowała do Ravenclawu, ale "Brown, Lavender" pierwsza trafiła do Gryffindoru, co wywołało burzę oklasków przy krańcowym stole po lewej stronie. Harry dostrzegł tam rudych bliźniaków.
"Bulstrode, Milicenta" znalazła się w Slytherinie. Może to skutek zbyt bujnej wyobraźni, po tym wszystkim, co Harry usłyszał, ale mieszkańcy tego domu wydali mu się jacyś nie bardzo przyjemni.
Teraz zrobiło mu się naprawdę niedobrze. Przypomniał sobie, jak w starej szkole wybierano go na samym końcu, nie dlatego, że był gorszy od innych, ale dlatego, że wszyscy się bali, żeby Dudley nie uznał ich za jego przyjaciela.
-Granger, Hermiona!
Hermiona prawie podbiegła do stołka i szybko wcisnęła tiarę na głowę.
-GRYFFINDOR! - krzyknęła tiara. Ron jęknął.
Okropna myśl ugodziła Harry'ego gdzieś w tył głowy, jak to zwykle czynią okropne myśli, kiedy jest się bardzo zdenerwowanym. A jeśli w ogóle nie dostanie przydziału? A może będzie siedział i siedział na stołku w tej okropnej tiarze, aż w końcu profesor McGonagall zerwie mu ją z głowy i oświadczy publicznie, że musiała zajść jakaś pomyłka i "Potter, Harry" musi wracać do domu...
Kiedy wywołano Neville'a Longbottoma, chłopca, który zgubił ropuchę, biedak przewrócił się, idąc do stołka, a potem długo na nim siedział, póki tiara w końcu nie krzyknęła:
-GRYFFINDOR!
Neville zerwał się i odbiegł, wciąż w tiarze na głowie, i musiał wrócić, żeby wśród ryków śmiechu rozbawionej sali oddać ją Morganowi MacDougalowi.
Następnie wystąpił dumny i blady Malfoy i natychmiast spęłniło się jego życzenie: zaledwie tiara dotknęła jego głowy, wrzasnęła:
-SLYTHERIN!
Malfoy usiadł obok swoich przyjaciół, Crabbe'a i Goyle'a, wyraźnie z tego uradowanych.
Pozostało ich już niewielu.
Moon... Nott... Parkinson... potem para bliźniaczek, Patil i Patil... potem Perks Sally Anna... aż w końcu...
-Potter, Harry!
Kiedy Harry wystąpił, rozległy się podniecone szepty, jakby w całej sali wykipiała woda na rozpaloną do czerwoności blachę.
-Potter? Tak powiedziała?
-Ten Harry Potter?
Ostatnią rzeczą, jaką Harry zobaczył, zanim tiara opadła mu na oczy, był gąszcz wyciągniętych głów, bo każdy chciał mu się przyjrzeć. Potem widział już tylko ciemne wnętrze tiary. Czekał.
-Hmm - usłyszał w uchu cichy głosik. - Trudne. Bardzo trudne. Mnóstwo odwagi, tak. Umysł też dość tęgi. To prawdziwy talent... och, na Boga, tak... i zdrowe pragnienie sprawdzenia się... tak, to bardzo interesujące... Więc gdzie mam go przydzielić?
Harry chwycił mocno za krawędzie stworka i pomyślał:
Tylko nie do Slytherinu, nie do Slytherinu.
-Nie do Slytherinu? - odezwał się głosik. - Jesteś pewny? Możesz być kimś wielkim, tak, to wszystko jest tu, w twojej głowie, a Slytherin na pewno pomoże ci w osiągnięciu wielkości... Nie? No dobrze, skoro jesteś pewny... niech będzie...
-GRYFFINDOR!
To ostatnie słowo tiara wrzasnęła na całą salę. Zdjął ją i na trzęsących się nogach ruszył ku stołowi Gryffindooru. Czuł taką ulgę, że został wybrany i nie trafił do Slytherinu, że prawie do niego nie docierały najgłośniejsze jak dotąd wiwaty. Percy prefekt wstał i uścisnął mu serdecznie rękę, a bliźniacy ryczeli: "Mamy Pottera! Mamy Pottera!". Harry usiadł naprzeciw ducha w trykocie. Duch poklepał go po ramieniu, co Harry oczuł tak, jakby zanurzył ramię w wiaderku z lodowatą wodą.
Dopiero teraz zobaczył dokładnie stół prezydialny. Na samym końcu, najbliżej niego, siedział Hagrid, który spojrzał na niego u uniósł kciuk do góry. Harry wyszczerzył do niego zęby. A pośrodku, na wielkim złotym kześle z oparciami siedział sam Dumbledore. Harry poznał go natychmiast, bo przecież dobrze się przyjrzał jego żywej podobiźnie na karcie z czekoladowej żaby. Srebrne włosy Dumbledore'a płonęły jasnym blaskiem. W mrocznej sali lśniły tak tylko te włosy i duchy. Zobaczył też profesora Quirrella, owego nerwowego młodzieńca z Dziurawego Kotła. Wyglądał bardzo osobliwie w wielkim purpurowym turbanie.
Jeszcze tylko cztery osoby nie miały przydziału. "Thomas, Dean", ciemnoskóry chłopiec wyższy nawet od Rona, usiadł przy stole Gryffindoru obok Harry'ego. "Turpin, Lisa", trafiła do Ravenclawu, a potem nadeszła kolej na Rona, który już nie był blady, ale bladozielony. Harry skrzyżował palce pod stołem, a w chwilę później tiara oznajmiła donośnym głosem:
-GRYFFINDOR!
-Dobra robota, Ron, wspaniale - pochwalił go wspaniałomyślnie Percy Weasley, kiedy "Zabini, Blaise" został przydzielony do Slytherinu. Profesor McGonagall zwinęła pergamin i zabrała Tiarę Przydziału.
Harry popatrzył na swój pusty złoty talerz. Dopiero teraz uświadomił sobie, jak bardzo jest głodny. Paszteciki dyniowe należały już do zamierzchłej przeszłości.
Teraz powstał Albus Dumbledore. Rozłożył szeroko ramiona, twarz miał rozpromienioną, jakby nic nie mogło go tak ucieszyć, jak widok wszystkich uczniów.
-Witajcie! - powiedział. - Witajcie w nowym roku szkolnym w Hogwarcie! Zanim rozpoczniemy nasz bankiet, chciałbym wam powiedzieć kilka słów. A oto one: Głupol! Mazgaj! Śmieć! Obsuw! Dziękuję wam!
I usiadł. Rozległy się oklaski i wiwaty. Harry nie wiedział, czy się śmiać, czy zachować powagę.
-Czy on jest trochę... no wiesz... stuknięty? - zapytał niepewnym tonem Percy'ego.
-Stuknięty? - powtórzył beztrosko Percy. - To geniusz! Największy czarodziej na świecie! Ale fakt, ma lekkiego świra. Podać ci ziemniaczki, Harry?
Harry otworzył usta. Półmiski pełne były najróżniejszych potraw. Jeszcze nigdy nie widział tylu różnych rzeczy na jednym stole: befsztyki, pieczone kurczęta, kotlety schabowe i jagnięce, kiełbaski, bekony, steki, ziemniaki gotowane i pieczone, frytki, pudding Yorkshire, strudle, marchewka, sosy, keczup i, nie wiedzieć czemu, miętówki.
Dursleyowie Harry'ego nie głodzili, ale też nigdy nie pozwalali mu najeść się do syta. Dudley zawsze zjadał to, na co Harry miał akurat ochotę, choćby miało mu się zrobić niedobrze. Harry napełnił więc talerz wszystkim po trochu, prócz miętówek, i zaczął jeść. Wszystko było naprawdę wspaniałe.
-Wygląda całkiem apetycznie - powiedział duch w kryzie, przyglądając się, jak Harry odcina kawałek soczystego steku.
-Nie możesz...?
-Nie jadłem od prawie pięciuset lat - odpowiedział duch. - Nam to niepotrzebne, choć, oczywiście, trochę się za tym tęskni. Ale chyba jeszcze się nie przedstawiłem. Sir Nicolas de Mimsy-Porpington, do usług. Duch-rezydent Wieży Gryffindoru.
-Wiem, kim jesteś! - zawołał nagle Ron. - Moi bracia opowiadali mi o tobie... Jesteś Prawie Bezgłowym Nickiem!
-Wolałbym, żeby zwracano się do mnie Sir Nicholas de Mimsy - zaczął duch, ale przerwał mu Seamus Finnigan, chłopiec o piaskowych włosach.
