Dumbledore przekonał Harry'ego, że nie należy szukać Zwierciadła Ain Eingarp, i przez resztę ferii świątecznych peleryna-niewidka spoczywała na dnie jego kufra. Harry bardzo chciał zapomnieć o tym, co zobaczył w zwierciadle, ale nie było to takie łatwe. Zaczął mieć nocne koszmary. Wciąż i wciąż śnili mu się rodzice znikający w rozbłysku zielonego światła, gdy jakiś wysoki głos zaczynał złośliwie chichotać.
-Widzisz, Dumbledore miał rację, kiedy mówił, że od tego lustra można dostać świra - zauważył Ron, kiedy Harry opowiedział mu o swoich snach.
Hermiona, która wróciła na dzień przed rozpoczęciem zajęć, miała na temat tej przygody inne zdanie. Z jednej strony przerażała ją sama myśl o tym, że Harry przez trzy noce z rzędu włóczył się po zamku ("Przecież Filch mógł cię złapać!"), a z drugiej była rozczarowana tym, że nie udało my się znaleźć żadnej informacji o Nicolasie Flamelu.
Stracili już prawie nadzieję, że znajdą coś o nim w bibliotece, choć Harry wciąż się upierał, że już gdzieś widział to nazwisko. Kiedy lekcje się rozpoczęły, mogli szperać w książkach tylko w ciągu dziesięciominutowych przerw. Harry miał jeszcze mniej czasu od nich, bo znowu zaczęły się treningi quiddircha.
Wood wyciskał z nich siódme poty. Nie powstrzymał go nawet nie kończący się deszcz, który zajął miejsce padającego wcześniej śniegu. Weasleyowie narzekali, że Woodowi odbiło i stał się fanatykiem, ale Harry był po jego stronie. Jeśli wygrają następny mecz przeciw Puchonom, wysunął się na czoło tabeli po raz pierwszy od siedmiu lat. Niezależnie od chęci zwycięstwa, Harry spostrzegł, że od czasu, gdy zaczęły się treningi, ten okropny sen dręczył go coraz rzadziej.
A potem, podczas jednego szczególnie mokrego i błotnistego treningu Wood zdradził im bardzo nieprzyjemną wiadomość. Rozzłościł się właśnie na Weasleyów, którzy pikowali na siebie i udawali, że spadają z mioteł.
-Przestańcie robić sobie szopkę z gry! - ryknął. - Właśnie przez coś takiego możemy przegrać mecz! Tym razem siędziuje Snape i możecie być pewni, że wystarczy mu byle jaki pretekst, by odjąć nam punkty!
Na te słowa Heorge Weasley naprawdę spadł ze swojej miotły.
-Snape sędziuje? - wymamrotał, wypluwając błoto. - Przecież on nigdy nie sędziował! I na pewno nie będzie sprawiedliwy, kiedy zdobędziemy więcej punktów.
Reszta drużyny wylądowała obok niego z kwaśnymi minami.
-Czy to moja wina? - żachnął się Wood. - Musimy być po prostu pewni, że gramy czysto, tak żeby Snape nie miał się do czego przyczepić.
Było to na pewno słuszne, ale Harry miał inny powód, dla którego nie chciał, żeby Snape był w pobliżu niego podczas gry w quidditcha.
Reszta drużyny pogrążyła się w ożywionej rozmowie, jak zwykle po skończonym treningu, ale Harry wrócił prosto do pokoju wspólnego Gryffindoru, gdzie zastał Rona i Hermionę grających w szachy. Szachy były jedyną rzeczą, która sprawiała Hermionie sporo kłopotów, a Harry i Ron uważali, że coś takiego jest jej bardzo potrzebne.
-Nie mów do mnie przez chwilę - rzekł Ron, kiedy Harry usiadł obok niego. - Muszę się sku... - Spojrzał na Harry'ego. - Co sie stało? Wyglądasz okropnie.
Harry po cichu opowiedział im o nagłym i złowieszczym pragnieniu Snape'a, by sędziować podczas najbliższego meczu.
-Nie graj - powiedziała natychmiast Hermiona.
-Powiedz, że jesteś chory - doradził Ron.
-Udaj, że złamałeś nogę - podsunęła Hermiona.
-Naprawdę złam nogę - powiedział Ron.
-Nie mogę - odrzekł Harry. - Nie mamy rezerwowego szukającego. Jeśli się wycofam, Gryfoni w ogóle nie zagrają.
W tym momencie do salonu wpadł Neville. Dosłownie wpadł, bo dał susa i upadł na podłogę. Trudno zgadnąć, jak mu się udało przejść przez dziurę w portrecie, ponieważ nogi miał sklejone czymś, w czym natychmiast rozpoznali pewne zaklęcie, znane jako Zwieracz Nóg. Przez całą drogę do wieży musiał skakać jak królik.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, prócz Hermiony, która zerwała się na równe nogi i wypowiedziała przeciwzaklęcie. Neville wstał, dygocąc na całym ciele.
-Co się stało? - zapytała Hermiona, prowadząc go do Harry'ego i Rona.
-To Malfoy - odrzekł Neville roztrzęsionym głosem. - Spotkałem go przy bibliotece. Powiedział, że szuka kogoś, na kim by mógł poćwiczyć.
-Idź do profesor McGonagall! - nalegała Hermiona. - Poskarż na niego!
Neville potrząsnął głową.
-Nie chcę mieć więcej kłopotów - wymamrotał.
-Musisz mu się postawić - rzekł Ron. - Zwykle depce po ludziach, ale nie można kłaść się przed nim, żeby mu to ułatwić.
-Nie musisz mi mówić, że nie jestem dość dzielny, żeby być w Gryffindorze. Malfoy już to zrobił - wykrztusił Neville.
Harry sięgnął do kieszeni i wyciągnął czekoladową żabę, ostatnią z pudełka, które dostał od Hermiony na Boże Narodzenie. Dał ją Neville'owi, który wyglądał, jakby miał sie za chwilę rozpłakać.
-Słuchaj, Neville, jesteś wart tyle co tuzin Malfoyów - powiedział Harry. - Tiara Przydziału wybrała ciebie do Gryffindoru, prawda? A gdzie jest Malfoy? W śmierdzącym Slytherinie.
Neville uśmiechnął się, odwijając żabę.
-Dzięki, Harry... Chyba pójdę do łóżka... Chcesz kartę? Zbierasz je, prawda?
Kiedy Neville odszedł, Harry spojrzał na kartę Sławnych Czarodziejów.
-Znowu Dumbledore - powiedział. - Był na mojej pierwszej karcie i... - Wydał zduszony okrzyk. Obrócił kartę, a potem popatrzył na Rona i Hermionę.
-Znalazłem go! - wyszeptał. - Znalazłem Flamela! Mówiłem wam, że gdzieś widziałem to nazwisko. Przeczytałem je w pociągu, którym tu jechaliśmy... Posłuchajcie:
"Przez wielu uważany za największego czarodzieja współczesności, Dumbledore znany jest szczególnie ze zwycięstwa nad czarnoksiężnikiem Grindelwaldem (1945), z odkrycia dwunastu sposobów wykorzystania smoczej krwi i ze swoich dzieł alchemicznych, napisanych wspólnie z Nicolasem Flamelem"!
Hermiona zerwała się na równe nogi. Jeszcze nigdy nie wyglądała na tak podnieconą od czasu, gdy mieli poznać swoje stopnie za pierwsze wypracowanie domowe.
-Poczekajcie tutaj! - krzyknęła i poleciała na górę do dormitorium dziewcząt. Harry i Ron ledwo zdążyli wymienić zdumione spojrzenia, kiedy powróciła, niosąc jakąś wielką księgę.
-Nie przyszło mi na myśl, żeby zajrzeć tutaj! - wyszeptała z przejęciem. - Wypożyczyłam to z biblioteki kilka tygodni temu, żeby się rozerwać jakąś lekką lekturą.
-Lekką? - zdumiał się Ron, ale Hermiona powiedziała mu, żeby siedział cicho, a sama zaczęła wertować księgę, mrucząc coś do siebie. W końcu znalazła, to czego szukała.
-Wiedziałam! Wiedziałam!
-Czy możemy już się odezwać? - zapytał Ron.
Hermiona zignorowała go.
-Nicolas Flamel - powiedziała dramatycznym szeptem - jest jedynym znanym twórcą Kamienia Filozoficznego!
Na Harrym i Ronie nie zrobiło to tak wielkiego wrażenia, jakiego najwidoczniej się spodziewała.
-Czego? - zapytali jednocześnie.
-No nie... Czy wy nic nie czytacie? Patrzcie... przeczytajcie, o tu.
Popchnęła ku nim księgę, a Harry i Ron przeczytali:
Najważniejszym celem starożytnej sztuki alchemii jest stworzenie Kamienia Filozofów, legendarnej substancji posiadającej zdumiewającą moc. Kamień ów zamienia każdy metal w najczystsze złoto. Wytwarza też Eliksir Życia, który daje nieśmiertelność temu, kto go wypije.
Kamień Filozofów pojawia się w wielu doniesieniach historycznych, ale jedyny Kamień, który istnieje do dziś, jest w posiadaniu pana Nicolasa Flamela, wybitnego alchemika i miłośnika opery. Pan Flamel, który w ubiegłym woku obchodził swoje sześćset sześćdziesiąte piąte urodziny, prowadził spokojnie życie w hrabstwie Devon, razem ze swoją żoną Perenellą (sześćset pięćdziesiąt osiem lat).
-Rozumiecie? - zapytała Hermiona. - Ten pies musi srzec Kamienia Filozoficznego, odkrytego przez Flamela! Założę się, że poprosił Dumbledore'a, żeby się zaopiekował Kamieniem, bo przecież są przyjaciółmi, a Flamel wiedział, że ktoś tego skarbu szuka, i właśnie dlatego Dumbledore kazał Hagridowi zabrać go z podziemi Gringotta!
-Kamień, który wytwarza złoto i czyni nieśmiertelnym! - szepnął Harry. - Nic dziwnego, że Snape chce go mieć.
-I nic dziwnego, że nie mogliśmy znaleźć Flamela we Współczesnych osiągnięciach czarodzieja - dodał Ron. - Nie bardzo jest współczesny, skoro ma sześćset sześćdziesiąt pięc lat, prawda?
Następnego dnia, podczas zajęć z obrony przed czarną magią, przepisując różne sposoby leczenia ukąszeń wilkołaka, Harry i Ron wciąż rozprawiali o tym, co by zrobili, gdyby mieli Kamień Filozoficzny. Dopiero kiedy Ron powiedział, że wystawiłby własną drużynę quidditcha, Harry przypomniał sobie o Snape i zbliżającym się meczu.
-Będę grał - powiedział Ronowi i Hermionie. - Gdybym się wycofał, wszyscy Ślizgoni pomyśleliby, że boję się Snape'a. Już ja im pokażę... Zetrę im te głupie uśmieszki z twarzy, jak zwyciężymy.
-Jeżeli przedtem nie zetrą ciebie z boiska - zauważyła Hermiona.
Im bliżej meczu, tym Harry robił się coraz bardziej nerwowy. Reszta drużyny też nie była spokojna. Wszyscy marzyli o zdobyciu pucharu, ale czy to w ogóle możliwe z tak stronniczym sędzią?
Może Harry sobie to wmawiał, ale wydawało mu się, że wciąż wpada na Snape'a. Czasami zastanawiał się, czy Snape przypadkiem go nie śledzi, żeby go na czymś przyłapać. Lekcje eliksirów były cotygodniową torturą, bo Snape naprawdę uwziął się na niego. Czy to możliwe, by dowiedział się, że odkryli prawdę o Kamieniu Filozoficznym? Ale jak? Czsami miał jednak dziwne wrażenie, że Snape po prostu czyta w ich myślach.
Następnego popołudnia, kiedy Ron i Hermiona życzyli mu szczęścia, Harry wiedział, że zastanawiają się, czy go jeszcze zobaczą żywego. Nie dodało mu to otuchy. Wszedł za innymi do szatni, ale prawie do niego nie dochodziły słowa Wooda, kiedy włożył szatę do quidditcha i chwycił swojego Nimbusa Dwa Tysiące.
Ron i Hermiona znaleźli sobie miejsca koło Neville'a, który nie mógł zrozumieć, dlaczego są tacy ponurzy i zaniepokojeni, i dlaczego zabrali ze sobą różdżki. Harry nie wiedział, że jego przyjaciele w tajemnicy przed nim ćwiczyli rzucanie Zwieracza Nóg. Wpadli na ten pomysł po głupim dowcipie, jaki Malfoy zrobił Neville'owi, i gotowi byli zrobić to samo Snape'owi, gdyby chciał skrzywdzić Harry'ego.
-Tylko nie zapomnij: Locomotor Mortis - mruknęła Hermiona, kiedy Ron wsunął swoją różdżkę w rękaw.
-Przecież wiem - odburknął Ron. - Nie bądź nudna.
W szatni Wood wziął Harry'ego na stronę.
-Nie chcę na ciebie wywierać żadnego nacisku, Potter, ale w tym meczu bardzo by nam pomogło, gdyby ci się udało dość wcześnie upolować znicza. Wiesz, chodzi o to, żeby zakończyć grę, zanim Snape całkowicie nas pogrąży.
-Jest cała szkoła! - krzyknął Fred Weasley, wyglądając przez drzwi. - Nawet... a niech to... słuchajcie, nawet Dumbledore przyszedł!
Harry'emu drgnęło serce.
-Dumbledore? - powtórzył i podbiegł do drzwi, żeby się upewnić. Fred miał rację. Trudno było się pomylić, widząc tę srebrzystą brodę.
Harry poczuł, jak rozpiera go radość. A więc jest bezpieczny. Przecież Snape nie ośmieli się zrobić mu krzywdy na oczach dyrektora.
Może właśnie dlatego Snape miał tak wściekłą minę, kiedy obie drużyny wymaszerowały na boisko. Ron też to zauważył.
-Jeszcze nigdy nie widziałem Snape'a w takim stanie - powiedział Hermionie.
-Patrz... już się zaczęło. Auuu!
Ktoś rąbnął go w tył głowy. Odwrócił się: to był Malfoy.
- Och, przepraszam, Weasley, nie chciałem.
Malfoy wyszczerzył zęby do Crabbe'a i Goyle'a.
-Ciekaw jestem, jak długo tym razem Potter utrzyma się na miotle. Ktoś chce się założyć? Może ty, Weasley?
Ron nie odpowiedział. Snape właśnie obdarzył Puchonów rzutem wolnym, bo George Weasley odbił tłuczka prosto w niego. Hermiona, która skrzyżowała palce na podołku, wpatrywała się w Harry'ego, który krążył nad stadionem jak jastrząb, wypatrując znicza.
-Wiecie, jak wybierają skład drużyny Gryfonów? - powiedział Malfoy kilka minut później, kiedy Snape przyznał Puchonom kolejny rzut wolny, tym razem bez żadnego powodu. - Wybierają tych, którzy cierpią, bo czegoś nie mają. Na przykład taki Potter, nie ma rodziców... Wasleyowie nie mają pieniędzy... Ty, Longbottom, też powinieneś być w drużynie, bo nie masz rozumu.
Neville zaczerwienił się i odwrócił do Malfoya.
-Jestem wart tyle, co tuzin takich jak ty, Malfoy - warknął.
Malfoy, Crabbe i Goyle ryknęli śmiechem, ale Ron, nie odrywając oczu od gry, powiedział:
-Dobrze mu powiedziałeś, Neville.
-Longbottom, gdyby mózgi były ze złota, byłbyś biedniejszy od Weasleya, a to już nie lada wyczyn.
Ron miał kłopoty z panowaniem nad sobą, bo bardzo się niepokoił o Harry'ego.
-Ostrzegam cię, Malfoy... jeszcze jedno słowo...
-Ron! - powiedziała nagle Hermiona - Harry...
-Co? Gdzie?
Harry nagle zanurkował brawurowo, co wywołało okrzyki i wiwaty na widowni. Hermina wstała, trzymając skrzyżowane palce w ustach. Harry mknął ku ziemi jak pocisk.
-Ale ci się trafiło, Weasley, Potter na pewno zobaczył jakąś monetę na boisku! - zadrwił Malfoy.
Zanim zdążył się zorientować, Ron rzucił się na niego, zwalając go z ławki. Neville zawahał się, po czym przelazł przez oparcie, żeby mu pomóc.
-Brawo, Harry! - wrzasnęła Hermiona, wskakując na ławkę, żeby lepiej widzieć, jak Harry pędzi wprost na Snape'a; nawet nie zauważyła, że Malfoy i Ron potoczyli się pod jej siedzenie, a tuż za nią Neville, rycząc dziko, walczy dzielnie z Crabbe'em i Goyle'em.
Wysoko w powietrzu Snape obrócił swoją miotłę i zobaczył, jak coś szkarłatnego przemknęło o kilka cali od niego. W następnej sekundzie Harry wyhamował tuż nad ziemią i uniósł rękę, w której błysnął znicz.
Widownia eksplodowała wrzaskiem. To był chyba absolutny rekord. Chyba w żadnym meczu nie schwytano znicza tak szybko.
Harry zeskoczył z miotły o stopę nad ziemią. Sam nie mógł w to uwierzyć. Dokonał tego - gra się skończyła, choć minęło zaledwie pięć minut. Uradowani Gryfoni już wbiegali na boisko. Niedaleko od niego wylądował Snape, blady i z zaciśniętymi wargami. Nagle Harry poczuł na ramieniu czyjąś rękę, odwrócił się i zobaczył uśmiechnietą twarz Dumbledore'a.
-Dobra robota - powiedział cicho dyrektor, tak że tylko Harry mógł to dosłyszeć. - Cieszę się, że nie szukałeś tego zwierciadła... że zająłeś się czymś innym... Wspaniale...
Snape splunął ze złością na trawę.
Jakiś czas później Harry opuścił samotnie szatnię, żeby zanieść swojego Nimbusa Dwa Tysiące do szopy na miotły. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak szczęśliwy. Dokonał czegoś, z czego mógł być naprawdę dumny - już nikt mu nie powie, że ma tylko sławne nazwisko. Szedł przez mokre błonia, przeżywając w myślach ostatnią godzinę, a była to godzina cudownego, podniecającego zamieszania: Gryfoni podbiegający, by ponieść go na ramionach, Ron i Hermiona podskakujący na ławce w oddali, Ron wrzeszczący z radości pomimo krwi buchającej mu z nosa.
Doszedł do szopy. Oparł się o drewniane drzwi i spojrzał na Hogwart, którego okna poczerwieniały w blasku zachodzącego słońca. Gryfoni na czele tabeli. On tego dokonał, on pokazał Snape'owi.
A jeśli już mowa o Snapie...
Po stopniach wiodących od bramy zamku zbiegła zakapturzona postać. Rozglądając się czujnie, jakby w obawie, że ją ktoś zobaczy, pomaszerowała szybko ku Zakazanemu Lasowi. Harry zapomniał o swoim zwycięstwie. Natychmiast poznał ten skradający się krok. Snape wymykający się ukradkiem do Zakazanego Lasu, kiedy wszyscy są na kolacji?... O co tu chodzi?
Harry wskoczył na Nimbusa Dwa Tysiące i wzbił się w powietrze. Zataczając krąg ponad zamkiem, zobaczył, jak Snape wbiega do lasu. Poszybował za nim.