-Prawie bezgłowy? Jak można być prawie bezgłowym?
Sir Nicholas zrobił bardzo urażoną minę.
-Można. O tak - powiedział ze złością. Złapał się za lewe ucho, pociągnął i... głowa przechyliła się na bok i spoczęła na ramieniu, jakby była na zawiasach. Ktoś najwidoczniej próbował odciąć Sir Nicholasowi głowę, ale brakowało mu wprawy i nie zrobił tego dokłądnie. Prawie Bezgłowy Nick popatrzył z zadowoleniem na ich zdumione twarze i umieścił sobie głowę z powrotem na karku, odkaszlnął i rzekł:
-A więc... nowi Gryfoni! Żywię nadzieję, że pomożecie nam zdobyć mistrzostwo domów w tym roku. Jeszcze nigdy nie utraciliśmy pucharu aż na tak długo. Ślizgoni... tak nazywamy mieszkańców Slytherinu... zdobyli go już sześć lat temu i dotąd nie oddali! Krwawy Baron puszy się tak, że trudno z nim wytrzymać... Baron rezyduje w Slytherinie, rzecz jasna.
Harry spojrzał na stół Ślizgonów i zobaczył siedziącego przy nim straszliwego ducha z pustymi, bladymi oczami i ponurą twarzą, w szatach zbryzganych srebrną krwią. Siedział na prawo od Malfoya, który - jak Harry stwierdził z zadowoleniem - nie wyglądał na zachwyconego tym sąsiedztwem.
-Dlaczego jest taki zakrwawiony? - zapytał z ciekawością Seamus.
-Nigdy go o to nie pytałem - odpowiedział Prawie Bezgłowy Nick.
Kiedy wszyscy najedli się do syta, resztki po prostu znikły z talerzy, które znowu zalśniły czystością. W chwilę później pojawiły się desery: bloki lodów we wszystkich smakach jakie można było sobię wymyślić, strucle jabłkowe, cistka z owocami polane syropem, polane czekoladą eklerki, pączki nadziewane konfiturą, biszkopty z kremem, truskawki, marmoladki, ryżowy budyń...
Harry nałożył sobie wielkie caistko z owocami i syropem, a tymczasem rozmowa zeszła na koligacje rodzinne.
-Ja jestem pół na pół - powiedział Seamus. - Tata jest mugolem. Mama dopiero po ślubie powiedziała mu, że jest czarownicą. Trochę nim wstrząsnęło.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
-A ty, Neville? - zapytał Ron.
-Mnie wychowała babcia, która jest czarodziejką, ale rodzina bardzo długo uważała mnie za kompletnego mugola. Stryjek Algie wciąż próbował mnie sprowokować, żebym się ujawnił z czarami... raz nawet zepchnął mnie do morza z końca z końca mola w Blackpool, mało brakowało, a bym się utopił... ale nic się nie stało. Dopiero jak miałem osiem lat, stryjek przyszedł do nas na obiad, złapał mnie za kostki u nóg i wywiesił przez okno, a tu babcia go pyta, czy nie zjadłby bezy... No więc mnie puścił, bo bardzo lubił bezy, a ja spadłem do ogrodu, odbiłem się od ziemi jak piłka i znowu spadłem na drogę. Ale była uciecha! Babcia aż się popłakała, tak się cieszyła. Żebyście widzieli ich miny, jak dostałem list. Bo przedtem bali się, że nie jestem dostatecznie magiczny. Stryjek Algie tak był zadowolony, że od razu kupił mi ropuchę.
Percy Weasley i Hermiona rozmawiali o nauce ("Mam nadzieję, że od razu się zacznie, tyle trzeba się nauczyć, mnie osobiście bardzo interesuje transmutacja, no wiesz, zamienianie czegoś w coś innego, no tak, oczywiście, wiem, że to bardzo trudne...";" Zaczniesz od małych rzeczy, no wiesz, zamienianie zapałek w igły, takie tam sztuczki...").
Harry, który robił się coraz bardziej senny, spojrzał na stół prezydialny. Hagrid pociągał zdrowo z pucharu. Profesor McGonagall rozmawiała z profesorem Dumbledore'em. Profesor Quirrell, w swoim absurdalnym turbanie, rozmawiał z jakimś nauczycielem o tłustych czarnych włosach, haczykowatym nosie i ziemistej cerze.
Nagle ów nauczyciel spojrzał ponad turbanem Quirrella prosto w oczy Harry'ego, a ten poczuł ostry, pikący ból w czole, jakby go ktoś trafił końcem rozgrzanego pogrzebacza.
-Auu! - krzyknął Harry i złapał się za głowę.
-Co ci jest? - zapytał Percy.
-N-nic.
Ból minął równie szybko, jak się pojawił. Trudniej było otrząsnąć się z wrażenia, jakie na Harrym sprawiło to spojrzenie - wrażenia, że ów nauczyciel z pewnością go nie lubi.
-Kim jest ten, który rozmawia z profesorem Quirrellem? - zapytał Percy'ego.
-O, już znasz Quirrella, tak? Nic dziwnego, że jest taki zdenerwowany, rozmawia z profesorem Snape'em. Snape uczy eliksirów, ale nie bardzo ma na to ochotę... wszyscy wiedzą, że wolałby zająć miejsce Quirrella. Ten Snape zna się na czarnej magii.
Harry obserwował Snape'a przez jakiś czas, ale ten już na niego nie spojrzał.
W końcu znikły również desery i znowu powstał profesor Dumbledore. W sali zrobiło się cicho.
-E-hym... jeszcze tylko kilka słów. Mam nadzieję, że wszyscy się najedli i napili. Chciałbym wam przekazać kilka uwag wstępnych. Pierwszoroczniacy niech zapamiętają, że nikomu nie wolno wchodzić do lasu, który leży na skraju terenu szkoły. Dobrze by było, żeby pamiętało o tym również kilku starszych uczniów.
Migocące oczy Dumbledore'a zwróciły się w stronę rudych bliźniaków.
-Pan Filch prosił mnie też, żebym wam przypomniał, że między lekcjami, na korytarzach, nie wolno używać żadnych czarów. Próby do quidditcha rozpoczynają się w drugim tygoniu semestru. Każdy, kto jest zainteresowany grą w barwach swojego domu, powinien zgłosić się do pani Hooch. I ostatnia uwaga. Muszę was poinformować, że w tym roku wstęp na korytarz na trzecim piętrze, ten po prawej stronie, jest zabroniony. Dla wszystkich, o ile nie chcą umrzeć w straszliwych mękach.
Harry roześmiał się, ale był jednym z niewielu, którzy to uczynili.
-On chyba żartuje, co? - mruknął do Percy'ego.
-Nie sądzę - odrzekł Percy, marszcząc czoło. - To dziwne, bo zwykle podaje powód, dla którego nie wolno gdzieś wchodzić... W lesie jest mnóstwo niebezpiecznych zwierząt i potworów, wszyscy o tym wiedzą. Ale ty, na trzecim piętrze... Uważam, że powinien powiedzieć chociaż nam, prefektom.
-A teraz zanim pójdziemy spać, zaśpiewajmy nasz szkolny hymn! - zawołał Dumbledore. Harry zauważył, że uśmiechy innych nauczycieli jakby nieco zbladły.
Dumbledore poderwał lekko swoją różdżkę, jakby strząsał z niej muchę, a z jej końca wystrzeliła złota szarfa, która uniosła się wysoko nad stoły i rozwinęła, jak wąż, w słowa.
-Każdy wybiera sobie ulubioną melodię - zawołał Dumbledore - i śpiewamy!
A cała szkoła zawyła:

Hogwart, Hogwart, Pieprzo-Wieprzy Hogwart,
Naucz nas choć trochę czegoś!
Czy kto młody z świerzbem ostrym,
czy ktoś stary z łbem łysego,
Możesz wypchać nasze głowy
Farszem czegoś ciekawego,
Bo powietrze je wypełnia,
Muchy zdechłe, kurzu wełna.
Naucz nas, co pożyteczne,
Pamięć wzrusz, co ledwie zipie,
My zaś będziem wkuwać wiecznie,
Aż się w próchno mózg rozsypie!



Każdy kończył śpiewać w trochę innym czasie. W końcu tylko bliźniacy Weasleyowie śpiewali na powolną melodię marsza żałobnego. Dumbledore dyrygował nimi za pomocą różdżki aż do ostatniej nuty, a kiedy wreszcie skończyli, był jednym z tych, którzy klaskali najgłośniej.