Drzewa rosły tu tak gęsto, że stracił Snape'a z oczu. Krążył nad lasem coraz niżej, dotykając stopami górnych gałęzi drzew. Nagle usłyszał głosy. Dał nurka w gęstwinę i wylądował bezszelestnie tuż obok potężnego buka.
Uniósł się ostrożnie ku jednej gałęzi, mocno ściskając kij, stanął prawie na samym jej końcu i spojrzał w dół poprzez liście.
Na cienistej polanie stał Snape, ale nie był już sam. Był tam również Quirrell. Harry nie widział wyrazu jego twarzy, ale nawet stąd mógł dostrzec, że Quirrell trzęsie się jeszcze bardziej niż zwykle. Harry wytężył słych, żeby się dowiedzieć, o czym rozmawiają.
-...n-n-nie wiem d-dlaczego chciałeś się ze mną s-s-spotkać w t-t-takim miejscu, Severusie...
-Och, nie chciałem mieć świadków - odpowiedział Snape lodowatym tonem. - Chyba się ze mną zgodzisz, że uczniowie nie powinni się dowiedzieć o Kamieniu Filozoficznym.
Harry wychylił się do przodu. Quirrell coś mamrotał. Snape mu przerwał.
-Wymyśliłeś już coś, jak ominąć tego psa Hagrida?
-A-a-ale Severusie, ja...
-Quirrell, chyba nie chcesz mieć we mnie wroga, co? - warknął Snape, robiąc krok w jego kierunku.
-J-j-ja nie wiem, co ty...
Sowa zachuczała w pobliżu i Harry o mało co nie zleciał z drzewa. Zdążył odzyskać równowagę, żeby usłyszeć, jak Snape mówi:
-...jakieś twoje hokus-pokus. Czekam.
-A-a-ale ja n-n-nie...
-Świetnie - przerwał mu Snape. - Wkrótce znowu utniemy sobie pogawędkę, kiedy przemyślisz to wszystko i zdecydujesz, po której jesteś stronie.
Zarzucił kaptur na głowę i opuścił polanę. Zrobiło się już prawie ciemno, ale Harry wciąż widział Quirrella, stojącego nieruchomo jak posąg.
-Harry, gdzie ty byłeś? - zaskrzeczała Hermiona.
-Zwyciężyliśmy! Zwyciężyłeś! Zwyciężyliśmy! - wrzeszczał Ron, waląc Harry'ego po plecach. - A ja podbiłem Malfoy'owi oko, a Neville sam jeden rzucił się na Crabbe'a i Goyle'a! Na razie jest w szpitalu, ale pani Pomfrey mówi, że nic mu nie będzie... Wszyscy na ciebie czekają w pokoju wspólnym, urządzamy balangę, Fred i George ukradli z kuchni trochę ciastek...
-Teraz mamy na głowie inne sprawy - szepnął Harry. - Znajdźmy jakiś pusty pokój, a wszystkiego się dowiecie...
Upewnił się, że Irytka nie ma w środku, i zamknął za nimi drzwi pustej klasy, a potem opowiedział, co zobaczył i usłyszał.
-A więc mieliśmy rację, to naprawdę jest Kamień Filozoficzny, a Snape próbuje zmusić Quirrella, żeby pomógł mu go wykraść. Chce, żeby Quirrell wymyślił jakiś sposób na Puszka... I wspomniał o jakimś "hokus-pokus"... Myślę, że nie tylko Puszek pilnuje tego skarbu, muszą go chronić jakieś potężne zaklęcia, a Quirrell na pewno zna jakieś przeciwzaklęcia i Snape chce z tego skorzystać...
-Więc myślisz, że Kamień jest bezpieczny, póki Quirrell opiera się Snape'owi? - zapytała Hermiona.
-Czyli do następnego wtorku - powiedział Ron.
piątek, 23 sierpnia 2013
środa, 14 sierpnia 2013
Zwierciadło Ain Eingarp
Zbliżało się Boże Narodzenie. Pewnego ranka w połowie grudnia Hogwart obudził się pokryty grubą warstwą śniegu. Jezioro zamarzło na dobre, a Weasleyowie zostali ukarani za zaczarowanie kilkunastu piguł śniegowych, które ścigały profesora Quirrella, grzmocąc w jego turban. Kilka słów, którym się udało przebić przez zamiecie i zawieje, by przekazać pocztę, musiało przejść kurację u Hagrida.
Wszyscy nie mogli doczekać się przerwy świątecznej. W pokoju wspólnym Gryffindoru i w Wielkiej Sali ogień huczał w kominkach, ale na korytarzach panował straszliwy ziąb, a w klasach wiatr łomotał w okna. Najgorsze były zajęcia z profesorem Snape'em, które odbywały się w lochach, gdzie oddech zamieniał się w parę; żeby się ogrzać, trzymali się jak najbliżej gorących kociołków.
-Naprawdę mi żal - powiedział Draco Malfoy na jednej z lekcji eliksirów - tych wszystkich, którzy będą musieli zostać na Boże Narodzenie, bo nie chcą ich w domu.
Kiedy to mówił, patrzył na Harry'ego. Crabbe i Goyle zachichotali. Harry, który właśnie odważał porcję sproszkowanego kręgosłupa skorpeny, zignorował ich. Od meczu quidditcha Malfoy zrobił się jeszcze bardziej nieprzyjemny. Wściekły z powodu przegranej Slytherinu, próbował wszystkich rozśmieszyć propozycją, by w następnym meczu na pozycji szukającego Harry'ego zastąpiła żaba drzewna, bo ma szersze usta. W końcu zorientował się, że nikogo to nie śmieszy. Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem wyczynu Harry'ego, który zdołał się utrzymać na zbuntowanej miotle. Powrócił więc do swojej dawnej metody szydzenia z jego sieroctwa i dzieciństwa u mugoli.
Harry rzeczywiście nie zamierzał wracać na święta do Dursleyów. Profesor McGonagall obeszła wszystkie domy, spisując uczniów, którzy zostają w zamku, i Harry natychmiast wpisał się na listę. Nie czuł się wcale nieszczęśliwy z tego powodu, przeciwnie, uważał, że będą to najlepsze święta, jakie dotąd przeżył. Ron i jego bracia też zostawali, ponieważ państwo Weasleyowie wybierali się do Rumunii, by odwiedzić Charliego.
Po lekcji, gdy chcieli wyjść z lochów, stwierdzili, że korytarz jest zablokowany przez wielką jodłę, spod której wystają dwie olbrzymie stopy. Po głośnym sapaniu poznali, że za drzewkiem jest Hagrid.
-Cześć, Hagrid, pomóc ci? - zapytał Ron, wpychając głowę między gałęzie.
-Nie, dzięki, dam radę, Ron.
-Może byście przestali blokować przejście, co? - rozległ się za nimi zimny głos Malfoya. - Chcesz sobie dorobić, Weasley? Masz nadzieję zostać gajowym, jak skończysz szkołę albo szkoła z tobą skończy? Chatka Hagrida to chyba pałac w porównaniu z twoim rodzinnym domem, nie?
Ron rzucił się na Malfoya, ale w tej samej chwili na szczyt schodów dotarł Snape.
-WEASLEY!
Ron puścił przód szaty Malfoya.
-Został sprowokowany, panie psorze - powiedział Hagrid, wystawiając swoją wielką, włochatą głowę zza jodły. - Malfoy obrażał jego rodzinę.
-Może i tak było, ale bijatyki są w Hogwarcie zakazane, Hagrid - rzekł Snape. - Minus pięć punktów dla Gryffindoru, Weasley, i bądź wdzięczny, że tylko tyle. Ruszajcie stąd, wszyscy.
Malfoy, Crabbe i Goyle przecisnęli się obok drzewka, rozsiewając wokoło igły i śmiejąc się głupkowato.
-Jeszcze go dostanę - wycedził Ron przez zęby. - Któregoś dnia odpowie mi za wszystko.
-Nienawidze ich obu - mruknął Harry. - Malfoya i Snape'a.
-No, chłopaki, głowa do góry, Boże Narodzenie za pasem - powiedział Hagrid. - Wiecie co? Chodźcie ze mną i zobaczcie Wielką Salę, wygląda naprawdę ekstra.
Poszli więc za Hagridem i jego drzewkiem do Wielkiej Sali, której dekorowaniem byli zajęci profesor McGonagall i profesor Flitwick.
-Ach, Hagrid, ostatnie drzewko... postaw je tam w rogu, dobrze?
Sala wyglądała naprawdę wspaniale. Festony ostrokrzewu i jemioły wisiały na wszystkich ścianach, a wokoło stało ze dwanaście pięknych jodeł; niektóre migotały maleńkimi sopelkami, inne jarzyły się setkami świec.
-Ile dni wam zostało do ferii świątecznych? - zapytał Hagrid.
-Tylko jeden - odpowiedziała Hermiona. - To mi przypomniało... Harry, Ron, mamy pół godziny do obiadu, powinniśmy pójść do biblioteki.
-Och, tak masz rację - rzekł Ron, odrywając oczy od profesora Flitwicka, który wyczarowywał różdżką złote bombki i wieszał na gałązkach właśnie dostarczonego drzewka.
-Do biblioteki? - zdziwił się Hagrid, wychodząc za nimi z sali. - Tuż przed feriami? Macie bzika czy jak?
-Och, tu nie chodzi o naukę - wyjaśnił mu Harry. - Od kiedy wspomniałeś o Nicolasie Flamelu, próbujemy się dowiedzieć, kim on jest.
-Co robicie? - Hagrid wytrzeszczył oczy. - Słuchajcie... mówiłem wam już... zostawcie to. Nic wam do tego, czego pilnuje Puszek.
-My tylko chcemy się dowiedzieć, kim jest ten Flamel, nic poza tym - powiedziała Hermiona.
-Chyba że ty nam powiesz i zaoszczędzisz nam trudu - dodał Harry. - Przewaliliśmy już setki książek i nic nie możemy znaleźć... Daj nam tylko jakąś wskazówkę... Wiem, że gdzieś już spotkałem to nazwisko.
-Nic nie powiem.
-No to musimy szukać sami - rzekł Harry i zostawili Hagrida samego, z kwaśną miną, spiesząc do biblioteki.
Od czasu, gry Hagridowi wyrwało się to nazwisko, rzeczywiście przetrząsali książki w poszukiwaniu jakichś informacji o Flamelu, bo - jak dotąd - był to jedyny sposób, by dowiedzieć się, co chciał wykraść Snape. Kłopot polegał na tym, że nie mieli pojęcia, od czego zacząć, bo nie wiedzieli, co takiego mógł zrobić ten Flamel, by znaleźć się w jakiejś książce. Nie było go w Wielkich czarodziejach dwudziestego wieku ani w Wybitnych postaciach świata magii naszych czasów; nie było go też w Najważniejszych współczesnych odkryciach magicznych i we Współczesnych osiągnięciach czarodziejstwa. A bliblioteka była ogromna: dziesiątki tysięcy ksiąg, setki półek, tysiące rzędów.
Hermiona sporządziła sobie listę tematów i tytułów, które postanowiła sprawdzić, natomiast Ron chodził wzdłuż półek i wyciągnął woluminy na chybił trafił. Harry powędrował ku działowi Ksiąg Zakazanych. Niestety, żeby korzystać ze zgromadzonych tu dzieł, trzeba było mieć specjalne pozwolenie na piśmie od któregoś z nauczycieli, a doskonale wiedział, że żaden mu go nie da. Były tam księgi zawierające tajemnice czarnej magii, której w Hogwarcie nigdy się nie nauczało, a dostęp do nich mieli wyłącznie studenci starszych lat, uczący się zaawansowanej obrony przeciw czarnoksięstwu.
-Czego szukasz, chłopcze?
-Niczego.
Pani Pince, bibliotekarka, machnęła mu przed nosem miotełką z piór.
-Więc lepiej stąd zmykaj. Wynoś się! Już!
Żałując, że nie przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, Harry opuścił bibliotekę. Już na samym początku ustalili, że lepiej nie pytać pani Pince, gdzie można znaleźć coś o Flamelu. Byli pewni, że potrafiłby im udzielić wskazówek, ale nie chcieli ryzykować, że Snape dowie się, czego szukają.
Harry czekał na korytarzu, żeby się dowiedzieć, czy Ron i Hermiona czegoś nie znaleźli, choć nie miał na to wielkiej nadziei. Poszukiwania prowadzili co prawda od dwóch tygodni, a ponieważ mogli to robić jedynie w przerwach między lekcjami, trudno się dziwić, że na nic jeszcze nie natrafili. Potrzebne im było dokładne, długie przeszukanie, bez pani Pince dyszącej im w karki.
Pięc minut później wyszli Ron i Hermiona, kręcąc głowami. Poszli na obiad.
-Będziecie dalej szukać, jak mnie nie będzie, tak? - powiedziała Hermiona. - I przyślijcie mi sowę, jak coś znajdziecie.
-A ty zapytaj rodziców, może coś wiedzą o tym Flamelu - rzekł Ron. - To chyba bezpieczne.
-Bardzo bezpieczne, bo oboje są dentystami - odpowiedziała Hermiona.
W końcu ferie się rozpoczęły. Ron i Harry mieli teraz aż za dużo czasu, by rozmyślać o Flamelu. W dormitorium spali tylko we dwóch, a że w salonie też było o wiele luźniej, bez trudu udawało się zająć dobre miejsca przy kominku. Przesiadywali tam godzinami, pojadając wszystko, co dało się nadziać na rożen - chleb, angielskie bułeczki, ślazowe marmoladki - i wymyślając najróżniejsze sposoby pozbycia się Malfoya ze szkoły, co było bardzo zabawne, nawet jeśli zupełnie nierealne.
Ron zaczął uczyć Harry'ego gry w szachy czarodziejów. Od szachów mugoli różniły się tym, że figury były żywe, co sprawiało wrażenie, że dowodzi się oddziałami w bitwie. Komplet figur Rona był bardzo stary i zniszczony. Jak wszystko, co posiadał, należał kiedyś do któregoś z członków jego rodziny - w tym przypadku do dziadka. Starość nie była jednak wcale ich wadą. Ron tak dobrze je znał, że bez trudu skłaniał je do robienia tego, co zechciał.
Harry grał kompletem pożyczonym od Seamusa Finnigana i miał spore trudności. Figury nie miały do niego za grosz zaufania i wciąż udzielały mu rad, co go trochę deprymowało. "Nie stawiaj mnie tutaj, nie widzisz jego laufra? Rusz się tym, nie możemy sobie pozwolić na jego stratę".
W Wigilię Bożego Narodzenia Harry poszedł do łóżka, rozmyślając o wszystkich jutrzejszych pysznościach i zabawach, sle nie oczekując żadnych prezentów. A jednak, kiedy obudził się rano, zobaczył stosik paczuszek w nogach swojego łóżka.
-Wesołych Świąt - mruknął Ron sennym głosem, kiedy Harry wygramolił się z łóżka i założył szlafrok.
-Nawzajem - odpowiedział Harry. - Widziałeś? Dostałem prezenty!
-A czego się spodziewałeś, pietruszki? - powiedział Ron, spoglądając na swój stos, który był trochę większy.
Harry chwycił paczuszkę leżącą na wierzchu. Zapakowana była w gruby, brązowy papier, na którym niewprawna ręka wypisała: "Dla Harry'ego, od Hagrida". W środku był dość toporny drewniany flecik. Hagrid musiał go sam wystrugać. Harry dmuchnął weń, a flet wydał dźwięk podobny do krzyku sowy.
Druga paczuszka zawierała kartkę:
Otrzymaliśmy wiadomość od ciebie i przesyłamy ci prezent bożonarodzeniowy. Od wuja Vernona i ciotki Petuni.
Do kartki przyklejona była taśmą moneta pięćdziesięciopensowa.
-To miłe - rzekł Harry.
Ron był bardzo zafascynowany monetą.
-Ojej! Co za kształt! To są pieniądze?
-Możesz ją zatrzymać - odpowiedział Harry, śmiejąc się z jego zdumienia. - Hagrid, ciotka i wuj... więc od kogo ta reszta?
-Chyba wiem, od kogo jest ten - powiedział Ron, rumieniąc się i wskazując na niezbyt porządną paczkę. - Od mojej mamy. Powiedziałem jej, że nie spodziewasz się żadnych prezentów i... och, nie... - jęknął - zrobiła ci sweter Weasleyów!
Harry rozerwał paczkę i wyjął gruby, robiony na drutach, szmaragdowozielony sweter i duże pudełko domowych krówek.
-Co roku robi nam swetry - westchnął Ron i rozwinął swój - a mój zawsze jest kasztanowy.
-To naprawdę bardzo miłe z jej strony - rzekł Harry, próbując krówki, która okazała się bardzo smaczna.
Kolejny prezent też zawierał słodycze - wielkie pudło czekoladowych żab od Hermiony.
Pozostała już tylko jedna paczka. Harry wziął ją do ręki i pomacał. Była bardzo lekka. Rozwinął ją. Coś wiotkiego i srebrnoszarego zsunęło się na podłogę i leżało tam, połyskując i migocąc. Ron wydał zduszony okrzyk.
-Ojej... słyszałem o tym - wyszeptał, wypuszczając z rąk pudełko fasolek wszystkich smaków od Hermiony. - Jeśli to jest to, o czym myślę... to naprawdę wielka rzadkość i bardzo cenny prezent.
-Co to jest?
Harry podniósł z podłogi lśniącą, srebrzystą szatę. Była dziwna w dotyku, jakby tkanina była wykonana z wody.
-To peleryna-niewidka - powiedział Ron z przejęciem. - Jestem prawie pewny... przymierz ją.
Harry zarzucił płaszcz na ramiona, a Ron wrzasnął krótko.
-Tak! Spójrz w dół!
Harry spojrzał na swoje stopy - ale stóp nie było. Podbiegł do lustra. Zobaczył swoje odbicie, ale była to tylko głowa zawieszona w powietrzu. Naciągnął pelerynę na głowę i odbicie całkowicie zniknęło.
-Tu jest jakaś kartka! - zawołał Ron. - Odpadła kartka!
Harry zdjął płaszcz i chwycił list. Napisany był wąskim, pełnym zakrętasów pismem, które widział po raz pierwszy w życiu.
Twój ojciec pozostawił to pod moją opieką, zanim umarł. Już czas, by wróciło do ciebie. Zrób z tego dobry użytek.
Życzę ci bardzo wesołych świąt.
Nie było podpisu. Harry gapił się na liścik. Ron podziwiał płaszcz.
-Oddałbym za to wszystko - powiedział. - Wszystko. Co ci jest?
-Nic, nic - odrzekł Harry, ale poczuł się bardzo dziwnie. Kto mu przysłał ten płaszcz? Czy naprawdę należał kiedyś do jego ojca?
Zanim zdążył coś jeszcze pomyśleć albo powiedzieć, drzwi dormitorium otworzyły się z hukiem i wpadli Fred i George Weasleyowie. Harry szybko zgarnął płaszcz i przykrył kocem. Jakoś nie chciał się z nikim dzielić tą tajemnicą.
-Wesołych Świąt!
-Hej, zobacz! Harry dostał sweter Weasleyów!
Fred i George mieli na sobie niebieskie swetry; na jednym było duże F, na drugim G.
-Ale jego jest lepszy - zauważył Fred, podnosząc sweter Harry'ego. - Widać, że bardziej się przyłożyła.
-Dlaczego nie włożyłeś swojego sweterka, Ronuś? - zapytał George. - Włóż, taki jest ładny i ciepły.
-Nienawidzę koloru kasztanowego - jęknął Ron i wciągnął swój sweter przez głowę.
-Na twoim nie ma litery - zauważył George. - Chyba uważa, że nie zapominasz swojego imienia. Ale my nie jesteśmy tacy głupi, wiemy, że nazywamy się Gred i Forge.
-Co to za hałasy?
Percy Weasley wetknął głowę przez drzwi, patrząc na nich surowo. Najwyraźniej też już rozpakował część swoich prezentów, bo miał zarzucony na ramiona sweter. Wszedł do środka, a Fred natychmiast ściągnął mu sweter.
-P czyli prefekt! Wkładaj go, Percy, my już swoje mamy na sobie, Harry też dostał.
-Nieee... nie chcę... - wysapał Percy spod swetra, który bracia już mu wciągali przez głowę, starącając się przy okazji okulary.
-I dzisiaj nie siedzisz z innymi prefektami - oznajmił George. - Boże Narodzenie to rodzinne święto.
Wyprowadzili Percy'ego z sypialni, spętanego swetrem.
Harry jeszcze nigdy w życiu nie jadł takiego świątecznego obiadu. Były tam setki tłustych, pieczonych indyków, góry pieczonych i gotowanych ziemniaków, półmiski frytek, wazy pełne polanego masłem groszku, srebrne łódki z gęstym sosem pieczeniowym i żurawinowym - a także sterty czarodziejskich strzelających niespodzianek, rozłożone co kawałek na wszystkich stołach. Te fantastyczne petardy nie przypominały w niczym owych żałosnych "niespodzianek" mugoli, które zwykle kupowali na Boże Narodzenie Dursleyowie i z których wypadały maleńkie plastikowe zabawki albo byle jakie papierowe kapelusze. Harry i Fred pociągnęli czarodziejską petardę za oba końce, a ona wybuchła ze straszliwym hukiem, spowiła ich obłokiem niebieskiego dymu, a ze środka wyleciał najprawdziwszy kapelusz admiralski i kilkanaście żywych białych myszek. Przy stole nauczycielskim profesor Dumbledore zamienił swoją wysoką, spiczastą tiarę czarodzieja na ukwiecony beret i chichotał z dowcipu, który mu właśnie przeczytał profesor Flitwick.
Po indyku pojawiły się na stołach płonące bożonarodzeniowe puddingi. Percy o mało nie złamał sobie zęba na srebrnym syklu, który był w jego porcji. Harry obserwował Hagrida, który robił się coraz bardziej czerwony na twarzy po kolejnych kielichach wina, a w końcu pocałował profesor McGonagall w policzek, która, ku zdumieniu Harry'ego, zachichotała i spłonęła rumieńcem.
Kiedy Harry odchodził od stołu, dźwigał stos przedmiotów, które powylatywały z petard-niespodzianek, a wśród nich pudło z niezniszczalnymi, świecącymi balonami, zestaw do wyhodowania kurzajek i nowy komplet czarodziejskich figur do szachów. Białe myszki gdzieś zniknęły i Harry miał nieprzyjemne przeczucie, że skończą jako bożonarodzeniowy obiad Pani Norris.
Po południu Harry i Weasleyowie wzięli udział w wielkiej bitwie na śnieżki w szkolnym parku, a później, zziębnięci, przemoczeni i zadyszani, wrócili do pokoju wspólnego Gryffindoru, gdzie ogień chuczał w kominku. Harry zrobił chrzest bojowy swoim nowym figurom szachowym i przegrał z Ronem. Podejrzewał, że klęska byłaby aż tak sromotna, gdyby Percy nie pomagał bratu.
Po kolacji, na którą składały się kanapki z indykiem, krokiety, biszkopty z kremem i bożonarodzeniowy placek, wszyscy poczuli się tak ociężali i senni, że tylko siedzieli i patrzyli, jak Percy ściga po całej wieży Freda i George'a, którzy ukradli mu odznakę prefekta.
Było to dla Harry'ego najwspanialsze Boże Narodzenie w życiu, a jednak na dnie duszy coś go nękało przez cały dzień. Dopiero gdy położyli się do łóżka, miał czas, by o tym pomyśleć: o pelerynie-niewidce i o tym, kto mu ją przysłał.
Ron, objedzony indykiem i ciastem i nie dręczony żadnymi zagadkami, usnął prawie natychmiast po zasunięciu kotary swojego łoża. Harry przechylił się i wyciągnął spod łóżka pelerynę.
Jego ojca... to należało do jego ojca. Przesuwał w dłoniach delikatną tkaninę, gładką jak jedwab, lekką jak powietrze. Zrób z tego dobry użytek - głosił liścik.
Korciło go, by znowu wypróbować działanie czarodziejskiego płaszcza. Wstał z łóżka i narzucił go na ramiona. Spojrzał na swoje nogi i zobaczył tylko plamę księżycowego blasku i cienie. Bardzo dziwne uczucie.
Zrób z tego dobry użytek.
Nagle rozbudził się całkowicie. W tym płaszczu cały Hogwart stoi przed nim otworem! Poczuł silne podniecenie. Przecież teraz może chodzić, gdzie chce, a Filch go nie zobaczy!
Ron mruknął przez sen. Obudzić go? Coś go powstrzymało... to płaszcz ojca... teraz poczuł to wyraźnie... po raz pierwszy... musi być sam...
Wymknął się z dormitorium, zszedł po schodach, minął pokój wspólny i przelazł przez dziurę za portretem.
-Kto tu jest? - zaskrzeczała Gruba Dama. Harry nic nie odpowiedział i ruszył cicho korytarzem.
Dokąd iść? Zatrzymał się nagle i serce zabiło mu mocno. Ależ tak! Do biblioteki, do działu Ksiąg Zakazanych. Będzie mógł szperać tam do woli, czytać co zechce i zostać tak długo, aż znajdzie coś o Flamelu. Otulił się szczelnie peleryną i zdecydowanym krokiem wszedł do biblioteki.
W bibliotece było ciemno i niesamowicie. Zapalił lampę, żeby widzieć drogę wzdłuż rzędów książek. Lampa wyglądała, jakby sama płynęła w powietrzu. Czuł, że ją trzyma, ale mimo to na ten widok dreszcze przebiegały mu po plecach.
Dział Ksiąg Zakazanych mieścił się w samym końcu sali. Harry przeszedł ostrożnie ponad sznurem oddzielającym ten dział od reszty biblioteki i uniósł lampę, by widzieć tytuły książek.
Dział Ksiąg Zakazanych mieścił się w samym końcu sali. Harry przeszedł ostrożnie ponad sznurem oddzielającym ten dział od reszty biblioteki i uniósł lampę, by widzieć tytuły książek.
Niewiele mu mówiły. Złuszczone, wyblakłe złote litery składały się na słowa w nieznanych mu językach. Niektóre księgi w ogóle nie miały tytułów na grzbiecie. Na jednej była ciemna plama, która wyglądała już dawno zaschła krew. Poczuł mrowienie w karku. Może to sobie wyobraził, a może nie, ale miał wrażenie, że książki szepcą coś cicho, jakby wiedziały, że ogląda je ktoś, kto nie powinien tu być.
Trzeba od czegoś zacząć. Postawił ostrożnie lampę na podłodze i zaczął przeglądać najniższy rząd w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Jego uwagę zwrócił wielki, czarno-srebrny wolumin. Wyciągnął go z trudem, bo okazał się bardzo ciężki, wsparł na uniesionym kolanie i otworzył.
Ciszę przerwał przeszywający, mrożący krew w żyłach wrzask. Harry zatrzasnął książkę, ale wrzask trwał i trwał - wysoki, nieprzerwanym dźgający w uszy ton. Przerażony, cofnął się i przewrócił lampę, która natychmiast zgasła. Usłyszał kroki na korytarzu. Wepchnął księgę na swoje miejsce i pobiegł ku wyjściu. Minął Filcha w drzwiach; jego blade, straszne oczy wpatrywały się poprzez niego w ciemność biblioteki. Przemknął pod jego wyciągniętą ręką i pobiegł dalej korytarzem, wciąż mając w uszach ten okropny wrzask.
Zatrzymał się nagle przed jakąś zbroją. W panicznej ucieczce z biblioteki nie zwrócił w ogóle uwagi, dokąd biegnie. Było ciemno i nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Wiedział, że jakaś zbroja stoi w pobliżu kuchni, ale przecież nie schodził w dół, wciąż musiał być pięć pięter wyżej.
-Polecił mi pan, panie profesorze, żebym natychmiast pana powiadomił, jeśli ktoś będzie chodził nocą po zamku, a ktoś właśnie był w bibliotece... w dziale Ksiąg Zakazanych.
Harry poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. Filch musiał znać jakieś przejście na skróty, bo jego cichy, oślizgły głos zbliżał się coraz bardziej. A głos, który mu odpowiedział, Harry poznał natychmiast.
-W dziale Ksiąg Zakazanych? No, daleko nie uciekł, zaraz go złapiemy.
To był głos Snape'a.
Harry cofnął się najciszej, jak potrafił. Na lewo majaczyły jakieś drzwi. Namacał klamkę, wstrzymał oddech i poczuł z ulgą, że drzwi ustępują. Wśliznął się do środka przez szparę i zamarł bez ruchu. Filch i Snape poszli dalej, a Harry oparł się o ścianę, oddychając głęboko i nasłuchując oddalających się kroków. Uff! Bardzo niewiele brakowało... Dopiero po chwili rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym znalazł kryjówkę.
Pokój wyglądał jak nieużywana klasa. Pod ścianami piętrzyły się stosy krzeseł i stolików, dostrzegł też przewrócony do góry nogami kosz na śmieci. Ale było tu również coś, co nie pasowało do całości, coś, co sprawiało wrażenie, jakby ktoś wstawił to tutaj, żeby nie zawadzało.
Było to piękne lustro, oparte o ścianę, sięgające aż do sufitu, w bogato zdobionej złotej ramie. Na szczycie ramy widniał napis: AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO.
Kroki Filcha i Snape'a ucichły całkowicie i Harry poczuł, że jest bezpieczny. Zbliżył się do lustra, chcąc jeszcze raz przeżyć to niesamowite wrażenie, kiedy nie widzi się własnego odbicia.
Stanął przed lustrem i musiał szybko przyłożyć obie dłonie do ust, żeby nie krzyknąć. Obrócił się gwałtownie, serce waliło mu o wiele mocniej niż wtedy, gdy otworzył wrzeszczącą księgę. Był niewidzialny, a jednak zobaczył swoje odbicie w czarodziejskim płaszczu. I nie tylko swoje. Tuż za sobą ujrzał tłum postaci.
Przecież pokój był pusty! Oddychając szybko, odwrócił się powoli do lustra.
Tak, to był on, jego odbicie. Twarz biała jak papier, przerażona, a za nim... przynajmniej z dziesięć postaci. Spojrzał przez ramię do tyłu - nie zobaczył nikogo. Może oni też są niewidzialni? Może znalazł się w pokoju pełnym niewidzialnych ludzi, a to zaczarowane lustro odbija wszystkich widzialnych i niewidzialnych?
Znowu spojrzał w lustro. Kobieta, która stała tuż za nim, uśmiechała się i machała do niego ręką. Sięgnął za siebie, ale nie wyczuł niczego. Gdyby naprawdę tam była , musiałby jej dotknąć, ich odbicia znajdowały się bardzo blisko siebie... Ale jego ręka natrafiła na pustkę - ta kobieta i ci inni ludzie istnieli tylko w lustrze.
Kobieta była bardzo piękna. Miała kasztanowe włosy, a jej oczy... Jej oczy są zupełnie jak moje, pomyślał Harry, przysuwając się do lustra. Jasnozielone, tego samego kształtu... Dopiero teraz dostrzegł, że kobieta płacze, uśmiecha się przez łzy. Stojący obok niej wysoki, chudy, czarnowłosy mężczyzna, objął ją ramieniem. Miał okulary i bardzo rozczochrane włosy. Sterczały do tyłu tak jak Harry'emu.
Harry przysunął się tak blisko do lustra, że prawie dotykał nosem swojego odbicia.
-Mamo? - szepnął. - Tato?
Lecz oni tylko patrzyli na niego, uśmiechając się smutno. Powiódł wzrokiem po twarzach innych ludzi w zwierciadle i ujrzał inne pary takich samych zielonych oczu, inne nosy, tak podobne do jego nosa, a jeden staruszek miał nawet takie same jak on kościste kolana. Patrzył na swoją rodzinę, patrzył na nią po raz pierwszy w życiu.
Potterowie uśmiechali się i machali do niego rękami, a Harry pochłaniał ich wzrokiem, przyciskając dłonie do lustra, jakby miał nadzieję, że przeniknie przez zimne szkło i znajdzie się między nimi. A w sercu czuł przedziwną mieszaninę radości i dojmującego smutku.
Nie wiedział, jak długo tam stał. Odbicia nie blakły, a on patrzył na nie i patrzył, aż gdzieś z daleka dobiegł go jakiś hałas, który pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Oderwał oczy od twarzy matki, szepnął: "Wrócę" i wybiegł z pokoju.
-Mogłeś mnie obudzić - powiedział ze złością Ron.
-Możesz iść dziś w nocy, wracam tam, chcę ci pokazać to zwierciadło.
-Bardzo bym chciał zobaczyć twojego tatę i twoją mamę.
-A ja chcę zobaczyć całą twoją rodzinę, wszystkich Weasleyów. Będziesz mi mógł pokazać swoich innych braci.
-Zawsze możesz ich zobaczyć - rzekł Ron. - Wystarczy, że w lecie pojedziemy razem do mojego domu. A w ogóle, może to lustro pokazuje tylko umarłych? Szkoda, że nie znalazłeś niczego o tym Flamelu. Weź trochę bekonu, czy czegoś, dlaczego nic nie jesz?
Harry wcale nie miał ochoty na jedzenie. Widział swoich rodziców i zobaczy ich znowu tej nocy. Prawie zapomniał o Flamelu. Straciło to dla niego znaczenie. Kogo obchodzi, czego pilnuje trójgłowy pies? Czy to ważne, że Snape może to wykraść?
-Hej, nic ci nie jest? - zapytał Ron. - Wyglądasz jakoś dziwnie.
Teraz Harry bał się tylko jednego: że nie trafi po raz drugi do lustra. Wędrówka pod jednym płaszczem z Ronem też nie była łatwa. Próbowali odtworzyć trasę Harry'ego z biblioteki, ale choć przez godzinę błąkali się po ciemnych korytarzach, nie znaleźli opuszczonej klasy.
-Piekielnie zmarzłem - powiedział Ron. - Dajmy sobie z tym spokój i wracajmy do naszej wieży.
-Nie! - szepnął Harry. - Wiem, że to musi być gdzieś tutaj.
Minęli ducha wysokiej wiedźmy, szybującego w przeciwnym kierunku, ale nikogo więcej nie spotkali. Ron właśnie zaczął jęczeć, że stopy mu zupełnie zdrętwiały z zimna, kiedy Harry dostrzegł zbroję.
-To tu... o, tutaj... tak!
Otworzyli drzwi. Harry zrzucił płaszcz z ramion i podbiegł do lustra.
Byli tam. Jego matka i ojciec rozpromienili się na jego widok.
-Widzisz? - szepnął Harry.
-Nic nie widzę.
-Patrz! Patrz na nich wszystkich... jest ich tam wielu...
-Widzę tylko ciebie.
-Popatrz lepiej, stań tu, gdzie ja.
Harry odsunął się na bok, ale teraz widział tylko Rona w jego piżamie w misie.
Ron wpatrywał się jednak, w lustro jak urzeczony.
-Harry, spójrz na mnie!
-Widzisz całą swoją rodzinę?
-Nie... jestem sam... ale jakiś inny... wyglądam starzej... i jestem... jestem najlepszy!
-Co?
-Jestem... mam odznakę, taką jak miał Bill... i trzymam Puchar Domów... i Puchar Quidditcha... Jestem kapitanem drużyny!
Ron oderwał oczy od tego cudownego widoku i spojrzał na Harry'ego.
-Myślisz, że to lustro pokazuje przyszłość?
-Niby jak? Przecież cała moja rodzina nie żyje... poczekaj, spojrzę jeszcze raz...
-Ty już się napatrzyłeś, pozwól mi jeszcze trochę...
-Trzymasz Puchar Quidditcha, no i co z tego? A ja chcę zobaczyć moich rodziców.
-Nie pchaj mnie...
Niespodziewany hałas na korytarzu zakończył dyskusję. Nie zdawali sobię sprawy, jak głośno rozmawiają.
-Szybko!
Ron ledwo zdąrzył narzucić na nich płaszcz, gdy w drzwiach pojawiły się świetliste oczy Pani Norris. Stali nieruchomo, myśląc o tym samym: czy płaszcz działa na koty? Ale po długiej chwili Pani Norris wyszła.
-Nie jest dobrze... - szepnął Ron. - Może poszła do Filcha. Założę się, że nas usłyszała. Idziemy.
I wypchnął Harry'ego z pokoju.
Następnego ranka wszystko było nadal pokryte śniegiem.
-Zagramy w szachy? - zapytał Ron.
-Nie.
-Może pójdziemy odwiedzić Hagrida?
-Nie... idź sam.
-Wiem, o czym myślisz, Harry. O tym lustrze. Nie idź tam dziś w nocy.
-Dlaczego?
-Nie wiem, mam jakieś złe przeczucie... Za dużo osób tam się kręci. Filch, Snape, teraz Pani Norris. Nie widzą cię, ale przecież w każdej chwili mogą tam wejść. A jak na coś wpadniesz?
-Mówisz zupełnie jak Hermiona.
-Mówię poważnie, Harry, nie chodź.
Ale Harry myślał tylko o jednym: o powrocie przed zaczarowane zwierciadło. Ron nie był w stanie go powstrzymać.
Trzeciej nocy bardzo szybko znalazł drogę. Szedł tak prędko, że jego kroki dudniły w pustym korytarzu, ale tym razem nie spotkał nikogo.
I znowu zobaczył matkę i ojca, a jeden z jego dziadków pokiwał głową, uradowany. Harry usiadł na podłodze przed lustrem. Nic nie mogło go powstrzymać przed siedzeniem tu przez całą noc razem za swoją rodziną. Nic.
Nic prócz...
-A więc znowu tu wróciłeś, Harry?
Harry poczuł się tak, jakby brzuch miał wypełniony lodem. Na jednym ze stolików przy ścianie siedział nie kto inny, jak sam Albus Dumbledore. Harry musiał przejść tuż obok niego, tak zafascynowany lustrem, że go nie zauważył.
-Ja... ja nie widziałem pana, panie profesorze.
-To dziwne, jak niewidzialność popsuła ci wzrok - rzekł Dumbledore, a Harry poczuł ulgę, bo zobaczył, że profesor się uśmiecha. - Tak więc i ty - dodał, zsuwając się ze stolika i siadając na podłodze obok Harry'ego - jak setki innych przed tobą, odkryłeś rozkosze Zwierciadła Ain Eingarp.
-Nie wiedziałem, że ono tak się nazywa, panie profesorze.
-Ale chyba już wiesz, co ono potrafi?
-No... pokazuje mi moją rodzinę.
-I twojego przyjaciela Rona jako prymusa.
-Skąd pan wie?...