-Ach, muzyka - powiedział, ocierając łzę w oku. - To magia większa od wszystkiego, co my tu robimy! A teraz, pora spania. Biegiem do łóżek!
Pierwszoroczniacy z przydziałem do Gryffindoru pomaszerowali za Percym, przepychając się przez chuczący od gwaru tłum. Wyszli z Wielkiej Sali, a potem poprowadził ich marmurowymi schodami. Harry czuł, że znowu nogi ma jak z ołowiu, tym razem nie ze strachu, ale ze zmęczenia i obżarstwa. Był tak senny, że nie zaskoczyło go wcale, iż ludzie z portretów na scianach korytarzy szeptali coś i pokazywali ich sobie. Percy poprowadził ich przez drzwi ukryte za rozsuwanymi panelami i wyblakłymi arrasami. Wspięli się po jakichś kolejnych schodach, ziewając i powłócząc nogami, a Harry zaczął już się zastanawiać, jak długo jeszcze będą iść, kiedy nagle się zatrzymali.
Przed nimi, w powietrzu, unosiła się wiązka lasek, a kiedy Percy zrobił krok w ich stronę, laski zaczęły się na niego rzucać.
-To Irytek - szepnął Percy do pierwszoroczniaków. - Poltergeist. - Podniósł głos. - Irytku, pokaż się.
Odpowiedzią był ordynarny, syczący głos, jakby ktoś wypuszczał powietrze z balona.
-Chcesz, żebym poszedł po Krwawego Barona?
Rozległ się trzask i pojawił się mały człowieczek ze złośliwymi, małymi oczkami i szerokimi ustami. Unosił się ze skrzyżowanymi nogami w powietrzu, trzymając wiązkę lasek.
-Oooooch! - zarechotał. - Pierwszoroczniaki! Maluchy! Ale zabawa!
I nagle rzucił się w ich kierunku. Wszyscy cofnęli się gwałtownie.
-Idź sobię, Irytku! Mam o tym donieść Baronowi? Zaraz to zrobię! - krzyknął Percy.
Irytek pokazał mu jezyk i zniknął, upuszczając laski na głowę Neville'a. Usłyszeli, jak się oddala, bębniąc po drodze w tablice z herbami.
-Musicie się wystrzegać Irytka - powiedział Percy, kiedy ruszyli dalej. - Boi się tylko Krwawego Barona. Nie słucha nawet nas, prefektów. No, jesteśmy.
Na samym końcu korytarza wisiał portret grubej kobiety w różowej, jedwabnej sukni.
-Hasło? - zapytała.
-Caput Draconis - odpowiedział Percy, a portret usunął się, ukazując okrągłą dziurę w ścianie. Przeleźli przez nią - Neville'a trzeba było podsadzić - i znaleźli się w pokou wspólnym Gryffindory: przytulnym, okrągłym pomieszczeniu pełnym wysiedzianych foteli.
Percy wskazał dziewczętom jedne drzwi, wiodące do ich dormitorium, a chłopcom drugie. Na szczycie spiralnych schodów - najwidoczniej byli w jednej z wież - znaleźli w końcu komnatę sypialną z pięcioma łożami, każde z kolumienkami w rogach, między którymi wisiały aksamitne, ciemnoczerwone zasłony. Ich kufry już tam stały. Zbyt zmęczeni, by rozmawiać, rozebrali się, założyli piżamy i padli na łóżka.
-Ale żarcie, co? - mruknął zza zasłony Ron. - Zjeżdżaj, Parszywku! Zabiera się do mojego prześcieradła!
Harry zamierzał zapytać Rona, czy próbował ciastek z owocami i kremem, ale nie zdążył, bo zasnął.
Prawdopodobnie zjadł za dużo, gdyż miał bardzo dziwny sen. śniło mu się, że ma na głowie turban profesora Quirrella, który (turban) mówił mu, że musi się natychmiast przenieść do Slytherinu, ponieważ takie jest jego przeznaczenie. Harry odpowiedział turbanowi, że nie chce iść do Slytherinu, a turban robił się coraz cięższy i cięższy. Harry próbował go ściągnąć, ale turban zacisnął mu się bolśnie na głowie - i był tam Malfoy, który śmiał się z niego, widząc walkę z turbanem - a potem Malfoy zmienił się w tego nauczyciela z haczykowatym nosem, Snape'a, który śmiał się bardzo głośno, coraz głośniej - aż nagle buhnęło zielone światło i Harry obudził się, zlany potem i drżący ze strachu.
Przewrócił się na bok i znowu zasnął, a kiedy obudził się następnego ranka, w ogóle nie pamiętał tego snu.

sobota, 13 lipca 2013

Peron numer dziewięć i trzy czwarte

Ostatni miesiąc u Dursleyów był dość ponury. Dudley tak się bał Harry'ego, że za nic w świecie nie chciał z nim przebywać w jednym pokoju. Ciotka Petunia i wuj Vernon nie zamykali go już w komórce pod schodami, nie zmuszali do niczego i nie wrzeszczeli na niego od rana do wieczora - prawdę mówiąc, w ogóle się do niego nie odzywali. Przerażeni i wściekli, traktowali go jak powietrze. Tak więc pod wieloma względami niby było lepiej, ale po jakimś czasie zaczęło go to troche męczyć.
Harry przesiadywał więc w swoim pokoju w towarzystwie śnieżnej sowy. Nazwał ją Hedwigą; imię to znalazł w Historii magii. Nowe podręczniki okazały się bardzo interesujące. Czytał je w łóżku do późnej nocy, a Hedwiga wlatywała i wylatywała przez otwarte okno, kiedy jej się podobało. Na szczęscie ciotka Petunia nie przychodziła już, aby odkurzyć pokój, bo Hedwiga ciągle znosiła martwe myszy. Co wieczór, przed zaśnięciem, Harry odhaczał kolejny dzień na kartce papieru, którą przybił do ściany, odliczając dni do pierwszego września.
Ostatniego dnia sierpnia uznał, że warto porozmawiać z ciotką i wujem na temat sposobu dotarcia na dworzec King's Cross, więc zszedł wieczorem do salonu, gdzie wszyscy siedzieli, oglądając jakiś teleturniej. Harry odchrząknął, na co Dudley wrzasnął i uciekł z pokoju.
-Ee... wuju Vernonie...
Wuj Vernon chrząknął na znak, że słyszy.
-Ee... muszę być jutro na dworcu King's Cross... jadę do Hogwartu.
Wuj Vernon odchrząknął ponownie.
-Czy wuj mógłby mnie tam podwieźć?
Chrząknięcie. Harry uznał je za wyrażenie zgody/
-Dziękuję.
Już miał wrócić do swojego pokoju na piętrze, kiedy wuj Vernon jednak przemówił.
-To dość dziwne, żeby do szkoły dla czarodziejów jechać pociągiem. Wszystkie latające dywany złapały kichę?
Harry milczał.
-A w ogóle, gdzie jest ta cała szkoła?
-Nie wiem - odpowiedział Harry, po raz pierwszy zdając sobię z tego sprawę. Wyjął z kieszeni bilet, który dał mu Hagrid.
-Muszę wsiąść do pociągu, który odchodzi o jedenastej z peronu numer dziewięć i trzy czwarte - przeczytał.
Ciotka i wuj wytrzeszczyli na niego oczy.
-Z którego peronu?
-Dziewięć i trzy czwarte.
-Nie opowiadaj bzdur - rzekł wuj Vernon. - Nie ma takiego peronu.
-Tak jest napisane na bilecie.
-Oni mają kompletnego bzika - powiedział wuj Vernon. - To banda wariatów. Zobaczysz. Ostrzegałem cię. No dobrze, podwieziemy cię na King's Cross. Tak się składa, że wybieramy się jutro do Londynu, bo inaczej nie zaprzątałbym sobie głowy takimi wariactwami.
-Po co się wybieracie do Londynu? - zapytał Harry, starając się być uprzejmy.
-Zawozimy Dudleya do szpitala - warknął wuj Vernon. - Muszą mu odciąć ten okropny ogon, zanim pójdzie do Smeltinga.
Nazajutrz Harry obudził się o piątej rano i był tak podniecony, że już nie mógł zasnąć. Wstał i wciągnął dżinsy, bo nie chciał paradować po dworcu w szacie czarodzieja; przebierze się w pociągu. Po raz kolejny sprawdził z listą, czy ma wszystko, co powinien mieć, upewnił się, że Hedwiga jest zamknięta w klatce, a potem zaczął krążyć po pokoju, czekając, aż Dursleyowie wstaną. Dwie godziny później wielki kufer Harry'ego załadowano do bagażnika, ciotka Petunia zdołała namówić Dudleya, by usiadł z tyłu obok Harry'ego i ruszyli.
Przed dworzec na King's Cross zajechali o dziesiątej trzydzieści. Wuj Vernon wtaszczył kufer Harry'ego załadowano do bagażnika, ciotka Petunia zdołała namówić Dudleya, by usiadł z tyłu obok Harry'ego i ruszyli.
Przed dworzec na King's Cross zajechali o dziesiątej trzydzieści. Wuj Vernon wtaszczył kufer Harry'ego na wózek bagażowy, który sam pociągnął aż na perony. Harry pomyślał, że to niespotykana uprzejmość z jego strony, ale wkrótce wszystko się wyjaśniło, kiedy wuj Vernon zatrzymał się ze złośliwym uśmiechem na twarzy.
-No więc jesteśmy na miejscu, chłopcze. Peron dziewiąty, peron dziesiąty. Twój peron powinien być gdzieś pomiędzy nimi, ale chyba go jeszcze nie zbudowali, co?
Oczywiście miał rację. Nad jednym peronem wisiała duża plastikowa tabliczka z numerem dziewięć, na drugim taka sama tabliczka z numerem dziesięć, natomiast pomiędzy nimi była żelazna barierka.
-Życzę pomyślnego semestru - rzekł wuj Vernon z jeszcze bardziej jadowitym uśmiechem i odszedł bez pożegnania. Harry odwrócił się i zobaczył, że Dursleyowie odjeżdżają. Wszyscy troje pękali ze śmiechu. Harry'emu zaschło w ustach. Co teraz? Ludzie zaczęli mu się dziwnie przyglądać, na pewno z powodu Hedwigi. Będzie musiał kogoś zapytać.
Zatrzymał przechodzącego strażnika, ale nie śmiał go zapytać o peron numer dziewięć i trzy czwarte. Strażnik nigdy nie słyszał o miejscowości Hogwart, a kiedy Harry nie potrafił mu powiedzieć, w jakiej to części kraju, zrobił się opryskliwy, jakby uznał, że chłopak robi sobie z niego żarty. Zrozpaczony Harry zapytał go o pociąg, który odjeżdża o jedenastej, ale strażnik stwierdził, że takiego nie ma i odszedł, mrucząc coś o takich, co marnują jego cenny czas. Harry starał się nie wpaść w panikę. Według wielkiego zegara nad tablicą przyjazdów miał dziesięć minut do odjazdu pociągu, ale wciąż nie wiedział, jak ów pociąg znaleźć; po prostu ugrzązł na dworcu z kufrem, który ledwo mógł unieść, z kieszenią pełną pieniędzy czarodziejów i z wielką sową.
Hagrid musiał zapomnieć powiedzieć mu o czymś. Na pewno chodzi o coś takiego, jak to stukanie w trzecią cegłę na lewo, żeby się dostać na ulicę Pokątną. Zastanawiał się gorączkowo, czy nie powinien wyjąć różdżki i zastukać nią w budkę kontrolera biletów między peronami dziewiątym i dziesiątym.
W tym momencie minęła go grupa ludzi i usłyszał strzęp rozmowy.
-...oczywiście aż się roi od mugoli...
Harry obrócił się błyskawicznie. Te słowa wypowiedziała jakaś pulchna kobieta, której towarzyszyło czterech chłopców. Wszyscy mieli płomiennie rude włosy i każdy pchał przed sobą kufer bardzo podobny do tego, który stał przed Harrym. I mieli sowę.
Harry'emu serce zabiło mocniej i zaczął pchać swój wózek za nimi. Zatrzymali się, więc i on zrobił to samo, na tyle blisko, by słyszeć, o czym rozmawiają.
-Który to miał być peron? - zapytała chłopców matka.
-Dziewięć i trzy czwarte! - pisnęła mała dziewczynka, również ruda jak wiewiórka, trzymająca ją za rękę. - Mamo, czy ja bym nie mogła...
-Jesteś jeszcze za mała, Ginny, przestań marudzić. No dobrze, Percy, idziesz pierwszy.
Wyglądający na najstarszego chłopiec pomaszerował ku peronom dziewiątemu i dziesiątemu. Harry uważnie go obserwował, starając się nie mrugnąć powiekami, żeby niczego nie przeoczyć, lecz kiedy chłopiec doszedł do barierki między dwoma peronami, pojawiła się przed nim duża grupka turystów z dużymi plecakami, a kiedy przeszła, już go nie było.
-Fred, teraz ty - powiedziała pulchna kobieta.
-Nie jestem Fred, jestem George - odrzekł chłopiec. - Naprawdę, kobieto, i ty uważasz się za naszą matkę? Nie wiesz, jak ma na imię twoje dziecko?
-Przepraszam, George.
-To był żart, jestem Fred - powiedział chłopiec i odszedł. Jego brat bliźniak zawołał za nim, żeby się pospieszył, co też chyba uczynił, bo sekundę później już go nie było - ale jak on to zrobił?
Teraz trzeci z braci ruszył żwawo ku barierce - już tam prawie był - i nagle... po prosru zniknął.
Harry uznał, że tylko jedno mu pozostało.
-Przepraszam - zwrócił się do pulchnej kobiety.
-Dzień dobry, kochanie - odpowiedziała. - Pierwszy raz do Hogwartu? Ron też jest nowy - wskazała na najmłodszego ze swoich synów. Był to wysoki, przeraźliwie chudy chłopiec z wielkimi, piegowatymi rękami i długim nosem.
-Tak - przyznał Harry. - Rzecz w tym... rzecz w tym, że nie wiem, jak...
-Jak dostać się na peron? - podpowiedziała uprzejmie, a Harry skinął głową.
-Nie martw się. Musisz tylko iść prosto na tę barierkę między peronami dziewięć i dziesięć. Nie zatrzymuj się i nie bój się, że na nią wpadniesz, to bardzo ważne. Jak ktoś jest trochę nerwowy, najlepiej pobiec prosto na barierkę. No, dalej, idź przed Ronem.
-Ee... rozumiem - bąknął Harry.
Ustawił wózek przed sobą i popatrzył na barierkę. Wyglądała bardzo solidnie.
Zaczął ku niej iść. Ludzie, którzy szli na peron dziewiąty lub dziesiąty potrącali go i popychali. Harry przyspieszył. Szedł prosto na barierkę - był pewien, że wózek się o nią rozbije - pochylił się nad nim i zaczął biec - barierka była coraz bliżej - wiedział, że już nie będzie w stanie się zatrzymać - stracił kontrolę nad wózkiem - jeszcze kawałeczek - zamknął oczy, spodziewając się straszliwego wstrząsu i łoskotu...
Nic takiego się nie wydarzyło... biegł dalej... otworzył oczy.
Przy peronie stał czerwony parowóz, a za nim wagony pełne ludzi. Na tabliczce widniał napis: Pociąg ekspresowy do Hogwartu, godzina jedenasta. Harry spojrzał za siebie i tam, gdzie była barierka, zobaczył łuk z kutego żelaza z napisem: Peron numer dziewięć i trzy czwarte.
A więc udało się.
Kłeby dymu z parowozu przepływały nad głowami ludzi, a pomiędzy ich nogami kręciło się mnóstwo kotów różnej maści. Przez zgiełk podnieconych głosów i zgrzyt ciężkich kufrów przebijało się od czasu do czasu pohukiwanie sów.
W kilku wagonach było już pełno uczniów. Niektórzy wychylali się przez okna, by porozmawiać ze swoimi rodzinami, inni walczyli o miejsca siedzące. Harry pchał swój wózek wzdłuż pociągu, rozglądając się za wolnym miejscem. Minął jakiegoś pyzatego chłopca, który mówił:
-Babciu, znowu mi zginęła ropucha.
-Och, Neville... - westchnęła starsza kobieta.
Niewielki tłumek otaczał jakiegoś chłopca z dredami.
-Lee, nie bądź taki, daj popatrzyć!
Chłopiec uniósł pokrywkę pudła, które trzymał w ramionach, a wszyscy wrzasnęli i odskoczyli, kiedy z pudła wystrzeliła długa, owłosiona noga.