-Nie muszę mieć płaszcza, żeby stać się niewidzialnym - powiedział łagodnie Dumbledore. - No dobrze, ale czy już wiesz, co pokazuje nam wszystkim Zwierciadło Ain Eingarp?
Harry potrząsnął głową.
-Zaraz ci to wyjaśnię. Tylko najszczęśliwszy człowiek na świecie mógłby używać Zwierciadła Ain Eingarp jak zwykłego lustra, to znaczy, że mógłby patrzeć w nie i widzieć swoje normalne odbicie. Teraz już rozumiesz?
Harry pomyślał, a potem powiedział powoli:
-Ono pokazuje nam to, czego pragniemy... czego każdy z nas pragnie...
-Tak i nie - odpowiedział spokojnie Dumbledore. - Pokazuje nam ni mniej, ni więcej, tylko najgłębsze, najbardziej utęsknione pragnienie naszego serca. Ty, który nigdy nie znałeś swojej rodziny, widzisz ją całą, stojącą wokół ciebie. Ronald Weasley, który zawsze był w cieniu swoich braci, widzi tylko siebie, ale jako najlepszego z nich wszystkich. To lustro nie dostarcza nam jednak ani wiedzy, ani prawdy. Ludzie tracą przed nim czas, oczarowani tym, co widzą, albo nawet wpadają w szaleństwo, nie wiedząc, czy to, co widzą w zwierciadle, jest prawdziwe lub choćby możliwe.
-Jutro Zwierciadło Ain Eingarp zostanie przeniesione, Harry, a ja proszę cię, żebyś już go nie szukał. Jeśli kiedykolwiek na nie się natkniesz, zostałeś ostrzeżony. Pamiętaj: naprawdę niczego nie daje pogrążanie się w marzeniach i zapomnienie o życiu. A teraz, załóż swój cudowny płaszcz i wracaj do łóżka, dobrze?
Harry wstał.
-Panie profesorze... Czy mogę o coś zapytać?
-Właśnie to zrobiłeś. - Dumbledore uśmiechnął się. - Ale dobrze, możesz mnie jeszcze o coś zapytać.
-Co pan profesor widzi, jak patrzy to w lustro?
-Ja? Widzę siebie trzymającego parę grubych, wełnianych skarpetek.
Harry wytrzeszczył oczy.
-Nigdy się nie ma za dużo skarpetek - powiedział Dumbledore. - Minęło jeszcze jedno Boże Narodzenie, a ja znowu nie dostałem ani jednej pary. Wszyscy wciąż dają mi książki.
Dopiero kiedy Harry znalazł się spowrotem w łóżku, pomyślał, że profesor Dumbledore mógł mu nie powiedzieć całej prawdy. Ale w końcu, uznał, spychając Parszywka ze swojej poduszki, było to bardzo osobiste pytanie.
Wszyscy nie mogli doczekać się przerwy świątecznej. W pokoju wspólnym Gryffindoru i w Wielkiej Sali ogień huczał w kominkach, ale na korytarzach panował straszliwy ziąb, a w klasach wiatr łomotał w okna. Najgorsze były zajęcia z profesorem Snape'em, które odbywały się w lochach, gdzie oddech zamieniał się w parę; żeby się ogrzać, trzymali się jak najbliżej gorących kociołków.
-Naprawdę mi żal - powiedział Draco Malfoy na jednej z lekcji eliksirów - tych wszystkich, którzy będą musieli zostać na Boże Narodzenie, bo nie chcą ich w domu.
Kiedy to mówił, patrzył na Harry'ego. Crabbe i Goyle zachichotali. Harry, który właśnie odważał porcję sproszkowanego kręgosłupa skorpeny, zignorował ich. Od meczu quidditcha Malfoy zrobił się jeszcze bardziej nieprzyjemny. Wściekły z powodu przegranej Slytherinu, próbował wszystkich rozśmieszyć propozycją, by w następnym meczu na pozycji szukającego Harry'ego zastąpiła żaba drzewna, bo ma szersze usta. W końcu zorientował się, że nikogo to nie śmieszy. Wszyscy byli pod wielkim wrażeniem wyczynu Harry'ego, który zdołał się utrzymać na zbuntowanej miotle. Powrócił więc do swojej dawnej metody szydzenia z jego sieroctwa i dzieciństwa u mugoli.
Harry rzeczywiście nie zamierzał wracać na święta do Dursleyów. Profesor McGonagall obeszła wszystkie domy, spisując uczniów, którzy zostają w zamku, i Harry natychmiast wpisał się na listę. Nie czuł się wcale nieszczęśliwy z tego powodu, przeciwnie, uważał, że będą to najlepsze święta, jakie dotąd przeżył. Ron i jego bracia też zostawali, ponieważ państwo Weasleyowie wybierali się do Rumunii, by odwiedzić Charliego.
Po lekcji, gdy chcieli wyjść z lochów, stwierdzili, że korytarz jest zablokowany przez wielką jodłę, spod której wystają dwie olbrzymie stopy. Po głośnym sapaniu poznali, że za drzewkiem jest Hagrid.
-Cześć, Hagrid, pomóc ci? - zapytał Ron, wpychając głowę między gałęzie.
-Nie, dzięki, dam radę, Ron.
-Może byście przestali blokować przejście, co? - rozległ się za nimi zimny głos Malfoya. - Chcesz sobie dorobić, Weasley? Masz nadzieję zostać gajowym, jak skończysz szkołę albo szkoła z tobą skończy? Chatka Hagrida to chyba pałac w porównaniu z twoim rodzinnym domem, nie?
Ron rzucił się na Malfoya, ale w tej samej chwili na szczyt schodów dotarł Snape.
-WEASLEY!
Ron puścił przód szaty Malfoya.
-Został sprowokowany, panie psorze - powiedział Hagrid, wystawiając swoją wielką, włochatą głowę zza jodły. - Malfoy obrażał jego rodzinę.
-Może i tak było, ale bijatyki są w Hogwarcie zakazane, Hagrid - rzekł Snape. - Minus pięć punktów dla Gryffindoru, Weasley, i bądź wdzięczny, że tylko tyle. Ruszajcie stąd, wszyscy.
Malfoy, Crabbe i Goyle przecisnęli się obok drzewka, rozsiewając wokoło igły i śmiejąc się głupkowato.
-Jeszcze go dostanę - wycedził Ron przez zęby. - Któregoś dnia odpowie mi za wszystko.
-Nienawidze ich obu - mruknął Harry. - Malfoya i Snape'a.
-No, chłopaki, głowa do góry, Boże Narodzenie za pasem - powiedział Hagrid. - Wiecie co? Chodźcie ze mną i zobaczcie Wielką Salę, wygląda naprawdę ekstra.
Poszli więc za Hagridem i jego drzewkiem do Wielkiej Sali, której dekorowaniem byli zajęci profesor McGonagall i profesor Flitwick.
-Ach, Hagrid, ostatnie drzewko... postaw je tam w rogu, dobrze?
Sala wyglądała naprawdę wspaniale. Festony ostrokrzewu i jemioły wisiały na wszystkich ścianach, a wokoło stało ze dwanaście pięknych jodeł; niektóre migotały maleńkimi sopelkami, inne jarzyły się setkami świec.
-Ile dni wam zostało do ferii świątecznych? - zapytał Hagrid.
-Tylko jeden - odpowiedziała Hermiona. - To mi przypomniało... Harry, Ron, mamy pół godziny do obiadu, powinniśmy pójść do biblioteki.
-Och, tak masz rację - rzekł Ron, odrywając oczy od profesora Flitwicka, który wyczarowywał różdżką złote bombki i wieszał na gałązkach właśnie dostarczonego drzewka.
-Do biblioteki? - zdziwił się Hagrid, wychodząc za nimi z sali. - Tuż przed feriami? Macie bzika czy jak?
-Och, tu nie chodzi o naukę - wyjaśnił mu Harry. - Od kiedy wspomniałeś o Nicolasie Flamelu, próbujemy się dowiedzieć, kim on jest.
-Co robicie? - Hagrid wytrzeszczył oczy. - Słuchajcie... mówiłem wam już... zostawcie to. Nic wam do tego, czego pilnuje Puszek.
-My tylko chcemy się dowiedzieć, kim jest ten Flamel, nic poza tym - powiedziała Hermiona.
-Chyba że ty nam powiesz i zaoszczędzisz nam trudu - dodał Harry. - Przewaliliśmy już setki książek i nic nie możemy znaleźć... Daj nam tylko jakąś wskazówkę... Wiem, że gdzieś już spotkałem to nazwisko.
-Nic nie powiem.
-No to musimy szukać sami - rzekł Harry i zostawili Hagrida samego, z kwaśną miną, spiesząc do biblioteki.
Od czasu, gry Hagridowi wyrwało się to nazwisko, rzeczywiście przetrząsali książki w poszukiwaniu jakichś informacji o Flamelu, bo - jak dotąd - był to jedyny sposób, by dowiedzieć się, co chciał wykraść Snape. Kłopot polegał na tym, że nie mieli pojęcia, od czego zacząć, bo nie wiedzieli, co takiego mógł zrobić ten Flamel, by znaleźć się w jakiejś książce. Nie było go w Wielkich czarodziejach dwudziestego wieku ani w Wybitnych postaciach świata magii naszych czasów; nie było go też w Najważniejszych współczesnych odkryciach magicznych i we Współczesnych osiągnięciach czarodziejstwa. A bliblioteka była ogromna: dziesiątki tysięcy ksiąg, setki półek, tysiące rzędów.
Hermiona sporządziła sobie listę tematów i tytułów, które postanowiła sprawdzić, natomiast Ron chodził wzdłuż półek i wyciągnął woluminy na chybił trafił. Harry powędrował ku działowi Ksiąg Zakazanych. Niestety, żeby korzystać ze zgromadzonych tu dzieł, trzeba było mieć specjalne pozwolenie na piśmie od któregoś z nauczycieli, a doskonale wiedział, że żaden mu go nie da. Były tam księgi zawierające tajemnice czarnej magii, której w Hogwarcie nigdy się nie nauczało, a dostęp do nich mieli wyłącznie studenci starszych lat, uczący się zaawansowanej obrony przeciw czarnoksięstwu.
-Czego szukasz, chłopcze?
-Niczego.
Pani Pince, bibliotekarka, machnęła mu przed nosem miotełką z piór.
-Więc lepiej stąd zmykaj. Wynoś się! Już!
Żałując, że nie przyszedł mu do głowy jakiś pomysł, Harry opuścił bibliotekę. Już na samym początku ustalili, że lepiej nie pytać pani Pince, gdzie można znaleźć coś o Flamelu. Byli pewni, że potrafiłby im udzielić wskazówek, ale nie chcieli ryzykować, że Snape dowie się, czego szukają.
Harry czekał na korytarzu, żeby się dowiedzieć, czy Ron i Hermiona czegoś nie znaleźli, choć nie miał na to wielkiej nadziei. Poszukiwania prowadzili co prawda od dwóch tygodni, a ponieważ mogli to robić jedynie w przerwach między lekcjami, trudno się dziwić, że na nic jeszcze nie natrafili. Potrzebne im było dokładne, długie przeszukanie, bez pani Pince dyszącej im w karki.
Pięc minut później wyszli Ron i Hermiona, kręcąc głowami. Poszli na obiad.
-Będziecie dalej szukać, jak mnie nie będzie, tak? - powiedziała Hermiona. - I przyślijcie mi sowę, jak coś znajdziecie.
-A ty zapytaj rodziców, może coś wiedzą o tym Flamelu - rzekł Ron. - To chyba bezpieczne.
-Bardzo bezpieczne, bo oboje są dentystami - odpowiedziała Hermiona.
W końcu ferie się rozpoczęły. Ron i Harry mieli teraz aż za dużo czasu, by rozmyślać o Flamelu. W dormitorium spali tylko we dwóch, a że w salonie też było o wiele luźniej, bez trudu udawało się zająć dobre miejsca przy kominku. Przesiadywali tam godzinami, pojadając wszystko, co dało się nadziać na rożen - chleb, angielskie bułeczki, ślazowe marmoladki - i wymyślając najróżniejsze sposoby pozbycia się Malfoya ze szkoły, co było bardzo zabawne, nawet jeśli zupełnie nierealne.
Ron zaczął uczyć Harry'ego gry w szachy czarodziejów. Od szachów mugoli różniły się tym, że figury były żywe, co sprawiało wrażenie, że dowodzi się oddziałami w bitwie. Komplet figur Rona był bardzo stary i zniszczony. Jak wszystko, co posiadał, należał kiedyś do któregoś z członków jego rodziny - w tym przypadku do dziadka. Starość nie była jednak wcale ich wadą. Ron tak dobrze je znał, że bez trudu skłaniał je do robienia tego, co zechciał.
Harry grał kompletem pożyczonym od Seamusa Finnigana i miał spore trudności. Figury nie miały do niego za grosz zaufania i wciąż udzielały mu rad, co go trochę deprymowało. "Nie stawiaj mnie tutaj, nie widzisz jego laufra? Rusz się tym, nie możemy sobie pozwolić na jego stratę".
W Wigilię Bożego Narodzenia Harry poszedł do łóżka, rozmyślając o wszystkich jutrzejszych pysznościach i zabawach, sle nie oczekując żadnych prezentów. A jednak, kiedy obudził się rano, zobaczył stosik paczuszek w nogach swojego łóżka.
-Wesołych Świąt - mruknął Ron sennym głosem, kiedy Harry wygramolił się z łóżka i założył szlafrok.
-Nawzajem - odpowiedział Harry. - Widziałeś? Dostałem prezenty!
-A czego się spodziewałeś, pietruszki? - powiedział Ron, spoglądając na swój stos, który był trochę większy.
Harry chwycił paczuszkę leżącą na wierzchu. Zapakowana była w gruby, brązowy papier, na którym niewprawna ręka wypisała: "Dla Harry'ego, od Hagrida". W środku był dość toporny drewniany flecik. Hagrid musiał go sam wystrugać. Harry dmuchnął weń, a flet wydał dźwięk podobny do krzyku sowy.
Druga paczuszka zawierała kartkę:
Otrzymaliśmy wiadomość od ciebie i przesyłamy ci prezent bożonarodzeniowy. Od wuja Vernona i ciotki Petuni.
Do kartki przyklejona była taśmą moneta pięćdziesięciopensowa.
-To miłe - rzekł Harry.
Ron był bardzo zafascynowany monetą.
-Ojej! Co za kształt! To są pieniądze?
-Możesz ją zatrzymać - odpowiedział Harry, śmiejąc się z jego zdumienia. - Hagrid, ciotka i wuj... więc od kogo ta reszta?
-Chyba wiem, od kogo jest ten - powiedział Ron, rumieniąc się i wskazując na niezbyt porządną paczkę. - Od mojej mamy. Powiedziałem jej, że nie spodziewasz się żadnych prezentów i... och, nie... - jęknął - zrobiła ci sweter Weasleyów!
Harry rozerwał paczkę i wyjął gruby, robiony na drutach, szmaragdowozielony sweter i duże pudełko domowych krówek.
-Co roku robi nam swetry - westchnął Ron i rozwinął swój - a mój zawsze jest kasztanowy.
-To naprawdę bardzo miłe z jej strony - rzekł Harry, próbując krówki, która okazała się bardzo smaczna.
Kolejny prezent też zawierał słodycze - wielkie pudło czekoladowych żab od Hermiony.
Pozostała już tylko jedna paczka. Harry wziął ją do ręki i pomacał. Była bardzo lekka. Rozwinął ją. Coś wiotkiego i srebrnoszarego zsunęło się na podłogę i leżało tam, połyskując i migocąc. Ron wydał zduszony okrzyk.
-Ojej... słyszałem o tym - wyszeptał, wypuszczając z rąk pudełko fasolek wszystkich smaków od Hermiony. - Jeśli to jest to, o czym myślę... to naprawdę wielka rzadkość i bardzo cenny prezent.
-Co to jest?
Harry podniósł z podłogi lśniącą, srebrzystą szatę. Była dziwna w dotyku, jakby tkanina była wykonana z wody.
-To peleryna-niewidka - powiedział Ron z przejęciem. - Jestem prawie pewny... przymierz ją.
Harry zarzucił płaszcz na ramiona, a Ron wrzasnął krótko.
-Tak! Spójrz w dół!
Harry spojrzał na swoje stopy - ale stóp nie było. Podbiegł do lustra. Zobaczył swoje odbicie, ale była to tylko głowa zawieszona w powietrzu. Naciągnął pelerynę na głowę i odbicie całkowicie zniknęło.
-Tu jest jakaś kartka! - zawołał Ron. - Odpadła kartka!
Harry zdjął płaszcz i chwycił list. Napisany był wąskim, pełnym zakrętasów pismem, które widział po raz pierwszy w życiu.
Twój ojciec pozostawił to pod moją opieką, zanim umarł. Już czas, by wróciło do ciebie. Zrób z tego dobry użytek.
Życzę ci bardzo wesołych świąt.
Nie było podpisu. Harry gapił się na liścik. Ron podziwiał płaszcz.
-Oddałbym za to wszystko - powiedział. - Wszystko. Co ci jest?
-Nic, nic - odrzekł Harry, ale poczuł się bardzo dziwnie. Kto mu przysłał ten płaszcz? Czy naprawdę należał kiedyś do jego ojca?
Zanim zdążył coś jeszcze pomyśleć albo powiedzieć, drzwi dormitorium otworzyły się z hukiem i wpadli Fred i George Weasleyowie. Harry szybko zgarnął płaszcz i przykrył kocem. Jakoś nie chciał się z nikim dzielić tą tajemnicą.
-Wesołych Świąt!
-Hej, zobacz! Harry dostał sweter Weasleyów!
Fred i George mieli na sobie niebieskie swetry; na jednym było duże F, na drugim G.
-Ale jego jest lepszy - zauważył Fred, podnosząc sweter Harry'ego. - Widać, że bardziej się przyłożyła.
-Dlaczego nie włożyłeś swojego sweterka, Ronuś? - zapytał George. - Włóż, taki jest ładny i ciepły.
-Nienawidzę koloru kasztanowego - jęknął Ron i wciągnął swój sweter przez głowę.
-Na twoim nie ma litery - zauważył George. - Chyba uważa, że nie zapominasz swojego imienia. Ale my nie jesteśmy tacy głupi, wiemy, że nazywamy się Gred i Forge.
-Co to za hałasy?
Percy Weasley wetknął głowę przez drzwi, patrząc na nich surowo. Najwyraźniej też już rozpakował część swoich prezentów, bo miał zarzucony na ramiona sweter. Wszedł do środka, a Fred natychmiast ściągnął mu sweter.
-P czyli prefekt! Wkładaj go, Percy, my już swoje mamy na sobie, Harry też dostał.
-Nieee... nie chcę... - wysapał Percy spod swetra, który bracia już mu wciągali przez głowę, starącając się przy okazji okulary.
-I dzisiaj nie siedzisz z innymi prefektami - oznajmił George. - Boże Narodzenie to rodzinne święto.
Wyprowadzili Percy'ego z sypialni, spętanego swetrem.