Harry przecisnął się przez tłum, aż w końcu znalazł pusty przedział przy końcu pociągu. Najpierw wstawił klatkę z Hedwigą, a potem zaczął ciągnąć swój kufer ku drzwiom przedziału. Próbował wtaszczyć go na stopień, ale ledwo mu się udało unieść jeden koniec. Kufer dwukrotnie spadł mu na stopę.
-Pomóc ci? - Był to jeden z owych rudzielców, za którymi przeszedł przez barierkę.
-Oj, tak, proszę - wydyszał Harry.
-Hej, Fred! Chodź tu i pomóż!
Przy pomocy bliźniaków kufer w końcu wylądował w kącie przedziału.
-Dzięki - powiedział Harry, odgarniając z czoła spocone włosy.
-Co to jest? - rzekł nagle jeden z bliźniaków, wskazując na czoło Harry'ego.
-A niech to! - zawołał drugi. - Czy ty jesteś...
-To on - powiedział pierwszy. - Jesteś nim, prawda? - zapytał Harry'ego.
-Kim? - zapytał Harry.
-Harrym Potterem - powiedzieli chórem bliźniacy.
-Ach, nim - powiedział Harry. - To znaczy... tak, to ja.
Obaj chłopcy wybałuszyli na niego oczy, a Harry poczuł, że się czerwieni. A potem, ku jego uldze, przez otwarte drzwi usłyszeli głos:
-Fred! George! Jesteście tam?
-Idziemy, mamo.
Rzucili ostatnie spojrzenie na Harry'ego i wyskoczyli z wagonu.
Harry usiadł przy oknie, skąd mógł obserwować stojące na peronie rodzeństwo rudzielców i podsłuchać, o czym mówią. Ich matka właśnie wyjęła chusteczkę.
-Ron, masz coś na nosie.
Najmłodszy próbował czmychnąć, ale matka złapała go i zaczęła mu pocierać nos chusteczką.
-Mamo... daj mi spokój. - Wyrwał się jej.
-Ajajaj, mały Ronuś znowu pobrudził sobię nosek? - zakpił jeden z bliźniaków.
-Zamknij się - powiedział Ron.
-Gdzie jest Percy? - zapytała matka.
-Właśnie idzie.
Pojawił się najstarszy z chłopców. Zdążył się już przebrać w obfite szaty uczniów z Hogwartu i Harry dostrzegł na jego piersi czerwono-złotą odznakę z literą P.
-Mamo, nie mogę dłużej zostać - powiedział. - Siedzę z przodu, prefekci mają zarezerwowane dwa przedziały...
-Och, jesteś prefektem, Percy? - zdziwił się jeden z bliźniaków. - Dlaczego nam nie powiedziałeś? Nie mieliśmy pojęcia.
-Daj spokój, przecież pamiętam, że coś o tym wspominał - powiedział drugi bliźniak. - Raz...
-Albo dwa...
-Chwilę temu...
-Przez całe lato...
-Och, zamknijcie się - rzekł Percy prefekt.
-A jak to się stało, że Percy ma nową szatę? - zapytał jeden z bliźniaków.
-Bo jest prefektem - odpowiedziała ich matka pieszczotliwym tonem. - No już dobrze, kochanie... żeby ci się powiodło w tym semestrze... I wyslij mi sowę, jak już tam będziesz.
Pocałowała Percy'ego w policzek, a on odszedł.
-A teraz wy dwaj... w tym roku macie mi się zachowywać przyzwoicie. Jak dostanę choćby jedną sowę z wiadomością, że... wysadziliście w powietrze toaletę albo...
-Toaletę w powietrze? Nigdy nie wysadziliśmy żadnej toalety.
-Ale to wspaniały pomysł. Dzięki, mamo.
-To nie jest śmieszne. I opiekujcie się Ronem.
-Nie martw się, malutki Ronuś jest z nami całkowicie bezpieczny.
-Zamknijcie się - powtórzył Ron. Był już prawie tak wysoki, jak bliźniacy. Nos miał czerwony w miejscu, gdzie matka wycierała go chustką.
-Hej mamo, zgadnij! Zgadnij, kogo właśnie spotkaliśmy w pociągu?
Harry cofnął się szybko od okna, żeby nie zauważyli, że ich obserwuje.
-Pamiętasz tego czarnowłosego chłopca, który stał koło nas na stacji? Wiesz, kto to jest?
-Kto?
-Harry Potter!
Harry usłyszał głos dziewczynki.
-Och, mamo, mogę wejść do pociągu i go zobaczyć? Mamo, proszę...
-Już go widziałaś, Ginny, a ten chłopiec nie jest jakimś okazem w zoo. To naprawdę on Fred? Skąd wiesz?
-Zapytałem go. Widziałem bliznę. Naprawdę ją ma... jest jak błyskawica.
-Biedactwo... nic dziwnego, że przyszedł sam. Taki był grzeczny, kiedy mnie pytał, jak dostać się na peron.
-No dobra, ale czy myślisz, że on pamięta, jak wygląda Sam-Wiesz-Kto?
Ich matka nagle spoważniała.
-Zabraniam ci go o to pytać, Fred. Żebyś mi się nie ośmielił. To wcale nie jest przyjemne, przypominać sobie o takich rzeczach w pierwszym dniu szkoły.
-No już dobrze, mamo, nie denerwuj się.
Rozległ się gwizdek.
-Szybko! - zawołała matka i trzej chłopcy wsiedli do wagonu. Wychylili się przez okno, nadstawiając policzki do pocałowania, a dziewczynka zaczęła płakać.
-Nie płacz, Ginny, wyślemy ci mnóstwo sów.
-Przyślemy ci sedes z Hogwartu.
-George!
-Tylko żartuję, mamo.
Pociąg ruszył. Harry patrzył na matkę chłopców, machając ręką na pożegnanie, i na ich siostrę, na pół roześmianą, na pół rozpłakaną, która biegła kawałek za pociągiem, a po chwili, kiedy przyspieszył , została w tyle i też wymachiwała rączką.
Pociąg zakręcił i obie - matka i dziewczynka - zniknęły. Za oknami zaczęły się przesuwać domy. Harry poczuł, że ogarnia go wielkie podniecenie. Nie wiedział, ku czemu zmierza, ale wierzył, że będzie to o wiele lepsze od tego, co zostawiał za sobą.
Drzwi przedziału rozsnuęły się i wszedł najmłodszy z chłopców.
-Ktoś tu siedzi? - zapytał, wskazując miejsce naprzeciw Harry'ego. - Wszędzie jest pełno.
Harry potrząsnął głową i chłopiec usiadł. Zerknął na Harry'ego, a potem szybko popatrzył w okno, udając, że mu się nie przyglądał. Na nosie wciąż miał coś czarnego.
-Hej, Ron!
Wrócili bliźniacy.
-Słuchaj, idziemy do przodu... Lee Jordan ma olbrzymią tarantulę.
-Dobra - mruknął Ron.
-Harry, czy my się przedstawiliśmy? - zapytał drugi bliźniak. - Fred i George Weasleyowie. A to jest Ron, nasz brat. No to do zobaczenia.
-Na razie - odpowiedzieli Harry i Ron.
Bliźniacy wyszli, zamykając ze sobą drzwi.
-Naprawdę jesteś Harrym Potterem? - wypalił Ron.
Harry kiwnął głową.
-Och... wiesz, myslałem, że to może jeden z dowcipów Freda i George'a. I naprawdę... to... no wiesz...
Wskazał na czoło Harry'ego.
Harry odgarnął włosy, by pokazać mu jasną bliznę. Ron wytrzeszczył oczy.
-Więc to tu Sam-Wiesz-Kto...
-Tak - odpowiedział Harry. - Ale ja tego nie pamiętam.
-Nic?
-No... pamiętam mnóstwo zielonego światła, ale nic więcej.
-Ojej. - Ron siedział i przez dłuższą chwilę gapił się na Harry'ego, a potem, jakby sobie zdał sprawę z tego, co robi, znowu szybko spojrzał w okno.
-Czy w waszej rodzinie wszyscy są czarodziejami? - zapytał Harry, dla którego ta znajomość była równie interesująca, jak dla Rona.
-Ee... tak,, chyba tak. To znaczy... zdaje się, że mama ma jakiegoś dalszego kuzyna, który jest księgowym, ale nigdy o nim nie rozmawiamy.
Weasleyowie byli najwyraźniej jedną z tych starych czarodziejskich rodzin, o których mówił blady chłopiec na ulicy Pokątnej.