Harry jeszcze nigdy w życiu nie jadł takiego świątecznego obiadu. Były tam setki tłustych, pieczonych indyków, góry pieczonych i gotowanych ziemniaków, półmiski frytek, wazy pełne polanego masłem groszku, srebrne łódki z gęstym sosem pieczeniowym i żurawinowym - a także sterty czarodziejskich strzelających niespodzianek, rozłożone co kawałek na wszystkich stołach. Te fantastyczne petardy nie przypominały w niczym owych żałosnych "niespodzianek" mugoli, które zwykle kupowali na Boże Narodzenie Dursleyowie i z których wypadały maleńkie plastikowe zabawki albo byle jakie papierowe kapelusze. Harry i Fred pociągnęli czarodziejską petardę za oba końce, a ona wybuchła ze straszliwym hukiem, spowiła ich obłokiem niebieskiego dymu, a ze środka wyleciał najprawdziwszy kapelusz admiralski i kilkanaście żywych białych myszek. Przy stole nauczycielskim profesor Dumbledore zamienił swoją wysoką, spiczastą tiarę czarodzieja na ukwiecony beret i chichotał z dowcipu, który mu właśnie przeczytał profesor Flitwick.
Po indyku pojawiły się na stołach płonące bożonarodzeniowe puddingi. Percy o mało nie złamał sobie zęba na srebrnym syklu, który był w jego porcji. Harry obserwował Hagrida, który robił się coraz bardziej czerwony na twarzy po kolejnych kielichach wina, a w końcu pocałował profesor McGonagall w policzek, która, ku zdumieniu Harry'ego, zachichotała i spłonęła rumieńcem.
Kiedy Harry odchodził od stołu, dźwigał stos przedmiotów, które powylatywały z petard-niespodzianek, a wśród nich pudło z niezniszczalnymi, świecącymi balonami, zestaw do wyhodowania kurzajek i nowy komplet czarodziejskich figur do szachów. Białe myszki gdzieś zniknęły i Harry miał nieprzyjemne przeczucie, że skończą jako bożonarodzeniowy obiad Pani Norris.
Po południu Harry i Weasleyowie wzięli udział w wielkiej bitwie na śnieżki w szkolnym parku, a później, zziębnięci, przemoczeni i zadyszani, wrócili do pokoju wspólnego Gryffindoru, gdzie ogień chuczał w kominku. Harry zrobił chrzest bojowy swoim nowym figurom szachowym i przegrał z Ronem. Podejrzewał, że klęska byłaby aż tak sromotna, gdyby Percy nie pomagał bratu.
Po kolacji, na którą składały się kanapki z indykiem, krokiety, biszkopty z kremem i bożonarodzeniowy placek, wszyscy poczuli się tak ociężali i senni, że tylko siedzieli i patrzyli, jak Percy ściga po całej wieży Freda i George'a, którzy ukradli mu odznakę prefekta.
Było to dla Harry'ego najwspanialsze Boże Narodzenie w życiu, a jednak na dnie duszy coś go nękało przez cały dzień. Dopiero gdy położyli się do łóżka, miał czas, by o tym pomyśleć: o pelerynie-niewidce i o tym, kto mu ją przysłał.
Ron, objedzony indykiem i ciastem i nie dręczony żadnymi zagadkami, usnął prawie natychmiast po zasunięciu kotary swojego łoża. Harry przechylił się i wyciągnął spod łóżka pelerynę.
Jego ojca... to należało do jego ojca. Przesuwał w dłoniach delikatną tkaninę, gładką jak jedwab, lekką jak powietrze. Zrób z tego dobry użytek - głosił liścik.
Korciło go, by znowu wypróbować działanie czarodziejskiego płaszcza. Wstał z łóżka i narzucił go na ramiona. Spojrzał na swoje nogi i zobaczył tylko plamę księżycowego blasku i cienie. Bardzo dziwne uczucie.
Zrób z tego dobry użytek.
Nagle rozbudził się całkowicie. W tym płaszczu cały Hogwart stoi przed nim otworem! Poczuł silne podniecenie. Przecież teraz może chodzić, gdzie chce, a Filch go nie zobaczy!
Ron mruknął przez sen. Obudzić go? Coś go powstrzymało... to płaszcz ojca... teraz poczuł to wyraźnie... po raz pierwszy... musi być sam...
Wymknął się z dormitorium, zszedł po schodach, minął pokój wspólny i przelazł przez dziurę za portretem.
-Kto tu jest? - zaskrzeczała Gruba Dama. Harry nic nie odpowiedział i ruszył cicho korytarzem.
Dokąd iść? Zatrzymał się nagle i serce zabiło mu mocno. Ależ tak! Do biblioteki, do działu Ksiąg Zakazanych. Będzie mógł szperać tam do woli, czytać co zechce i zostać tak długo, aż znajdzie coś o Flamelu. Otulił się szczelnie peleryną i zdecydowanym krokiem wszedł do biblioteki.
W bibliotece było ciemno i niesamowicie. Zapalił lampę, żeby widzieć drogę wzdłuż rzędów książek. Lampa wyglądała, jakby sama płynęła w powietrzu. Czuł, że ją trzyma, ale mimo to na ten widok dreszcze przebiegały mu po plecach.
Dział Ksiąg Zakazanych mieścił się w samym końcu sali. Harry przeszedł ostrożnie ponad sznurem oddzielającym ten dział od reszty biblioteki i uniósł lampę, by widzieć tytuły książek.
Dział Ksiąg Zakazanych mieścił się w samym końcu sali. Harry przeszedł ostrożnie ponad sznurem oddzielającym ten dział od reszty biblioteki i uniósł lampę, by widzieć tytuły książek.
Niewiele mu mówiły. Złuszczone, wyblakłe złote litery składały się na słowa w nieznanych mu językach. Niektóre księgi w ogóle nie miały tytułów na grzbiecie. Na jednej była ciemna plama, która wyglądała już dawno zaschła krew. Poczuł mrowienie w karku. Może to sobie wyobraził, a może nie, ale miał wrażenie, że książki szepcą coś cicho, jakby wiedziały, że ogląda je ktoś, kto nie powinien tu być.
Trzeba od czegoś zacząć. Postawił ostrożnie lampę na podłodze i zaczął przeglądać najniższy rząd w poszukiwaniu czegoś ciekawego. Jego uwagę zwrócił wielki, czarno-srebrny wolumin. Wyciągnął go z trudem, bo okazał się bardzo ciężki, wsparł na uniesionym kolanie i otworzył.
Ciszę przerwał przeszywający, mrożący krew w żyłach wrzask. Harry zatrzasnął książkę, ale wrzask trwał i trwał - wysoki, nieprzerwanym dźgający w uszy ton. Przerażony, cofnął się i przewrócił lampę, która natychmiast zgasła. Usłyszał kroki na korytarzu. Wepchnął księgę na swoje miejsce i pobiegł ku wyjściu. Minął Filcha w drzwiach; jego blade, straszne oczy wpatrywały się poprzez niego w ciemność biblioteki. Przemknął pod jego wyciągniętą ręką i pobiegł dalej korytarzem, wciąż mając w uszach ten okropny wrzask.
Zatrzymał się nagle przed jakąś zbroją. W panicznej ucieczce z biblioteki nie zwrócił w ogóle uwagi, dokąd biegnie. Było ciemno i nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. Wiedział, że jakaś zbroja stoi w pobliżu kuchni, ale przecież nie schodził w dół, wciąż musiał być pięć pięter wyżej.
-Polecił mi pan, panie profesorze, żebym natychmiast pana powiadomił, jeśli ktoś będzie chodził nocą po zamku, a ktoś właśnie był w bibliotece... w dziale Ksiąg Zakazanych.
Harry poczuł, że krew odpływa mu z twarzy. Filch musiał znać jakieś przejście na skróty, bo jego cichy, oślizgły głos zbliżał się coraz bardziej. A głos, który mu odpowiedział, Harry poznał natychmiast.
-W dziale Ksiąg Zakazanych? No, daleko nie uciekł, zaraz go złapiemy.
To był głos Snape'a.
Harry cofnął się najciszej, jak potrafił. Na lewo majaczyły jakieś drzwi. Namacał klamkę, wstrzymał oddech i poczuł z ulgą, że drzwi ustępują. Wśliznął się do środka przez szparę i zamarł bez ruchu. Filch i Snape poszli dalej, a Harry oparł się o ścianę, oddychając głęboko i nasłuchując oddalających się kroków. Uff! Bardzo niewiele brakowało... Dopiero po chwili rozejrzał się po pomieszczeniu, w którym znalazł kryjówkę.
Pokój wyglądał jak nieużywana klasa. Pod ścianami piętrzyły się stosy krzeseł i stolików, dostrzegł też przewrócony do góry nogami kosz na śmieci. Ale było tu również coś, co nie pasowało do całości, coś, co sprawiało wrażenie, jakby ktoś wstawił to tutaj, żeby nie zawadzało.
Było to piękne lustro, oparte o ścianę, sięgające aż do sufitu, w bogato zdobionej złotej ramie. Na szczycie ramy widniał napis: AIN EINGARP ACRESO GEWTEL AZ RAWTĄ WTE IN MAJ IBDO.
Kroki Filcha i Snape'a ucichły całkowicie i Harry poczuł, że jest bezpieczny. Zbliżył się do lustra, chcąc jeszcze raz przeżyć to niesamowite wrażenie, kiedy nie widzi się własnego odbicia.
Stanął przed lustrem i musiał szybko przyłożyć obie dłonie do ust, żeby nie krzyknąć. Obrócił się gwałtownie, serce waliło mu o wiele mocniej niż wtedy, gdy otworzył wrzeszczącą księgę. Był niewidzialny, a jednak zobaczył swoje odbicie w czarodziejskim płaszczu. I nie tylko swoje. Tuż za sobą ujrzał tłum postaci.
Przecież pokój był pusty! Oddychając szybko, odwrócił się powoli do lustra.
Tak, to był on, jego odbicie. Twarz biała jak papier, przerażona, a za nim... przynajmniej z dziesięć postaci. Spojrzał przez ramię do tyłu - nie zobaczył nikogo. Może oni też są niewidzialni? Może znalazł się w pokoju pełnym niewidzialnych ludzi, a to zaczarowane lustro odbija wszystkich widzialnych i niewidzialnych?
Znowu spojrzał w lustro. Kobieta, która stała tuż za nim, uśmiechała się i machała do niego ręką. Sięgnął za siebie, ale nie wyczuł niczego. Gdyby naprawdę tam była , musiałby jej dotknąć, ich odbicia znajdowały się bardzo blisko siebie... Ale jego ręka natrafiła na pustkę - ta kobieta i ci inni ludzie istnieli tylko w lustrze.
Kobieta była bardzo piękna. Miała kasztanowe włosy, a jej oczy... Jej oczy są zupełnie jak moje, pomyślał Harry, przysuwając się do lustra. Jasnozielone, tego samego kształtu... Dopiero teraz dostrzegł, że kobieta płacze, uśmiecha się przez łzy. Stojący obok niej wysoki, chudy, czarnowłosy mężczyzna, objął ją ramieniem. Miał okulary i bardzo rozczochrane włosy. Sterczały do tyłu tak jak Harry'emu.
Harry przysunął się tak blisko do lustra, że prawie dotykał nosem swojego odbicia.
-Mamo? - szepnął. - Tato?
Lecz oni tylko patrzyli na niego, uśmiechając się smutno. Powiódł wzrokiem po twarzach innych ludzi w zwierciadle i ujrzał inne pary takich samych zielonych oczu, inne nosy, tak podobne do jego nosa, a jeden staruszek miał nawet takie same jak on kościste kolana. Patrzył na swoją rodzinę, patrzył na nią po raz pierwszy w życiu.
Potterowie uśmiechali się i machali do niego rękami, a Harry pochłaniał ich wzrokiem, przyciskając dłonie do lustra, jakby miał nadzieję, że przeniknie przez zimne szkło i znajdzie się między nimi. A w sercu czuł przedziwną mieszaninę radości i dojmującego smutku.
Nie wiedział, jak długo tam stał. Odbicia nie blakły, a on patrzył na nie i patrzył, aż gdzieś z daleka dobiegł go jakiś hałas, który pomógł mu wrócić do rzeczywistości. Oderwał oczy od twarzy matki, szepnął: "Wrócę" i wybiegł z pokoju.
-Mogłeś mnie obudzić - powiedział ze złością Ron.
-Możesz iść dziś w nocy, wracam tam, chcę ci pokazać to zwierciadło.
-Bardzo bym chciał zobaczyć twojego tatę i twoją mamę.
-A ja chcę zobaczyć całą twoją rodzinę, wszystkich Weasleyów. Będziesz mi mógł pokazać swoich innych braci.
-Zawsze możesz ich zobaczyć - rzekł Ron. - Wystarczy, że w lecie pojedziemy razem do mojego domu. A w ogóle, może to lustro pokazuje tylko umarłych? Szkoda, że nie znalazłeś niczego o tym Flamelu. Weź trochę bekonu, czy czegoś, dlaczego nic nie jesz?
Harry wcale nie miał ochoty na jedzenie. Widział swoich rodziców i zobaczy ich znowu tej nocy. Prawie zapomniał o Flamelu. Straciło to dla niego znaczenie. Kogo obchodzi, czego pilnuje trójgłowy pies? Czy to ważne, że Snape może to wykraść?
-Hej, nic ci nie jest? - zapytał Ron. - Wyglądasz jakoś dziwnie.
Teraz Harry bał się tylko jednego: że nie trafi po raz drugi do lustra. Wędrówka pod jednym płaszczem z Ronem też nie była łatwa. Próbowali odtworzyć trasę Harry'ego z biblioteki, ale choć przez godzinę błąkali się po ciemnych korytarzach, nie znaleźli opuszczonej klasy.
-Piekielnie zmarzłem - powiedział Ron. - Dajmy sobie z tym spokój i wracajmy do naszej wieży.
-Nie! - szepnął Harry. - Wiem, że to musi być gdzieś tutaj.
Minęli ducha wysokiej wiedźmy, szybującego w przeciwnym kierunku, ale nikogo więcej nie spotkali. Ron właśnie zaczął jęczeć, że stopy mu zupełnie zdrętwiały z zimna, kiedy Harry dostrzegł zbroję.
-To tu... o, tutaj... tak!
Otworzyli drzwi. Harry zrzucił płaszcz z ramion i podbiegł do lustra.
Byli tam. Jego matka i ojciec rozpromienili się na jego widok.
-Widzisz? - szepnął Harry.
-Nic nie widzę.
-Patrz! Patrz na nich wszystkich... jest ich tam wielu...
-Widzę tylko ciebie.
-Popatrz lepiej, stań tu, gdzie ja.
Harry odsunął się na bok, ale teraz widział tylko Rona w jego piżamie w misie.
Ron wpatrywał się jednak, w lustro jak urzeczony.
-Harry, spójrz na mnie!
-Widzisz całą swoją rodzinę?
-Nie... jestem sam... ale jakiś inny... wyglądam starzej... i jestem... jestem najlepszy!
-Co?
-Jestem... mam odznakę, taką jak miał Bill... i trzymam Puchar Domów... i Puchar Quidditcha... Jestem kapitanem drużyny!
Ron oderwał oczy od tego cudownego widoku i spojrzał na Harry'ego.
-Myślisz, że to lustro pokazuje przyszłość?
-Niby jak? Przecież cała moja rodzina nie żyje... poczekaj, spojrzę jeszcze raz...
-Ty już się napatrzyłeś, pozwól mi jeszcze trochę...
-Trzymasz Puchar Quidditcha, no i co z tego? A ja chcę zobaczyć moich rodziców.
-Nie pchaj mnie...
Niespodziewany hałas na korytarzu zakończył dyskusję. Nie zdawali sobię sprawy, jak głośno rozmawiają.
-Szybko!
Ron ledwo zdąrzył narzucić na nich płaszcz, gdy w drzwiach pojawiły się świetliste oczy Pani Norris. Stali nieruchomo, myśląc o tym samym: czy płaszcz działa na koty? Ale po długiej chwili Pani Norris wyszła.
-Nie jest dobrze... - szepnął Ron. - Może poszła do Filcha. Założę się, że nas usłyszała. Idziemy.
I wypchnął Harry'ego z pokoju.
Następnego ranka wszystko było nadal pokryte śniegiem.
-Zagramy w szachy? - zapytał Ron.
-Nie.
-Może pójdziemy odwiedzić Hagrida?
-Nie... idź sam.
-Wiem, o czym myślisz, Harry. O tym lustrze. Nie idź tam dziś w nocy.
-Dlaczego?
-Nie wiem, mam jakieś złe przeczucie... Za dużo osób tam się kręci. Filch, Snape, teraz Pani Norris. Nie widzą cię, ale przecież w każdej chwili mogą tam wejść. A jak na coś wpadniesz?
-Mówisz zupełnie jak Hermiona.
-Mówię poważnie, Harry, nie chodź.
Ale Harry myślał tylko o jednym: o powrocie przed zaczarowane zwierciadło. Ron nie był w stanie go powstrzymać.
Trzeciej nocy bardzo szybko znalazł drogę. Szedł tak prędko, że jego kroki dudniły w pustym korytarzu, ale tym razem nie spotkał nikogo.
I znowu zobaczył matkę i ojca, a jeden z jego dziadków pokiwał głową, uradowany. Harry usiadł na podłodze przed lustrem. Nic nie mogło go powstrzymać przed siedzeniem tu przez całą noc razem za swoją rodziną. Nic.
Nic prócz...
-A więc znowu tu wróciłeś, Harry?
Harry poczuł się tak, jakby brzuch miał wypełniony lodem. Na jednym ze stolików przy ścianie siedział nie kto inny, jak sam Albus Dumbledore. Harry musiał przejść tuż obok niego, tak zafascynowany lustrem, że go nie zauważył.
-Ja... ja nie widziałem pana, panie profesorze.
-To dziwne, jak niewidzialność popsuła ci wzrok - rzekł Dumbledore, a Harry poczuł ulgę, bo zobaczył, że profesor się uśmiecha. - Tak więc i ty - dodał, zsuwając się ze stolika i siadając na podłodze obok Harry'ego - jak setki innych przed tobą, odkryłeś rozkosze Zwierciadła Ain Eingarp.
-Nie wiedziałem, że ono tak się nazywa, panie profesorze.
-Ale chyba już wiesz, co ono potrafi?
-No... pokazuje mi moją rodzinę.
-I twojego przyjaciela Rona jako prymusa.
-Skąd pan wie?...
-Nie muszę mieć płaszcza, żeby stać się niewidzialnym - powiedział łagodnie Dumbledore. - No dobrze, ale czy już wiesz, co pokazuje nam wszystkim Zwierciadło Ain Eingarp?
Harry potrząsnął głową.
-Zaraz ci to wyjaśnię. Tylko najszczęśliwszy człowiek na świecie mógłby używać Zwierciadła Ain Eingarp jak zwykłego lustra, to znaczy, że mógłby patrzeć w nie i widzieć swoje normalne odbicie. Teraz już rozumiesz?
Harry pomyślał, a potem powiedział powoli:
-Ono pokazuje nam to, czego pragniemy... czego każdy z nas pragnie...
-Tak i nie - odpowiedział spokojnie Dumbledore. - Pokazuje nam ni mniej, ni więcej, tylko najgłębsze, najbardziej utęsknione pragnienie naszego serca. Ty, który nigdy nie znałeś swojej rodziny, widzisz ją całą, stojącą wokół ciebie. Ronald Weasley, który zawsze był w cieniu swoich braci, widzi tylko siebie, ale jako najlepszego z nich wszystkich. To lustro nie dostarcza nam jednak ani wiedzy, ani prawdy. Ludzie tracą przed nim czas, oczarowani tym, co widzą, albo nawet wpadają w szaleństwo, nie wiedząc, czy to, co widzą w zwierciadle, jest prawdziwe lub choćby możliwe.