-Słyszałem, że mieszkałeś u mugoli - powiedział Ron. - Jacy oni są?
-Okropni... no, może nie wszyscy, ale moja ciotka i mój wuj są okropni. Chciałbym mieć trzech czarodziejskich braci.
-Pięciu - powiedział Ron. Z jakiegoś powodu zmarkotniał. - Ja jestem szósty, najmłodszy. Wszyscy poszli do Hogwartu. Można powiedzieć, ze musiałem dużo znieść. Bill i Charlie już skończyli szkołę... Bill był prymusem, a Charlie kapitanem quidditcha. Teraz Percy jest prefektem. Fred i George okropnie rozrabiają, ale mają dobre stopnie i wszyscy ich lubią. Wszyscy się spodziewają, że jestem tak dobry jak moi bracia, ale mnie to wisi, i tak nie będę pierwszy. Jak się ma pięciu braci, to nigdy się nie dostaje nowych rzeczy. Mam szaty po Billu, różdżkę Charliego i starego szczura Percy'ego.
Ron sięgnął do kieszeni i wyciągnął tłustego, szarego szczura, pogrążonego w głębokim śnie.
-Nazywa się Parszywek i niewiele z niego pożytku, bo rzadko się budzi. Percy dostał od ojca sowę za to, że został prefektem, ale rodziców nie stać... to znaczy, ja dostałem Parszywka.
Uszy mu poczerwieniały. Chyba uznał, że za dużo powiedział, bo znowu wpatrzył się w okno.
Harry wcale nie uważał, aby było coś złego w tym, że kogoś nie stać na sowę. Ostatecznie sam przez całe życie nie miał ani grosza. Powiedział to Ronowi, a także o noszeniu starych ubrań po Dudleyu, wspomniał też, że nigdy nie dostał prawdziwego prezentu na urodziny. Ron trochę się rozchmurzył.
-... i dopóki Hagrid mi nie powiedział, w ogóle nie wiedziałem, że jestem czarodziejem, kim byli moi rodzice albo ten Voldemort...
Rona zatkało.
-Co jest? - zapytał Harry.
-Wymówiłeś imię Sam-Wiesz-Kogo! - powiedział Ron, trochę z przerażeniem, a trochę z podziwem. - Myślałem, że kto jak kto, ale ty...
-Nie staram się udowodnić, że jestem dzielny, czy coś w tym rodzaju, kiedy wymawiam to imię - powiedział Harry. - Ja po prostu nie wiedziałem, że nie powinno się go wymawiać. Rozumiesz, o co mu chodzi? Muszę się tyle nauczyć... Założę się - dodał, po raz pierwszy wypowiadając na głos to, co ostatnio bardzo go martwiło - założę się, że będę najgorszy w klasie.
-Daj spokój. Mnóstwo ludzi przychodzi z rodzin mugoli i szybko się uczą.
Podczas gdy rozmawiali, pociąg opuścił już przedmieścia Londynu. Teraz pędzili przez łąki pełne krów i owiec. Przez chwilę siedzieli cicho, obserwując przesuwające się szybko pola i drogi.
Zbliżało się pół do pierwszej, kiedy na korytarzu rozległ się jakiś hałas, a po chwili drzwi się otworzyły i stanęła w nich uśmiechnięta kobieta z dołeczkami w policzkach.
-Coś z wózka, kochaneczki? - zapytała.
Harry, który nie jadł śniadania, zerwał się na nogi, ale Ron znowu się zaczerwienił i wymamrotał, że ma swoje kanapki. Harry wyszedł na korytarz.
Mieszkając u Dursleyów, nigdy nie miał pieniędzy na słodycze, a teraz w kieszeniach brzęczały mu złote i srebrne monety, więc zamierzał kupić tyle marsów, ile zdoła unieść - ale na wózku nie było marsów. A co było? Fasolki wszystkich smaków Bertiego Botta, najlepsze balonówki Drooblego, czekoladowe żaby, paszteciki z dyni, beczułki, likrowe pałeczki i wiele innych dziwnych rzeczy, które Harry zobaczył po raz pierwszy w życiu. Nie chcąc czegoś pominąć, kupił po trochu wszystkiego i zapłacił za to jednenaście srebrnych syklów i siedem brązowych knutów.
Ron wybałuszył oczy, kiedy Harry wzniósł to wszystko i rzucił na wolne miejsce.
-Chyba jesteś bardzo głodny, co?
-Padam z głodu - odrzekł Harry, odgryzając kawał pasztecika z dyni.
Ron wyjął zatłuszczoną paczuszkę i rozwinął ją. Były tam cztery kanapki. Wziął jedną i mruknął:
-Zawsze zapomina, że nie znoszę peklowanej wołowiny.
-Weź jednego. - Harry podsunął mu paszteciki. - No bierz...
-Trudno to mięso ugryźć, suche jak kość - powiedział Ron. - Wiesz, z taką piątką, jak my, matka nie ma za wiele czasu - dodał szybko.
-No dobra, bierz - powtórzył Harry, który jeszcze nigdy nikogo niczym nie częstował, bo nie miał ani czym, ani kogo. Bardzo to było przyjemne, siedzieć sobie z Ronem i pogryzać z nim te wszystkie zakupione przez siebie paszteciki, ciasteczka i cukierki (Ron natychmiast zapomniał o kanapkach).
-A to znasz? - zapytał Rona Harry, biorąc pudełko czekoladowych żab. - To chyba nie są prawdziwe żaby, co? - Teraz już nic nie mogło go zaskoczyć.
-Nie - odrzekł Ron. - Ale zobacz, jaka jest karta. Brakuje mi Agryppy.
-Czego?
-Ach... no jasne, przecież ty nie wiesz... W czekoladowych żabach są karty, no wiesz, do zbierania... ze słynnymi czarownicami i czarodziejami. Mam już z pięćset, ale wciąż brakuje mi Agryppy i Ptolemeeusza.
Harry rozwinął swoją swoją czekoladową żabę i wyjął kartę. Była na niej twarz mężczyzny. Miał okulary-połówki, długi, haczykowaty nos, srebrną czuprynę, brodę i wąsy. Pod obrazkiem było jego imię i nazwisko: Albus Dumbledore.
-A więc to jest Dumbledore! - zawołał Harry.
-Tylko mi nie mów, że nie słyszałeś o starym Dumblu! Mogę wziąć żabę? Może trafi mi się Agryppa... Dzięki...
Harry spojrzał na odwrotną stronę karty i przeczytał:

ALBUS DUMBLEDORE
________________
OBECNY DYREKTOR
HOGWARTU

Przez wielu uważany za największego czarodzieja współczesności, Dumbledore znany jest szczególnie ze zwycięstwa nad czarnoksiężnikiem Grindelwaldem (1945), z odkrycia dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi i ze swoich dzieł alchemicznych, napisanych wspólnie z Nicolasem Flamelem. Profesor Dumbledore lubi muzykę kameralną i kręgle.
____________________________________

Harry znowu odwrócił kartę i ku swojemu zdumieniu zobaczył, że twarz Dumbledore'a znikła.
-Nie ma go!
-A co, myślałeś, że będzie tam tkwił przez cały dzień? - zażartował Ron. - Wróci. No nie, znowu trafiła mi się Morgana, mam ich ze sześć... Chcesz ją? Możesz zacząć zbierać.
Spojrzenie Rona powęfrowało do stosu czekoladowych żab, czekających na rozwinięcie.
-Bierz - zachęcił go Harry. - Ale, wiesz... w swiecie mugoli ludzie nie znikają z fotografii.
-Naprawdę? W ogóle się nie ruszają? - W głosie Rona zabrzmiało szczere zdumienie. - Niesamowite!
Harry patrzył, jak Dumbledore wraca na swoje miejsce na karcie i zdawało mu się, że profesor lekko się do niego uśmiechnął. Ron był bardziej zainteresowany pochłanianiem żab niż przyglądaniem się portretom słynnych czarodziejek i czarodziejów, ale Harry nie mógł oderwać od nich oczu. Wkrótce miał już nie tylko Dumbledore'a i Morganę, ale i Hengista z Woodcroft, Alberyka Grunnion, Kirke, Paracelsusa i Merlina. W koncu oderwał oczy od druidki Kliodyny, która drapała się po nosie, i otworzył torebkę fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta.
-Musisz uważać - ostrzegł go Ron. - Jak piszą "wszystkich smaków", to naprawdę mają to na myśli... No wiesz, możesz trafić na zwykłe smaki, czekoladowy, marmoladkowy lub miętowy, ale możesz też trafić na szpinakowy, wątrobiany i flaczkowy. George przysięga, że kiedyś natrafił na goblinowy.
Wybrał zieloną fasolkę, obejrzał ją uważnie i cisnął w kąt.
-Ueeee... Kiełkowa!
Zabawiali się przez jakiś czas, próbując różnych smaków. Harry natrafił na grzankowy, kokosowy, fasolowy, truskawkowy, curry, trawiasty, kawowy, sardynkowy i był na tyle odważny, że odgryzł koniuszek szarej fasolki, której Ron nie chciał tknąć. Okazało się, że była samku pieprzowego.
Za oknem robiło się coraz bardziej dziko. Znikły schludne pola i pastwiska. Teraz migały im przed oczami lasy, kręte rzeki i ciemnozielone wzgórza.
Rozległo się pukanie do drzwi i wszedł ów pyzaty chłopiec, którego Harry minął na peronie dziewięć i trzy czwarte. Minę miał raczej żałosną.
-Przepraszam - powiedział - ale czy nie widzieliście ropuchy?
Kiedy potrząsnęli głowami, zaczął lamentować:
-Zgubiłem ją! Wciąż ode mnie ucieka!
-Znajdzie się - pocieszył go Harry.
-Mam nadzieję - westchnął chłopiec i wyszedł.
-Nie rozumiem, dlaczego on tak rozpacza - powiedział Ron. - Gdybym miał ropuchę, zgubiłbym ją jak najszybciej. No, ale ja mam Parszywka, więc nic nie mówię.
Szczur spał sobie w najlepsze na kolanach Rona.
-Mogłby zdechnąć i wcale bym nie zauważył. Wczoraj próbowałem zmienić mu sierść z szarej na żółtą, żeby miał ciekawszy wygląd, ale zaklęcie nie podziałało. Pokażę ci, zobacz...
Pogrzebał w swoim kufrze i wyciągnął bardzo wysłużoną różdżkę. W kilku miejscach była wyszczerbiona, a na końcu połyskiwało coś białego.
-Powypadała prawie cała sierść jednorożca. No, ale spróbujmy...
Właśnie podniósł różdżkę, kiedy drzwi do przedziału znowu się otworzyły. Wrócił chłopiec, któremu zginęła ropucha, ale tym razem w towarzystwie dziewczynki w nowej szacie Hogwartu.
-Czy ktoś nie widział ropuchy? Neville zgubił swoją - powiedziała. Miała nieco przemądrzały głos, mnóstwo gęstych, brązowych włosów i wielkie przednie zęby.
-Już mu mówiliśmy, że nie było tu żadnej ropuchy - oświadczył Ron, ale dziewczyna nie słuchała, wpatrując się w jego różdżkę.
-Och, robisz czary? No to popatrzymy.
Usiadła. Ron sprawiał wrażenie nieco zaskoczonego.
-Ee... No dobra.
Odchrząknął.
Słoneczko, masełko, stokrotki żółciutkie
Cyraneczko, żądełko, pieniążki złociótkie,
Zmieńcie szczura tego, głupiego, tłustego,
W szczura mądrego i całkiem żółtego!

Machnął różdżką, ale nic się nie stało. Parszywek był nadal szary i nawet się nie obudził.
-Jesteś pewny, że to prawdziwe zaklęcie? - zapytała dziewczynka. - No, nawet jeśli tak, to chyba nie najlepsze, prawda? Próbowałam kilku prostych zaklęć, tak dla wprawy, i wszystkie podziałały. W mojej rodzinie nikt nie jest magiczny, byłam kompletnie zaskoczona, jak dostałam list, ale oczywiście ogromnie się ucieszyłam, słyszałam, że to najlepsza szkoła dla czarownic... oczywiście nauczyłam się wszystkich podręczników na pamięć, chyba wystarczy, co? Aha, przy okazji, jestem Hermiona Granger, a wy?
Wszystko to powiedziała bardzo szybko.
Harry spojrzał na Rona i poczuł ulgę, kiedy po jego zdumionej twarzy poznał, że on też nie nauczył się wszystkich podręczników na pamięć.
-Jestem Ron Weasley - wymamrotał Ron.
-Harry Potter - powiedział Harry.
-Naprawdę? Oczywiście wiem o tobie wszystko... Mam parę dodatkowych książek, no wiecie, lektura uzupełniająca, i wiem, że jesteś w Dziejach współczesnej magii, w Powstaniu i upadku czarnej magii i w Wielkich wydarzeniach czarodziejskich dwudziestego wieku.
-Jestem? - zapytał Harry, kompletnie oszołomiony.
-Ojejku, nie wiedziałeś? Gdyby o mnie tak pisali, wszystko bym wynalazła - powiedziała Hermiona. - Wiecie już, w którym będziecie domu? Pytałam wszystkich i mam nadzieję, że będę w Griffindorze, byłoby ekstra, co? Słyszałam, że był w nim sam Dumbledore, ale chyba Ravenclaw też nie jest taki zły... No dobra, ale musimy iść i szukać tej ropuchy. Chyba lepiej już się przebierzcie, wkrótce będziemy na miejscu.
I wyszła zabierając ze sobą chłopca, któremu zginęła ropucha.
-Nie wiem, w którym będę domu, ale mam nadzieję, że nie w tym samym, co ona - powiedział Ron. Wrzucił różdżkę do kufra. - Głupie zaklęcie... George mi je dał, ale założę się, że dobrze wiedział, że to niewypał.
-W którym domu są twoi bracia? - zapytał Harry.
-W Griffindorze. - Ron znowu zmarkotniał. - Mama i tata też tam byli. Nie wiem, co powiedzą, jak się tam nie dostanę. Ravenclaw też nie jest taki zły, ale Slytherin... daj spokój.
-To ten dom, w którym był Vol... znaczy Sam-Wiesz-Kto?
-Taak. - Ron opadł na oparcie fotela, wyraźnie przybity.
-Wiesz co, myślę, że końce wąsów Parszywka są trochę jaśniejsze - powiedział Harry, próbując zmienić temat. - Słuchaj, Ron, co teraz robią twoi starsi bracia?
Harry był ciekaw, co może robić czarodziej po ukończeniu szkoły.
-Charlie jest w Rumunii, studiuje smoki, a Bill w Afryce, pracuje tam dla Gringotta. Słyszałeś, co się tam stało? Piszą o tym w "Proroku Codziennym"... no tak, ale chyba nie wpadł ci w ręce u mugoli... Ktoś próbował obradować jedną z najtajniejszych skrytek.
Harry wytrzeszczył oczy.
-Naprawdę? I co się z nim stało?
-Nic, właśnie dlatego to taka sensacja. Nie złapano go. Mój tata mówi, że musiał to być jakiś potężny czarnoksiężnik, skoro udało mu się tam dostać, ale nic nie wziął i to jest takie dziwne. Oczywiście wszyscy się boją, że może za tym stać Sam-Wiesz-Kto.
Harry zamyslił się głęboko. Dostawał gęsiej skórki za każdym razem, kiedy wspomniano Sam-Wiesz-Kogo. Przypuszczał, że to jeden ze skutków znalezienia się w magicznym świecie, ale czułby się o wiele lepiej, gdyby mógł wypowiadać słowo "Voldemort" bez dreszczu strachu.
-Której drużynie quidditcha kibicujesz? - zapytał Ron.
-Ee... nie znam żadnej - wyznał Harry.
-Co? - Rona wyraźnie zatkało. - Och, zobaczysz, to jest najwspanialsza gra na świecie!
I zaczął opowiadać Harry'emu o czterech piłkach, o pozycjach siedmiu graczy, o słynnych meczach, w których brał udział ze swoimi braćmi, i o miotle, którą chciałby mieć, gdyby miał pieniądze. Wprowadzał właśnie Harry'ego w najciekawsze momenty gry, kiedy drzwi przedziału otworzyły się ponownie, ale tym razem nie stanął w nich właściciel zaginionej ropuchy ani Hermiona Granger.
Weszło trzech chłopców, a jednego z nich Harry rozpoznał od razu: był to ów blady młodzieniec ze sklepu madame Malkin. Teraz wpatrywał się w Harry'ego z o wiele większym zainteresowaniem niż to, które mu okazał na ulicy Pokątnej.
-To prawda? - zapytał. - W całym pociągu mówią, że w tym przedziale jest Harry Potter. Więc to ty, tak?