-Jutro Zwierciadło Ain Eingarp zostanie przeniesione, Harry, a ja proszę cię, żebyś już go nie szukał. Jeśli kiedykolwiek na nie się natkniesz, zostałeś ostrzeżony. Pamiętaj: naprawdę niczego nie daje pogrążanie się w marzeniach i zapomnienie o życiu. A teraz, załóż swój cudowny płaszcz i wracaj do łóżka, dobrze?
Harry wstał.
-Panie profesorze... Czy mogę o coś zapytać?
-Właśnie to zrobiłeś. - Dumbledore uśmiechnął się. - Ale dobrze, możesz mnie jeszcze o coś zapytać.
-Co pan profesor widzi, jak patrzy to w lustro?
-Ja? Widzę siebie trzymającego parę grubych, wełnianych skarpetek.
Harry wytrzeszczył oczy.
-Nigdy się nie ma za dużo skarpetek - powiedział Dumbledore. - Minęło jeszcze jedno Boże Narodzenie, a ja znowu nie dostałem ani jednej pary. Wszyscy wciąż dają mi książki.
Dopiero kiedy Harry znalazł się spowrotem w łóżku, pomyślał, że profesor Dumbledore mógł mu nie powiedzieć całej prawdy. Ale w końcu, uznał, spychając Parszywka ze swojej poduszki, było to bardzo osobiste pytanie.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Quidditch
Nadszedł listopad i zrobiło się bardzo zimno. Góry wokół szkoły pobielały, a jezioro lśniło jak stalowa tafla. Rano trawniki pokrywał szron. Z okien zamku można było zobaczyć Hagrida, jak oczyszcza oblodzone tyczki bramkowe na boisku, ubrany w kurtkę z kretów, rękawice z królików i wysokie buty z bobrów.
Rozpoczął się sezon quidditcha. W sobotę Harry miał wystąpić w swoim pierwszym meczu po wielu tygodniach treningu: Gryfoni przeciw Ślizgonom. Jeśli wygrają Gryfoni, przesuną się na drugie miejsce w tabeli domów.
Mało kto widział Harry'ego w grze, bo Wood postanowił, że będzie ich tajną bronią i utrzymywał to w tajemnicy. Ale i tak wieść o tym, że Harry trenuje jako szukający, jakoś się rozniosła i nie wiadomo było, co jest gorsze - ludzie mówiący mu, że jest naprawdę dobry, czy ci, którzy twierdzili, że będą pod nim biegać z materacem.
Przyjaźń z Hermioną miała dla niego naprawdę duże znaczenie. Bez niej nie poradziłby sobie z nawałem prac domowych, bo Wood wyciskał z nich ostatnie poty na treningach. Pożyczyła mu też Quidditch przez wieki, książkę, która okazała się bardzo ciekawą, choć nie zawsze dodającą otuchy lekturą.
Harry dowiedział się, że w quidditchu istnieje aż siedemset sposobów faulowania i że wszystkie zostały wykorzystane w Pucharze Świata w 1473 roku; że szukający byli zwykle najmniejszymi i najszybszymi graczami i że najpoważniejsze kontuzje przytrafiły się właśnie im; że choć rzadko dochodziło do wypadków śmiertelnych, zdarzało się, że znikali sędziowie, by po paru miesiącach odnaleźć się na Saharze.
Od czasu, gdy Harry i Ron uratowali ją od niechybnej śmierci z rąk górskiego trolla, Hermiona nie była już tak bezwzględna wobec łamania regulaminu szkolnego i obcowanie z nią stało się o wiele przyjemniejsze. W dniu poprzedzającym pierwszy mecz Harry'ego wszyscy troje wyszli podczas przerwy na zimny dziedziniec, a Hermiona wyczarowała im jasny, niebieski płomień, który można było zamknąć w słoju od marmolady. Stali, grzejąc się przy nim, kiedy nagle pojawił się Snape. Harry zauważył, że Snape utyka na jedną nogę. Skupili się blisko, by ukryć płomień, bo byli pewni, że wykorzystywanie magii do takich celów jest zabronione. Niestety, ich miny musiały się wydać Snape'owi podejrzane, bo podszedł do nich, wyraźnie chcąc się do czegoś przyczepić. Nie zobaczył płomienia, ale wypatrzył książkę, którą Harry trzymał pod pachą.
-Co tam masz, Potter?
Harry pokazał mu książkę; był to Quidditch przez wieki.
-Książek z biblioteki nie wolno wynosić poza obręb szkoły. Daj mi ją. Gryffindor traci pięć punktów.
-Przed chwilą stworzył ten przepis - mruknął Harry ze złością, kiedy Snape pokuśtykał dalej. - Ciekawe, co mu się stało w nogę.
-Nie wiem, ale mam nadzieję, że mu ostro dokucza - powiedział Ron mściwym tonem.
Tego wieczora w salonie Gryffindoru było wyjątkowo gwarnie. Harry, Ron i Hermiona siedzieli razem tuż przy oknie. Hermiona sprawdzała im pracę domową z zaklęć. Nigdy nie dawała im gotowych wypracowań do przepisania, ale czytała je na głos, żeby sami doszli do właściwych odpowiedzi.
Harry czuł niepokój. Bardzo mu brakowało odebranej przez Snape'a książki, bo miał nadzieję, że pogrążenie się w lekturze pomoże mu odwrócić uwagę od jutrzejszego meczu. A właściwie dlaczego tak się boi Snape'a? Wstał i oznajmił Ronowi i Hermionie, że idzie do Snape'a, żeby go poprosić o zwrot książki.
-Mnie do tego nie namówisz - odpowiedzieli równocześnie.
Ale Harry uważał, że Snape mu nie odmówi, jeśli będzie przy tym jakiś inny nauczyciel.
Zszedł na dół do pokoju nauczycielskiego i zapukał. Nie było odpowiedzi. Zapukał ponownie. Nic.
Może Snape zostawił tam książkę? Warto spróbować. Uchylił lekko drzwi, zajrzał do środka - i zobaczył coś, co w nim wstrząsnęło.
W pokoju byli tylko Snape i Filch. Snape zadarł szatę ponad kolana. Jedna z jego nóg była zakrwawiona i poszarpana. Filch podawał mu bandaż.
-Cholerna sprawa - mówił Snape. - Niby jak miałem upilnować się przed trzema głowami naraz?
Harry starał się jak najciszej zamknąć drzwi, ale...
-POTTER!
Twarz Snape'a wykrzywił grymas wściekłości. Puścił szybko skraj szaty, by ukryć nogę. Harry przełknął ślinę.
-Ja tylko chciałem zapytać, czy mógłby mi pan oddać moją książkę.
-WYNOŚ SIĘ! PRECZ!
Harry uciekł, zanim Snape zdążył pozbawić Gryffindor kilku kolejnych punktów. Wrócił pędem na górę.
-No i co? Masz? - zapytał Ron. - Co się stało?
Harry opowiedział im szeptem, co zobaczył.
-Wiecie, co to znaczy? Próbował przejść zakazanym korytarzem! Pamiętacie? To tam właśnie szedł, kiedy go widzieliśmy w Noc Duchów... On szukał tego, czego strzeże ten potwór! I stawiam moją różdżkę, że to on wpuścił do zamku trolla, żeby narobić zamiesznia!
Hermiona zrobiła wielkie oczy.
-Nie... tego by nie zrobił. Wiem, że nie jest zbyt miły, ale przecież nie próbowałby ukraść czegoś, co tak zazdrośnie ukrywa Dumbledore.
-Bo ty jesteś przekonana, że wszyscy nauczyciele są święci - prychnął Ron. - Ja tam się zgadzam z Harrym. Nie mam za grosz zaufania do tego Snape'a. Ale czego on szuka? Czego strzeże ten piekielny pies?
Harry poszedł do łóżka z głową pełną pytań. Neville chrapał już głośno, ale Harry nie mógł zasnąć. Starał się uwolnić od natłoku myśli, wiedział, że powinien się wyspać, przecież za kilka godzin wystąpi w swoim pierwszym meczu quidditcha, ale nie mógł zapomnieć wyrazu twarzy Smape'a, kiedy zobaczył jego zakrwawioną nogę.
Ranek był słoneczny i mroźny. Wielką Salę wypełniał rozkoszny zapach pieczonych kiełbasek i podniecony gwar. Wszyscy szykowali się na dobre widowisko.
-Musisz coś zjeść.
-Nie chcę.
-Chociaż kawałek tostu - błagała Hermiona.
-Nie jestem głodny.
Harry czuł się okropnie. Za godzinę miał wyjść na boisko.
-Harry, musisz mieć siły - powiedział Seamus Finnigan. - Przeciwnicy zawsze chcą wyeliminować szukającego.
-Dziękuję ci, stary - odrzekł Harry, patrząc, jak Seamus polewa sobie kiełbaski keczupem.
O jedenastej na stadionie zebrała się chyba cała szkoła. Wielu miało lornetki. Ławki dla publiczności były umieszczone dość wysoko, ale w trakcie meczu quidditcha czasami i tak trudno było zobaczyć, co się dzieje.
Ron i Hermiona usiedli w najwyższym rzędzie, razem z Neville'em, Seamusem i Deanem. Mieli dla Harry'ego niespodziankę: wielki transparent, zrobiony z jednego z pogryzionych przez Parszywka prześcieradeł, z napisem: POTTER NA PREZYDENTA. Dean, który był dobry z rysunków, namalował pod spodem lwa - godło Gryffindoru. Hermiona wyszukała sprytne małe zaklęcie, tak że lew i napis mieniły się różnymi kolorami.
Tymczasem Harry i reszta drużyny przebierali się w szatni w szkarłatne szaty do quidditcha (Ślizgoni mieli grać w zielonych).
Wood odchrząknął głośno, żeby wszystkich uciszyć.
-No dobra, chłopaki... - zaczął.
-I dziewczyny - powiedziała Angelina Johnson, grająca na pozycji ścigającego.
-I dziewczyny - zgodził się Wood. - To jest to.
-Coś naprawdę wielkiego - powiedział Fred Weasley.
-Coś, na co wszyscy czekaliśmy - dodał George.
-Znamy przemówienie Oliviera na pamięć - powiedział Harry'emu Fred. - Byliśmy w drużynie w zeszłym roku.
-Wy dwaj, zamknijcie się - uciszył ich Wood. - To najlepsza drużyna Gryffindoru od wielu lat. Wychodzimy po zwycięstwo. I wiem, że zwyciężymy.
Obrzucił ich groźnym spojrzeniem, jakby chciał dodać "albo przegramy".
-Dobra. Już czas. Życzę wszystkim powodzenia.
Harry wyszedł z szatni za Fredem i Geroge'em i mając nadzieję, że nogi nie odmówiłą mu posłuszeństwa, wkroczył na boisko wśród głośnych wiwatów.
Sędziowała pani Hooch. Stała pośrodku boiska, czekając na obie drużyny. Miotłę trzymała w ręku.
-A teraz posłuchajcie: chcę, żeby to była ładna, czysta gra - powiedziała, kiedy wszyscy zawodnicy zebrali się wokół niej.
Harry zauważył, że mówiąc to, zwracała się szczególnie do kapitana Ślizgonów, Marcusa Flinta z piątego roku, który sprawiał wrażenie, jakby miał w żyłach trochę krwi trollów. Kątem oka dostrzegł też powiewający wysoko transparent ze świetlistym napisem "Potter na prezydenta". Serce mu podskoczyło. Poczuł się lepiej.
-Proszę dosiąść mioteł.
Harry dosiadł swojego Nimbusa Dwa Tysiące.
Pani Hooch zadęła w wielki srebrny gwizdek.
Piętnaście mioteł poderwało się w powietrze. Zaczęło się.
-...Angelina Johnson natychmiast przejmuje kafla... cóż to za wspaniały ścigający, ta dziewczyna, no i przy tym taka ładna...
-JORDAN!
-Przepraszam, pani profesor.
Przyjaciel bliźniaków, Lee Jordan, był komentatorem, a profesor McGonagall kontrolowała jego popisy.
-Świetne prowadzenie, zgrabny przerzut do Alicji Spinnet, to nowe odkrycie Olivera Wooda, w zeszłym roku była w rezerwie... z powrotem do Johnson i... nie, Gryfoni tracą piłkę, kapitan Ślizgonów, Marcus Flint przejmuje kafla i natychmiast podrywa się w górę... szybuje jak orzeł... zamierza strze... nie, Wood, obrońca Gryfonów, znakomicie wyłapuje kafla, oddaje Kate Bell, co za wspaniały zwód, ograła Flinta, już jest wysoko, nurkuje i... OCH!... to musiało zaboleć, tłuczek rąbnął ją w tył głowy... kafel w posiadaniu Ślizgonów... to Adrian Pucey szybuje ku słupkom bramkowym, ale... tak, zablokowany przez drugi tłuczek, podbity tam przez Freda albo George'a Weasleya, trudno powiedzieć, którego... w każdym razie to bardzo ładne zagranie pałkarza i Johnson znowu ma kafla, przed nią nie ma nikogo, rusza do przodu... naprawdę, mknie jak jastrząb... wyminęła pędzący ku niej tłuczek... słupki są już blisko... strzelaj, Angelino!... obrońca Bletchley nurkuje... nie trafia... GOL DLA GRYFONÓW!
Rozległy się radosne wiwaty Gryfonów i jęki zawodu Ślizgonów.
-Ruszajcie się! Śmiało!
-Hagrid!
Ron i Hermiona ścisnęli się, by zrobić Hagridowi miejsce obok siebie.
-Patrzyłem z mojej chaty - rzekł Hagrid, klepiąc wielką lornetkę, wiszącą mu na szyi - ale to nie to, co być tutaj, w tłumie. Znicz jeszcze się nie pokazał, co?
-Nie - odrzekł Ron. - Na razie Harry nie ma wiele do roboty.
-Unika kłopotów, bardzo dobrze - powiedział Hagrid, podnosząc lornetkę do oczu i wpatrując się w plamkę na niebie.
Harry szybował wysoko, ponad grającymi, wypatrując znicza. Była to część planu jego i Wooda.
-Trzymaj się z daleka, dopóki nie wypatrzysz znicza - powiedział mu Wood. - Nie chcemy, żeby cię zaatakowali, zanim nadejdzie właściwa pora.
Kiedy Angelina zdobyła pierwsze dziesięć punktów, Harry zrobił w powietrzu parę pętli, by dać upust swej radości. Teraz wrócił na swoją pozycję, rozglądając się za zniczem. Raz zobaczył jakiś złoty błysk, ale okazało się, że to tylko refleks słońca w zegarku któregoś z Weasleyów, a raz tłuczek wystrzelił ku niemu jak kula armatnia, ale zrobił unik, a po chwili pojawił się ścigający Fred Weasley.
-Jak, w porządku? - krzyknął w locie i z całej siły odbił tłuczka w kierunku Marcusa Flinta.
-Ślizgoni mają kafla - mówił Lee Jordan - ścigający Pucey unika dwóch tłuczków, mija obu Weasleyów, Bell, śmiga ku... zaraz, zaraz... czy to był znicz?
Pomruk przeszedł przez tłum, kiedy Adrian Pucey puścił kafla, oglądając się przez ramię na złoty błysk, który przemknął mu koło lewego ucha.
Harry zobaczył to. Czując, jak go ogarnia fala podniecenia, zanurkował w dół, za złotą smugą. Ślizgon Terence Higgs też ją dostrzegł. Obaj, ramię w ramię, pomknęli ku zniczowi, a wszyscy ścigający zawiśli w powietrzu, zapominając o tym, co powinni robić.
Harry był szybszy od Higgsa. Widział już dobrze małą kulkę, trzepoczące srebrne skrzydełka... zwiększył szybkość i...
ŁUUUP! Ryk wściekłości wydarł się z gardeł Gryfonów na trybunach - Marcus Flint umyślnie zablokował Harry'ego, tak że ten ledwo się utrzymał na miotle, która zboczyła z kursu.
-Faul! - krzyczeli Gryfoni.
Pani Hooch skarciła ostro Flinta i zarządziła rzut wolny dla Gryfonów. Zrobiło się małe zamieszanie, a złoty znicz ponownie gdzieś zniknął.
-Usunąć go z boiska! Czerwona kartka! - ryczał Dean Thomas.
-O czum ty mówisz? - zdziwił się Ron.
-Czerwona kartka! W piłce nożnej pokazują ci czerwoną kartkę i musisz zejść z boiska!
-Ale to nie jest piłka nożna - przypomniał mu Ron.
Hagrid poparł jednak Deana.
-Powinni zmienić przepisy. Flint mógł strącić Harry'ego z miotły.
Lee Jordan miał problemy z bezstronnością.
-Tak więc... po tym oczywistym i odrażającym oszustwie...
-Jordan! - warknęła profesor McGonagall.
-To znaczy... po tym jawnym, oburzającym faulu...
-Jordan, ostrzegam cię...
-No dobrze już, dobrze. Flint o mały włos nie zabił szukającego Gryfonów, co mogło się zdarzyć każdemu, to jasne, więc rzut wolny dla Gryfonów, wybija Spinnet, bez kłopotów, gra toczy się dalej, kafel wciąż w posiadaniu Gryfonów...
To się stało, gdy Harry uniknął jeszcze jednego tłuczka, który śmignął mu tuż koło głowy. Nagle jego miotła pochyliła się gwałtownie, tak że przez ułamek sekundy był pewny, że z niej spadnie. Ścisnął mocno kij dłońmi i kolanami. Jeszcze nigdy nie poczuł czegoś takiego.
To stało się ponownie - jakby miotła próbowała go z siebie zrzucić. Co się dzieje? Przecież Nimbus Dwa Tysiące nie może ni stąd ni zowąd postanowić, że będzie zrzucał z siebie jeźdźców. Harry spróbował zawrócić w kierunku słupków Gryffindoru - pomyślał, że trzeba poprosić Wooda o czas - i zdał sobię sprawę, że miotła w ogólę go nie słucha. Nie mógł jej zawrócić. W ogóle nie mógł nią kierować. Robiła zygzaki w powietrzu, a co jakiś czas podrygiwała raptownie, co sprawiało, że z wielkim trudem utrzymywał się na kiju.
Lee wciąż komentował.
-Ślizgoni mają piłkę... Flint leci z kaflem... mija Spinnet... mija Bell... tłuczek trafia go prosto w twarz... mam nadzieję, że ma złamany nos... to był żart, pani profesor... strzela... och, nieeee....
Ślizgoni ryknęli z radości. Jak dotąd nikt nie zauważył dziwnego zachowania miotły Harry'ego, która unosiła go powoli coraz wyżej, poza pole gry, podrygując i robiąc gwałtowne skręty, jak narowisty koń.
-Nie mam pojęcia, co ten Harry wyprawia - mruknął Hagrid, który patrzył przez lornetkę. - Gdybym go nie znał, tobym powiedział, że stracił panowanie nad miotłą... ale przecież on nie może...
Nagle wszyscy wstali, pokazując sobie palcami Harry'ego. Jego miotła zaczęła wywijać koziołki, a on ledwo się na niej trzymał. A potem cała widownia zamarła. Miotła raptownie podskoczyła, stanęła dęba, a Harry zsunął się z niej i zawisł na kiju, trzymając się go jedną ręką.