-Tak - odpowiedział Harry.
Przyglądał się dwóm pozostałym chłopcom. Obaj byli tędzy i mieli paskudne miny. Wyglądali na goryli bladego chłopca.
-Och, to jest Crabbe, a to Goyle - rzekł blady chłopiec lekceważącym tonem, zauważywszy spojrzenie Harry'ego. - A ja nazywam się Malfoy, Draco Malfoy.
Ron lekko zakasłał, co mogło być próbą zamaskowania śmiechu.
-Śmieszy cię moje imię, tak? W każdym razie ty nie musisz mi mówić, kim jesteś. Ojciec mi powiedział, że wszyscy Weasleyowie są rudzi, piegowaci i maja więcej dzieci niż ich na to stać.
Zwrócił się ponownie do Harry'ego.
-Wkrótce się przekonasz, Potter, że pewne rodziny czarodziejów są o wiele lepsze od innych. Nie warto przyjaźnić się z tymi gorszymi. Mogę ci w tym pomóc.
Wyciągnął do niego rękę, ale Harry jej nie uścisnął.
-Dzięki, ale chyba sam potrafię ocenić, kto jest gorszy - powiedział chłodno.
Draco Malfoy nie spłonął rumieńcem, ale jego blade policzki lekko poróżowiały.
-Na twoim miejscu trochę bym uważał - wycedził. - Jak nie będziesz troszkę bardziej uprzejmy, może cię spotkać taki sam los jak twoich rodziców. Oni też nie wiedzieli, kto jest dobry, a kto zły. Zadajesz się z hołotą, jak Waesleyowie albo ten Hagrid, i możesz mieć kłopoty.
Harry i Ron wstali.
-Powtórz to - powiedział Ron, a twarz zrobiła mu się prawie tak czerwona jak włosy.
-Bo co, może nam dołożysz? - zakpił Malfoy.
-Jeśli zaraz nie wyjdziecie... - zaczął Harry, nie czując się zbyt pewnie, bo Crabbe i Goyle byli o wiele więksi od niego i Rona.
-Ale nam się wcale nie chce wychodzić, prawda, chłopaki? Zjedliśmy już wszystko, co mieliśmy, a wy, jak widzę, jeszcze coś macie.
Goyle sięgnął po czekoladową żabę, Ron żucił się w jego kierunku, ale zanim zdążył go uderzyć, grubas wrzasnął okropnie.
Z jego dłoni, zatopiwszy w nią zęby, zwisał Parszywek. Crabbe i Malfoy cofnęli się gwałtownie, Goyle wymachiwał Parszywkiem, wyjąc z bólu, a kiedy w końcu szczur oderwał się i pacnął w okno, wszyscy trzej wypadli z przedziału. Być może myśleli, że między słodyczami czai się więcej szczurów, a może usłyszeli czyjeś kroki, bo w chwilę później weszła Hermiona Granger.
-Co tu się dzieje? - zapytała, patrząc na porozrzucane po podłodze słodycze i Rona podnoszącego Parszywka za ogon.
-Chyba go załatwili - powiedział Ron do Harry'ego. Przyjrzał się uważnie szczurowi. - No nie... nie wierzę własnym oczom... on po prostu znowu zasnął.
I rzeczywiście tak było.
-Spotkałeś już tego Malfoya?
Harry opowiedział mu o spotkaniu na ulicy Pokątnej.
-Słyszałem o jego rodzinie - powiedział ponuro Ron. - Jedni z pierwszych przeszli na naszą stronę, kiedy zniknął Sam-Wiesz-Kto. Powiedzieli, że rzucił na nich urok. Mój tata w to nie wierzy. Mówi, że ojciec Malfoya wcale nie musi się tłumaczyć z tego, że znalazł się po Ciemnej Stronie. Wiesz, swój do swego. - Nagle zwrócił się do Hermiony. - Można ci w czymś pomóc?
-Lepiej się pospieszcie i załóżcie szaty, właśnie pytałam konduktora i powiedział mi, że już niedaleko. Biliście sie, czy co? Oj, będziecie mieć kłopoty, zanim tam się znajdziemy!
-To Parszywek się bił, nie my - odrzekł Ron, spoglądając na nią spode łba. - Słuchaj, może byś wyszła, co? Chcemy się przebrać.
-No dobra, dobra... Przyszłam do was, bo wszyscy zachowują się strasznie dziecinnie, biegają tam i z powrotem po korytarzu - powiedziała Hermiona obrażonym tonem. - Wiesz, że masz coś na nosie?
Ron obdarzył ją morderczym spojrzeniem i Hermiona wyszła. Harry wyjrzał przez okno. Robiło się ciemno. Pod purpurowym niebem widać było dalekie góry i lasy. Pociąg wcale nie zwalniał.
Zdjęli kurtki i nałożyli swoje długie czarne szaty. Szata Rona była troche za krótka, widać było spod niej adidasy.
Przez korytarz przetoczył się głos:
-Za pięć minut będziemy w Hogwarcie. Proszę zostawić bagaże w pociągu, zostaną zabrane do szkoły osobno.
Harry poczuł ucisk w brzuchu, a Ron jakby trochę pobladł pod piegami. Napełnili kieszenie resztą słodyczy i dołączyli do tłumu na korytarzu.
Pociąg właśnie zwalniał i w końcu się zatrzymał. Wszyscy pchali się do drzwi, a później wyskakiwali na wąski, ciemny peron. Harry wzdrygnął się; wieczór był mroźny. Potem nad głowami uczniów pojawiła się chybocząca lampa i usłyszał znajomy głos:
-Pirszoroczni! Pirszoroczni tutaj! No jak, Harry, w porządku?
Znad morza głów wystawała włochata twarz Hagrida.
-No, dalej, za mną... są jeszcze jacyś pirszoroczni? Patrzyć po nogi! Pirszoroczni za mną!
Ślizgając się i potykając, ruszyli za Hagridem po czymś, co wyglądało na stromą, wąską ścieżkę. Po obu stronach było bardzo ciemno, więc Harry pomyślał, że idą przez jakiś gęsty las. Nikt wiele nie mówił. Neville, chłopiec, który zgubił ropuchę, kichnął raz lub dwa.
-Zaraz zobaczycie Hogwart! - krzyknął Hagrid przez ramię. - zaraz za tym zakrętem.
Rozległo się głośne: "Oooooch!"
Wąska ścieżka wyprowadziła ich nagle na skraj wielkiego, czarnego jeziora. Po drugiej stronie, osadzony na wysokiej górze, z rozjarzonymi oknami na tle gwieździstego nieba, wznosił się ogrmony zamek z wieloma basztami i wieżyczkami.
-Po czterech do łodzi, ani jednego więcej! - zawołał Hagrid, wskazując na flotyllę łódeczek przy brzegu. Harry i Ron weszi do łódki razem z Neville'em i Hermioną.
-Wszyscy siedzą? - krzyknął Hagrid ze swojej łódki. - No to... NAPRZÓD!
I cała flotylla łódek natychmiast pomknęła przez gładką jak zwierciadło taflę jeziora. Wszyscy zamilkli, gapiąc się na wielki zamek. Piętrzył się nad nimi coraz wyżej i wyżej, w miarę jak zbliżali się do urwiska, na którego szczycie był osadzony.
-Głowy w dół! - ryknął Hagrid, kiedy pierwsza łódź dotarła do skalnej ściany.
Wszyscy pochylili głowy, a łódki przepłynęły pod kurtyną bluszczu, która zasłaniała szeroki otwór w skale. Teraz popłynęli ciemnym tunelem, wiodącym najwyraźniej pod zamek, aż dotarli do czegoś w rodzaju podziemnej przystani, gdzie wyszli z łódek na skaliste, pokryte otoczakami nabrzeże.
-Hej, ty tam! Czy to twoja ropucha? - zapytał Hagrid, który sprawdzał łodzie, kiedy wszyscy z nich wysiedli.
-Teodora! - krzyknął uradowany Neville, wyciągając ręce.
Potem ruszyli w górę wydrążonym w skale korytarzem, idąc prawie po omacku za lampą Hagrida, aż w końcu wyszli na gładką, wilgotną murawę w cieniu zamku.
Wspięli się po kamiennych stopniach i stłoczyli wokół olbrzymiej dębowej bramy.
-Wszyscy są? Ty tam, masz swoją ropuchę?
Hagrid uniósł swoją wilką pięść i trzykrotnie uderzył nią w bramę zamku.