-Może coś się stało, kiedy go Flint przyblokował? - szepnął Seamus.
-To niemożliwe - powiedział Hagrid roztrzęsionym głosem. - Miotle nic nie może zaszkodzić... oprócz czarnej magii... Żaden dzieciak nie mógłby uszkodzić Nimbusa Dwa Tysiące.
Na te słowa Hermiona złapała jego lornetkę, ale zamiast spojrzeć na Harry'ego, zaczęła nią gorączkowo przeszukiwać tłum.
-Co ty robisz? - jęknął Ron, szary na twarzy.
-Wiedziałam - wydyszała. - Snape... zobacz.
Ron chwycił lornetkę. Snape stał pośrodku trybuny naprzeciw nich. Oczy miał utkwione w Harrym i nieustannie coś mamrotał.
-On coś robi... czaruje miotłę - powiedziała Hermiona.
-To co zrobimy?
-Zostawcie to mnie.
I znikła, zanim Ron zdążył wypowiedzieć słowo. Ron znowu skierował lornetkę na Harry'ego. Miotła dygotała tak wściekle, że wydawało się niemożliwe, by utrzymał się dłużej. Wszyscy już stali, patrząc z przerażeniem, jak Weasleyowie próbują ściągnąć Harry'ego na jedną ze swoich mioteł, ale bez rezultatu - za każdym razem, gdy się do niego zbliżali, jego miotła podskakiwała jeszcze wyżej. Krążyli więc pod nim, najwyraźniej mając nadzieję złapać go w locie. Tymczasem Marcus Flint przejął kafla i strzelił pięć bramek, choć nikt nie zwracał na to uwagi.
-Hermiono, zrób coś - mruczał zrozpaczony Ron.
Hermiona przepchnęła się do sektora, w którym stał Snape i pobiegła wzdłuż rzędu tuż za nim. Nawet się nie zatrzymała, żeby powiedzieć "przepraszam", gdy niechcący popchnęła Quirrella, tak że wpadł na głowę do następnego rzędu.
Kiedy dotarła do Snape'a, kucnęła, wyciągnęła różdżkę i wyszeptała parę dobrze dobranych słów. Z różdżki wystrzelił jasnoniebieski płomień - wprost na skraj szaty Snape'a.
Minęło ze trzydzieści sekund, zanim Snape zorientował się, że płonie. Po jego krótkim wrzasku poznała, że osiągnęła to, co zamierzała. Szybko zebrała płomienie do małego garnuszka, który miała w kieszeni, i wycofała się chyłkiem, prawie na czworakach. Snape nigdy się nie dowie, co się właściwie stało.
Ale to wystarczyło . Wysoko, w powietrzu, Harry nagle poczuł, że jest w stanie z powrotem dosiąść Nimbusa.
-Neville, możesz już patrzy! - krzyknął Ron. Neville od pięciu minut szlochał z twarzą ukrytą w kurtce Hagrida.
Harry szybował już w dół. Wszyscy zobaczyli, jak zakrywa sobie usta rękami, jakby miał zwymiotować - wylądował prawie na czworakach - zakaszlał - i coś złotego spadło mu na dłoń.
-Mam znicz! - krzyknął, wymachując nim nad głową.
Mecz zakończył się ogólnym zamieszaniem.
-On go nie złapał, on go prawie połknął - ryczał wciąż Flint jeszcze dwadzieścia minut później, ale niczego to nie zmieniało: Harry nie złamał żadnego przepisu i Lee Jordan wciąż wykrzykiwał rezultat - Gryffindor wygrał stu sześćdziesięcioma punktami do sześćdziesięciu. Ale Harry już tego nie słyszał. Pił mocną herbatę w chatce Hagrida, razem z Ronem i Hermioną.
-To był Snape - wyjaśniał mu Ron. - Hermiona go zobaczyła. Czarował twoją miotłę, nie spuszczał z ciebie wzroku.
-Bzdury - rzekł Hagrid. - Niby dlaczego miałby to robić?
Harry, Ron i Hermiona wymienili znaczące spojrzenia, zastanawiając się, czy mu powiedzieć. Harry uznał, że trzeba wyjawić prawdę.
-Czegoś się o nim dowiedziałem - powiedział. - W Noc Duchów próbował przejść koło psa o trzech głowach. Potwór go ugryzł. Sądzimy, że chciał ukraść to, czego strzeże pies.
Hagrid wypuścił z rąk dzbanek.
-Skąd wiecie o Puszku? - zapytał.
-O Puszku?
-No tak... to mój pies... kupiłem go od jednego Greka... w pubie, w zeszłym roku... pożyczyłem go Dumbledore'owi, żeby pilnował...
-Czego? - zapytał Harry.
-No... co to, to nie, więcej wam nic nie powiem, nawet nie pytajcie - odburknął Hagrid. - To ściśle tajne, ot co.
-Ale Snape próbował to wykraść.
-Bzdura - powtórzył Hagrid. - Snape jest nauczycielem w Hogwarcie, nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
-Więc dlaczego próbował zabić Harry'ego? - zawołała Hermiona.
Po wydarzeniach ostatniego popołudnia z całą pewnością zmieniła zdanie o Snapie.
-W końcu potrafię poznać, czy ktoś rzuca zły urok, jak to zobaczę - dodała. - Trzeba mieć stały kontakt wzrokowy, a Snape ani razu nie mrugnął okiem, sama widziałam!
-A ja wam mówię, że się mylicie! - zaperzył się Hagrid. - Nie mam pojęcia, dlaczego miotła Harry'ego zachowała się tak dziko, ale Snape nigdy by nie zabił ucznia! A teraz posłuchajcie mnie, wszyscy troje! Grzebiecie w sprawach, które was nie dotyczą. To niebezpieczne. Zapomnijcie o tym psie, zapomnijcie o tym, czego on strzeże. To jest sprawa między profesorem Dumbledore'em a Nicolasem Flamelem...
-Aha! - krzyknął Harry. - A więc w to jest zamieszany jakiś Nicolas Flamel, tak?
Hagrid miał taką minę, jakby był wściekły na samego siebie.
Rozpoczął się sezon quidditcha. W sobotę Harry miał wystąpić w swoim pierwszym meczu po wielu tygodniach treningu: Gryfoni przeciw Ślizgonom. Jeśli wygrają Gryfoni, przesuną się na drugie miejsce w tabeli domów.
Mało kto widział Harry'ego w grze, bo Wood postanowił, że będzie ich tajną bronią i utrzymywał to w tajemnicy. Ale i tak wieść o tym, że Harry trenuje jako szukający, jakoś się rozniosła i nie wiadomo było, co jest gorsze - ludzie mówiący mu, że jest naprawdę dobry, czy ci, którzy twierdzili, że będą pod nim biegać z materacem.
Przyjaźń z Hermioną miała dla niego naprawdę duże znaczenie. Bez niej nie poradziłby sobie z nawałem prac domowych, bo Wood wyciskał z nich ostatnie poty na treningach. Pożyczyła mu też Quidditch przez wieki, książkę, która okazała się bardzo ciekawą, choć nie zawsze dodającą otuchy lekturą.
Harry dowiedział się, że w quidditchu istnieje aż siedemset sposobów faulowania i że wszystkie zostały wykorzystane w Pucharze Świata w 1473 roku; że szukający byli zwykle najmniejszymi i najszybszymi graczami i że najpoważniejsze kontuzje przytrafiły się właśnie im; że choć rzadko dochodziło do wypadków śmiertelnych, zdarzało się, że znikali sędziowie, by po paru miesiącach odnaleźć się na Saharze.
Od czasu, gdy Harry i Ron uratowali ją od niechybnej śmierci z rąk górskiego trolla, Hermiona nie była już tak bezwzględna wobec łamania regulaminu szkolnego i obcowanie z nią stało się o wiele przyjemniejsze. W dniu poprzedzającym pierwszy mecz Harry'ego wszyscy troje wyszli podczas przerwy na zimny dziedziniec, a Hermiona wyczarowała im jasny, niebieski płomień, który można było zamknąć w słoju od marmolady. Stali, grzejąc się przy nim, kiedy nagle pojawił się Snape. Harry zauważył, że Snape utyka na jedną nogę. Skupili się blisko, by ukryć płomień, bo byli pewni, że wykorzystywanie magii do takich celów jest zabronione. Niestety, ich miny musiały się wydać Snape'owi podejrzane, bo podszedł do nich, wyraźnie chcąc się do czegoś przyczepić. Nie zobaczył płomienia, ale wypatrzył książkę, którą Harry trzymał pod pachą.
-Co tam masz, Potter?
Harry pokazał mu książkę; był to Quidditch przez wieki.
-Książek z biblioteki nie wolno wynosić poza obręb szkoły. Daj mi ją. Gryffindor traci pięć punktów.
-Przed chwilą stworzył ten przepis - mruknął Harry ze złością, kiedy Snape pokuśtykał dalej. - Ciekawe, co mu się stało w nogę.
-Nie wiem, ale mam nadzieję, że mu ostro dokucza - powiedział Ron mściwym tonem.
Tego wieczora w salonie Gryffindoru było wyjątkowo gwarnie. Harry, Ron i Hermiona siedzieli razem tuż przy oknie. Hermiona sprawdzała im pracę domową z zaklęć. Nigdy nie dawała im gotowych wypracowań do przepisania, ale czytała je na głos, żeby sami doszli do właściwych odpowiedzi.
Harry czuł niepokój. Bardzo mu brakowało odebranej przez Snape'a książki, bo miał nadzieję, że pogrążenie się w lekturze pomoże mu odwrócić uwagę od jutrzejszego meczu. A właściwie dlaczego tak się boi Snape'a? Wstał i oznajmił Ronowi i Hermionie, że idzie do Snape'a, żeby go poprosić o zwrot książki.
-Mnie do tego nie namówisz - odpowiedzieli równocześnie.
Ale Harry uważał, że Snape mu nie odmówi, jeśli będzie przy tym jakiś inny nauczyciel.
Zszedł na dół do pokoju nauczycielskiego i zapukał. Nie było odpowiedzi. Zapukał ponownie. Nic.
Może Snape zostawił tam książkę? Warto spróbować. Uchylił lekko drzwi, zajrzał do środka - i zobaczył coś, co w nim wstrząsnęło.
W pokoju byli tylko Snape i Filch. Snape zadarł szatę ponad kolana. Jedna z jego nóg była zakrwawiona i poszarpana. Filch podawał mu bandaż.
-Cholerna sprawa - mówił Snape. - Niby jak miałem upilnować się przed trzema głowami naraz?
Harry starał się jak najciszej zamknąć drzwi, ale...
-POTTER!
Twarz Snape'a wykrzywił grymas wściekłości. Puścił szybko skraj szaty, by ukryć nogę. Harry przełknął ślinę.
-Ja tylko chciałem zapytać, czy mógłby mi pan oddać moją książkę.
-WYNOŚ SIĘ! PRECZ!
Harry uciekł, zanim Snape zdążył pozbawić Gryffindor kilku kolejnych punktów. Wrócił pędem na górę.
-No i co? Masz? - zapytał Ron. - Co się stało?
Harry opowiedział im szeptem, co zobaczył.
-Wiecie, co to znaczy? Próbował przejść zakazanym korytarzem! Pamiętacie? To tam właśnie szedł, kiedy go widzieliśmy w Noc Duchów... On szukał tego, czego strzeże ten potwór! I stawiam moją różdżkę, że to on wpuścił do zamku trolla, żeby narobić zamiesznia!
Hermiona zrobiła wielkie oczy.
-Nie... tego by nie zrobił. Wiem, że nie jest zbyt miły, ale przecież nie próbowałby ukraść czegoś, co tak zazdrośnie ukrywa Dumbledore.
-Bo ty jesteś przekonana, że wszyscy nauczyciele są święci - prychnął Ron. - Ja tam się zgadzam z Harrym. Nie mam za grosz zaufania do tego Snape'a. Ale czego on szuka? Czego strzeże ten piekielny pies?
Harry poszedł do łóżka z głową pełną pytań. Neville chrapał już głośno, ale Harry nie mógł zasnąć. Starał się uwolnić od natłoku myśli, wiedział, że powinien się wyspać, przecież za kilka godzin wystąpi w swoim pierwszym meczu quidditcha, ale nie mógł zapomnieć wyrazu twarzy Smape'a, kiedy zobaczył jego zakrwawioną nogę.
Ranek był słoneczny i mroźny. Wielką Salę wypełniał rozkoszny zapach pieczonych kiełbasek i podniecony gwar. Wszyscy szykowali się na dobre widowisko.
-Musisz coś zjeść.
-Nie chcę.
-Chociaż kawałek tostu - błagała Hermiona.
-Nie jestem głodny.
Harry czuł się okropnie. Za godzinę miał wyjść na boisko.
-Harry, musisz mieć siły - powiedział Seamus Finnigan. - Przeciwnicy zawsze chcą wyeliminować szukającego.
-Dziękuję ci, stary - odrzekł Harry, patrząc, jak Seamus polewa sobie kiełbaski keczupem.
O jedenastej na stadionie zebrała się chyba cała szkoła. Wielu miało lornetki. Ławki dla publiczności były umieszczone dość wysoko, ale w trakcie meczu quidditcha czasami i tak trudno było zobaczyć, co się dzieje.
Ron i Hermiona usiedli w najwyższym rzędzie, razem z Neville'em, Seamusem i Deanem. Mieli dla Harry'ego niespodziankę: wielki transparent, zrobiony z jednego z pogryzionych przez Parszywka prześcieradeł, z napisem: POTTER NA PREZYDENTA. Dean, który był dobry z rysunków, namalował pod spodem lwa - godło Gryffindoru. Hermiona wyszukała sprytne małe zaklęcie, tak że lew i napis mieniły się różnymi kolorami.
Tymczasem Harry i reszta drużyny przebierali się w szatni w szkarłatne szaty do quidditcha (Ślizgoni mieli grać w zielonych).
Wood odchrząknął głośno, żeby wszystkich uciszyć.
-No dobra, chłopaki... - zaczął.
-I dziewczyny - powiedziała Angelina Johnson, grająca na pozycji ścigającego.
-I dziewczyny - zgodził się Wood. - To jest to.
-Coś naprawdę wielkiego - powiedział Fred Weasley.
-Coś, na co wszyscy czekaliśmy - dodał George.
-Znamy przemówienie Oliviera na pamięć - powiedział Harry'emu Fred. - Byliśmy w drużynie w zeszłym roku.
-Wy dwaj, zamknijcie się - uciszył ich Wood. - To najlepsza drużyna Gryffindoru od wielu lat. Wychodzimy po zwycięstwo. I wiem, że zwyciężymy.
Obrzucił ich groźnym spojrzeniem, jakby chciał dodać "albo przegramy".
-Dobra. Już czas. Życzę wszystkim powodzenia.
Harry wyszedł z szatni za Fredem i Geroge'em i mając nadzieję, że nogi nie odmówiłą mu posłuszeństwa, wkroczył na boisko wśród głośnych wiwatów.
Sędziowała pani Hooch. Stała pośrodku boiska, czekając na obie drużyny. Miotłę trzymała w ręku.
-A teraz posłuchajcie: chcę, żeby to była ładna, czysta gra - powiedziała, kiedy wszyscy zawodnicy zebrali się wokół niej.
Harry zauważył, że mówiąc to, zwracała się szczególnie do kapitana Ślizgonów, Marcusa Flinta z piątego roku, który sprawiał wrażenie, jakby miał w żyłach trochę krwi trollów. Kątem oka dostrzegł też powiewający wysoko transparent ze świetlistym napisem "Potter na prezydenta". Serce mu podskoczyło. Poczuł się lepiej.
-Proszę dosiąść mioteł.
Harry dosiadł swojego Nimbusa Dwa Tysiące.
Pani Hooch zadęła w wielki srebrny gwizdek.
Piętnaście mioteł poderwało się w powietrze. Zaczęło się.
-...Angelina Johnson natychmiast przejmuje kafla... cóż to za wspaniały ścigający, ta dziewczyna, no i przy tym taka ładna...
-JORDAN!
-Przepraszam, pani profesor.
Przyjaciel bliźniaków, Lee Jordan, był komentatorem, a profesor McGonagall kontrolowała jego popisy.
-Świetne prowadzenie, zgrabny przerzut do Alicji Spinnet, to nowe odkrycie Olivera Wooda, w zeszłym roku była w rezerwie... z powrotem do Johnson i... nie, Gryfoni tracą piłkę, kapitan Ślizgonów, Marcus Flint przejmuje kafla i natychmiast podrywa się w górę... szybuje jak orzeł... zamierza strze... nie, Wood, obrońca Gryfonów, znakomicie wyłapuje kafla, oddaje Kate Bell, co za wspaniały zwód, ograła Flinta, już jest wysoko, nurkuje i... OCH!... to musiało zaboleć, tłuczek rąbnął ją w tył głowy... kafel w posiadaniu Ślizgonów... to Adrian Pucey szybuje ku słupkom bramkowym, ale... tak, zablokowany przez drugi tłuczek, podbity tam przez Freda albo George'a Weasleya, trudno powiedzieć, którego... w każdym razie to bardzo ładne zagranie pałkarza i Johnson znowu ma kafla, przed nią nie ma nikogo, rusza do przodu... naprawdę, mknie jak jastrząb... wyminęła pędzący ku niej tłuczek... słupki są już blisko... strzelaj, Angelino!... obrońca Bletchley nurkuje... nie trafia... GOL DLA GRYFONÓW!
Rozległy się radosne wiwaty Gryfonów i jęki zawodu Ślizgonów.
-Ruszajcie się! Śmiało!
-Hagrid!
Ron i Hermiona ścisnęli się, by zrobić Hagridowi miejsce obok siebie.
-Patrzyłem z mojej chaty - rzekł Hagrid, klepiąc wielką lornetkę, wiszącą mu na szyi - ale to nie to, co być tutaj, w tłumie. Znicz jeszcze się nie pokazał, co?
-Nie - odrzekł Ron. - Na razie Harry nie ma wiele do roboty.
-Unika kłopotów, bardzo dobrze - powiedział Hagrid, podnosząc lornetkę do oczu i wpatrując się w plamkę na niebie.
Harry szybował wysoko, ponad grającymi, wypatrując znicza. Była to część planu jego i Wooda.
-Trzymaj się z daleka, dopóki nie wypatrzysz znicza - powiedział mu Wood. - Nie chcemy, żeby cię zaatakowali, zanim nadejdzie właściwa pora.
Kiedy Angelina zdobyła pierwsze dziesięć punktów, Harry zrobił w powietrzu parę pętli, by dać upust swej radości. Teraz wrócił na swoją pozycję, rozglądając się za zniczem. Raz zobaczył jakiś złoty błysk, ale okazało się, że to tylko refleks słońca w zegarku któregoś z Weasleyów, a raz tłuczek wystrzelił ku niemu jak kula armatnia, ale zrobił unik, a po chwili pojawił się ścigający Fred Weasley.
-Jak, w porządku? - krzyknął w locie i z całej siły odbił tłuczka w kierunku Marcusa Flinta.
-Ślizgoni mają kafla - mówił Lee Jordan - ścigający Pucey unika dwóch tłuczków, mija obu Weasleyów, Bell, śmiga ku... zaraz, zaraz... czy to był znicz?
Pomruk przeszedł przez tłum, kiedy Adrian Pucey puścił kafla, oglądając się przez ramię na złoty błysk, który przemknął mu koło lewego ucha.
Harry zobaczył to. Czując, jak go ogarnia fala podniecenia, zanurkował w dół, za złotą smugą. Ślizgon Terence Higgs też ją dostrzegł. Obaj, ramię w ramię, pomknęli ku zniczowi, a wszyscy ścigający zawiśli w powietrzu, zapominając o tym, co powinni robić.
Harry był szybszy od Higgsa. Widział już dobrze małą kulkę, trzepoczące srebrne skrzydełka... zwiększył szybkość i...
ŁUUUP! Ryk wściekłości wydarł się z gardeł Gryfonów na trybunach - Marcus Flint umyślnie zablokował Harry'ego, tak że ten ledwo się utrzymał na miotle, która zboczyła z kursu.
-Faul! - krzyczeli Gryfoni.
Pani Hooch skarciła ostro Flinta i zarządziła rzut wolny dla Gryfonów. Zrobiło się małe zamieszanie, a złoty znicz ponownie gdzieś zniknął.
-Usunąć go z boiska! Czerwona kartka! - ryczał Dean Thomas.
-O czum ty mówisz? - zdziwił się Ron.
-Czerwona kartka! W piłce nożnej pokazują ci czerwoną kartkę i musisz zejść z boiska!
-Ale to nie jest piłka nożna - przypomniał mu Ron.
Hagrid poparł jednak Deana.
-Powinni zmienić przepisy. Flint mógł strącić Harry'ego z miotły.
Lee Jordan miał problemy z bezstronnością.
-Tak więc... po tym oczywistym i odrażającym oszustwie...
-Jordan! - warknęła profesor McGonagall.
-To znaczy... po tym jawnym, oburzającym faulu...
-Jordan, ostrzegam cię...
-No dobrze już, dobrze. Flint o mały włos nie zabił szukającego Gryfonów, co mogło się zdarzyć każdemu, to jasne, więc rzut wolny dla Gryfonów, wybija Spinnet, bez kłopotów, gra toczy się dalej, kafel wciąż w posiadaniu Gryfonów...
To się stało, gdy Harry uniknął jeszcze jednego tłuczka, który śmignął mu tuż koło głowy. Nagle jego miotła pochyliła się gwałtownie, tak że przez ułamek sekundy był pewny, że z niej spadnie. Ścisnął mocno kij dłońmi i kolanami. Jeszcze nigdy nie poczuł czegoś takiego.
To stało się ponownie - jakby miotła próbowała go z siebie zrzucić. Co się dzieje? Przecież Nimbus Dwa Tysiące nie może ni stąd ni zowąd postanowić, że będzie zrzucał z siebie jeźdźców. Harry spróbował zawrócić w kierunku słupków Gryffindoru - pomyślał, że trzeba poprosić Wooda o czas - i zdał sobię sprawę, że miotła w ogólę go nie słucha. Nie mógł jej zawrócić. W ogóle nie mógł nią kierować. Robiła zygzaki w powietrzu, a co jakiś czas podrygiwała raptownie, co sprawiało, że z wielkim trudem utrzymywał się na kiju.
Lee wciąż komentował.
-Ślizgoni mają piłkę... Flint leci z kaflem... mija Spinnet... mija Bell... tłuczek trafia go prosto w twarz... mam nadzieję, że ma złamany nos... to był żart, pani profesor... strzela... och, nieeee....
Ślizgoni ryknęli z radości. Jak dotąd nikt nie zauważył dziwnego zachowania miotły Harry'ego, która unosiła go powoli coraz wyżej, poza pole gry, podrygując i robiąc gwałtowne skręty, jak narowisty koń.
-Nie mam pojęcia, co ten Harry wyprawia - mruknął Hagrid, który patrzył przez lornetkę. - Gdybym go nie znał, tobym powiedział, że stracił panowanie nad miotłą... ale przecież on nie może...
Nagle wszyscy wstali, pokazując sobie palcami Harry'ego. Jego miotła zaczęła wywijać koziołki, a on ledwo się na niej trzymał. A potem cała widownia zamarła. Miotła raptownie podskoczyła, stanęła dęba, a Harry zsunął się z niej i zawisł na kiju, trzymając się go jedną ręką.
-Może coś się stało, kiedy go Flint przyblokował? - szepnął Seamus.
-To niemożliwe - powiedział Hagrid roztrzęsionym głosem. - Miotle nic nie może zaszkodzić... oprócz czarnej magii... Żaden dzieciak nie mógłby uszkodzić Nimbusa Dwa Tysiące.
Na te słowa Hermiona złapała jego lornetkę, ale zamiast spojrzeć na Harry'ego, zaczęła nią gorączkowo przeszukiwać tłum.
-Co ty robisz? - jęknął Ron, szary na twarzy.
-Wiedziałam - wydyszała. - Snape... zobacz.
Ron chwycił lornetkę. Snape stał pośrodku trybuny naprzeciw nich. Oczy miał utkwione w Harrym i nieustannie coś mamrotał.
-On coś robi... czaruje miotłę - powiedziała Hermiona.
-To co zrobimy?
-Zostawcie to mnie.
I znikła, zanim Ron zdążył wypowiedzieć słowo. Ron znowu skierował lornetkę na Harry'ego. Miotła dygotała tak wściekle, że wydawało się niemożliwe, by utrzymał się dłużej. Wszyscy już stali, patrząc z przerażeniem, jak Weasleyowie próbują ściągnąć Harry'ego na jedną ze swoich mioteł, ale bez rezultatu - za każdym razem, gdy się do niego zbliżali, jego miotła podskakiwała jeszcze wyżej. Krążyli więc pod nim, najwyraźniej mając nadzieję złapać go w locie. Tymczasem Marcus Flint przejął kafla i strzelił pięć bramek, choć nikt nie zwracał na to uwagi.
-Hermiono, zrób coś - mruczał zrozpaczony Ron.
Hermiona przepchnęła się do sektora, w którym stał Snape i pobiegła wzdłuż rzędu tuż za nim. Nawet się nie zatrzymała, żeby powiedzieć "przepraszam", gdy niechcący popchnęła Quirrella, tak że wpadł na głowę do następnego rzędu.
Kiedy dotarła do Snape'a, kucnęła, wyciągnęła różdżkę i wyszeptała parę dobrze dobranych słów. Z różdżki wystrzelił jasnoniebieski płomień - wprost na skraj szaty Snape'a.
Minęło ze trzydzieści sekund, zanim Snape zorientował się, że płonie. Po jego krótkim wrzasku poznała, że osiągnęła to, co zamierzała. Szybko zebrała płomienie do małego garnuszka, który miała w kieszeni, i wycofała się chyłkiem, prawie na czworakach. Snape nigdy się nie dowie, co się właściwie stało.
Ale to wystarczyło . Wysoko, w powietrzu, Harry nagle poczuł, że jest w stanie z powrotem dosiąść Nimbusa.
-Neville, możesz już patrzy! - krzyknął Ron. Neville od pięciu minut szlochał z twarzą ukrytą w kurtce Hagrida.
Harry szybował już w dół. Wszyscy zobaczyli, jak zakrywa sobie usta rękami, jakby miał zwymiotować - wylądował prawie na czworakach - zakaszlał - i coś złotego spadło mu na dłoń.
-Mam znicz! - krzyknął, wymachując nim nad głową.
Mecz zakończył się ogólnym zamieszaniem.
-On go nie złapał, on go prawie połknął - ryczał wciąż Flint jeszcze dwadzieścia minut później, ale niczego to nie zmieniało: Harry nie złamał żadnego przepisu i Lee Jordan wciąż wykrzykiwał rezultat - Gryffindor wygrał stu sześćdziesięcioma punktami do sześćdziesięciu. Ale Harry już tego nie słyszał. Pił mocną herbatę w chatce Hagrida, razem z Ronem i Hermioną.
-To był Snape - wyjaśniał mu Ron. - Hermiona go zobaczyła. Czarował twoją miotłę, nie spuszczał z ciebie wzroku.
-Bzdury - rzekł Hagrid. - Niby dlaczego miałby to robić?
Harry, Ron i Hermiona wymienili znaczące spojrzenia, zastanawiając się, czy mu powiedzieć. Harry uznał, że trzeba wyjawić prawdę.
-Czegoś się o nim dowiedziałem - powiedział. - W Noc Duchów próbował przejść koło psa o trzech głowach. Potwór go ugryzł. Sądzimy, że chciał ukraść to, czego strzeże pies.
Hagrid wypuścił z rąk dzbanek.
-Skąd wiecie o Puszku? - zapytał.
-O Puszku?
-No tak... to mój pies... kupiłem go od jednego Greka... w pubie, w zeszłym roku... pożyczyłem go Dumbledore'owi, żeby pilnował...
-Czego? - zapytał Harry.
-No... co to, to nie, więcej wam nic nie powiem, nawet nie pytajcie - odburknął Hagrid. - To ściśle tajne, ot co.
-Ale Snape próbował to wykraść.
-Bzdura - powtórzył Hagrid. - Snape jest nauczycielem w Hogwarcie, nigdy by czegoś takiego nie zrobił.
-Więc dlaczego próbował zabić Harry'ego? - zawołała Hermiona.
Po wydarzeniach ostatniego popołudnia z całą pewnością zmieniła zdanie o Snapie.
-W końcu potrafię poznać, czy ktoś rzuca zły urok, jak to zobaczę - dodała. - Trzeba mieć stały kontakt wzrokowy, a Snape ani razu nie mrugnął okiem, sama widziałam!
-A ja wam mówię, że się mylicie! - zaperzył się Hagrid. - Nie mam pojęcia, dlaczego miotła Harry'ego zachowała się tak dziko, ale Snape nigdy by nie zabił ucznia! A teraz posłuchajcie mnie, wszyscy troje! Grzebiecie w sprawach, które was nie dotyczą. To niebezpieczne. Zapomnijcie o tym psie, zapomnijcie o tym, czego on strzeże. To jest sprawa między profesorem Dumbledore'em a Nicolasem Flamelem...
-Aha! - krzyknął Harry. - A więc w to jest zamieszany jakiś Nicolas Flamel, tak?
Hagrid miał taką minę, jakby był wściekły na samego siebie.
niedziela, 11 sierpnia 2013
Noc Duchów
Malfoy nie mógł uwierzyć własnym oczom, kiedy następnego dnia zobaczył Harry'ego i Rona, wyglądających na nieco zmęczonych, ale w dobrych humorach. Prawdę mówiąc, kiedy się rano obudzili, uznali, że spotkanie z trójgłowym psem było wspaniałą przygodą i już tęsknili za kolejną. Harry zdążył już opowiedzieć Ronowi o swoich podejrzeniach co do paczuszki z Gringotta i spędzili razem mnóstwo czasu, zastanawiając się, co też może wymagać aż takich środków bezpieczeństwa.
-To musi być albo bardzo cenne, albo bardzo niebezpieczne - powiedział Ron.
-Albo i jedno, i drugie.
Na razie wiedzieli jednak tylko, że to coś ma około dwóch cali długości i że nie mają szansy na odgadnięcie, co to jest, bez większej ilości danych.
Ani Neville, ani Hermiona nie okazywali najmniejszego zainteresowania tym, co mogło się znajdować za psem i pod klapą w podłodze. Neville był zainteresowany tylko jednym: żeby już nigdy nie zbliżyć się do korytarza na trzecim piętrze. Hermiona nie odzywała się do Harry'ego i Rona, ale robiła takie wszechwiedzące miny, że uznali to za okoliczność sprzyjającą. Teraz pragnęli znaleźć jakiś sposób, by odegrać się na Malfoyu o ku ich wielkiemu zadowoleniu możliwość taka pojawiła się tydzień później, wraz z poranną pocztą.
Kiedy sowy jak zwykle wleciały do Wielkiej Sali, uwagę wszystkich przykuł długi, wąski pakunek, niesiony aż przez sześć sówek. Harry tak jak inni był ciekaw, co może być w tej paczce i zdumiał się, kiedy sówki złożyły ją przed nim, zrzucając przy okazji na podłogę jego bekon. Zaledwie odleciały, inna sowa upuściła na paczkę list.
Harry najpierw rozerwał kopertę i dobrze zrobił, bo list głosił:
NIE OTWIERAJ PACZKI PRZY STOLE.
Jest w niej nowy Nimbus Dwa Tysiące, ale nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że dostałeś miotłę, bo każdy też będzie chciał. Oliver Wood spotka się z tobą dziś na boisku quidditcha o siódmej wieczorem na pierwszym treningu.
Profesor M.McGonagall
Harry nie mógł ukryć radości, kiedy wręczył Ronowi liścik do przeczytania.
-Nimbus Dwa Tysiące! - jęknął z zazdrością Ron. - Nigdy nawet nie miałem go w rękach.
Szybko opuścili salę, pragnąc obejrzeć miotłę jeszcze przed pierwszą lekcją, ale drogę zagrodzili im Crabbe i Goyle. Malfoy wyrwał Harry'emu paczkę i pomacał ją.
-To miotła - powiedział i odrzucił paczkę Harry'emu z mieszaniną zazdrości i złości na twarzy. - Tym razem podpadłeś, Potter, pierwszoroczniakom nie wolno posiadać mioteł.
Ron nie mógł się powstrzymać.
-To nie jest jakaś stara miotła - powiedział. - To Nimbus Dwa Tysiące. Podobno masz Kometę Dwa Sześćdziesiąt, tak, Malfoy? - Wyszczerzył zęby do Harry'ego. - Komety są dość szybkie, ale o klasę gorsze od Nimbusów.
-A co ty o tym wiesz, Weasley, przecież nie stać cię nawet na pół kija - odwarknął Malfoy. - Założę się, że ty i twoi bracia musicie oszczędzać na każdą witkę osobno.
Zanim Ron zdążył mu coś odpowiedzieć, pojawił się profesor Flitwick.
-Chyba się nie kłócicie, co, chłopcy? - zaskrzeczał.
-Potterowi przysłano miotłę, panie profesorze - powiedział szybko Malfoy.
-Tak, tak, znakomicie - rzekł profesor Flitwick, uśmiechając się do Harry'ego. - Profesor McGonagall powiedziała mi o specjalnych okolicznościach, Potter. Co to za model?
-Nimbus Dwa Tysiące, panie profesorze - odpowiedział Harry, powstrzymując się, by nie wybuchnąć śmiechem na widok miny Malfoya. - A to wszystko dzięki Malfoyowi - dodał.
Harry i Ron podbiegli po schodach na górę, krztusząc się ze śmiechu.
-Bo to prawda - zarechotał Harry, kiedy już byli na szczycie marmurowych schodów. - Gdyby nie ukradł Neville'owi przypominajki, nie byłoby mnie w drużynie...
-Więc wydaje ci się, że to nagroda za łamanie regulaminu? - rozległ się pełen złości głos tuż za jego plecami.
To Hermiona wchodziła po schodach, spolądając z niesmakiem na paczkę w rękach Harry'ego.
-Myślałem, że się do nas nie odzywasz - powiedział Harry.
-Tak, tak, i nie przestawaj - dodał szybko Ron. - Tak się cieszyliśmy.
Hermiona pomaszerowała dalej, z nosem wycelowanym w sufit.
Tego dnia Harry miał duże kłopoty ze skupieniem myśli na lekcjach. Wciąż uciekały mu do dormitorium, gdzie pod łóżkiem leżała jego nowa miotła, albo pędziły na pole do quidditcha, gdzie wieczorem miał rozpocząć trening. Po lekcjach wchłonął szybko kolację, nie bardzo wiedząc, co połyka, i popędził z Ronem na górę, żeby rozwinąć Nimbusa Dwa Tysiące.
-Ojejku - westchnął Ron, kiedy miotła potoczyła się na łóżko Harry'ego.
Nawet Harry, który w ogóle nie znał się na miotłach, pomyślał, że naprawdę wygląda wspaniale. Smukła i lśniąca, z mahoniową rączką, miała długi ogon ze starannie dobranych, prostych witek, a tuż przy końcu rączki lśnił złoty napis: Nimbus Dwa Tysiące.
Przed siódmą Harry opuścił zamek i w gęstniejącym zmierzchu ruszył w stronę boiska do quidditcha. Jeszcze nigdy nie był na stadionie. Wokół boiska wznosiły się rzędy ławek, tak żeby widzowie dobrze widzieli, co się na nim dzieje. Po obu stronach tkwiły trzy złote tyczki zakończone pętlami. Harry'emu przypominały one małe, plastikowe patyczki, służące dzieciom mugoli do wdmuchiwania baniek, tyle że te miały z pięćdziesiąt stóp wysokości.
Harry tak się palił do latania, że nie czekając na Wooda, dosiadł swojej miotły i odepchnął się stopami od ziemi. Ach, cóż to było za uczucie! Krążył od bramki do bramki, a potem przyspieszał i opadał jak jastrząb na boisko. Nimbus Dwa Tysiące reagował na najlżejszy ruch i dotyk.
-Harry Potter! Na dół!
Przybył Oliver Wood. Pod pachą niósł drewnianą klatkę. Harry wylądował tuż obok niego.
-Świetnie - rzekł Wood, a oczy mu błyszczały. - No, teraz rozumiem, co miała na myśli McGonagall... naprawdę masz talent. Dzisiaj zapoznam cię z zasadami gry, a potem będziesz trzy razy w tygodniu ćwiczył z drużyną.
Otworzył klatkę. Wewnątrz były cztery kule różnej wielkości.
-No dobra - powiedział Wood. - Quidditch dość łatwo zrozumieć, nawet jeśli nie tak łatwo w niego grać. Po każdej stronie jest siedmiu graczy. Trzech z nich to ścigający.
-Trzech ścigających - powtórzył Harry, kiedy Wood wyjął z klatki jasnoczerwoną kulę wielkości piłki futbolowej.
-Ta kula nazywa się kaflem. Ścigajacy podają sobie kafla i starają się przeżucić go przez jedną z pętli, żeby zdobyć gola. Za każde przerzucenie kafla przez jedną z pętli zdobywa się dziesięć punktów. Wszystko jasne?
-Ścigający podają sobie kafla i przerzucają go przez jedną z pętli, by zdobyć punkty - wyrecytował Harry.
-Zatem... to jest coś w rodzaju koszykówki z sześcioma koszami, w którą gra się na miotłach, tak?
-Co to jest koszykówka? - zapytał Wood, wyraźnie zaintrygowany.
-Nieważne - odpowiedział szybko Harry.
-Teraz tak... W każdej drużynie jest jeden gracz, który nazywa się obrońcą... Ja jestem obrońcą Gryfonów.
Latam wokół słupków bramkowych i powstrzymuje przeciwników, żeby nie strzelili nam gola.
-Trzech ścigających, jeden obrońca - rzekł Harry, chcąc to wszystko zapamiętać. - I grają kaflem. W porządku, rozumiem. A te do czego służą? - Wskazał na trzy pozostałe kule wewnątrz skrzynki.
-Zaraz ci pokażę - rzekł Wood. - Weź to.
Wręczył Harry'emu niewielką pałkę, trochę krótszą od kija do bejsbolu.
-Pokażę ci, co robią tłuczki. Te dwie kule to tłuczki.
Pokazał Harry'emu dwie identyczne kule, czarne i lśniące, trochę mniejsze od czerwonego kafla. Harry zauważył, że drżą lekko, jakby chciały się uwolnić spod przytrzymujących je rzemieni i ulecieć z klatki.
-Cofnij się - ostrzegł go Wood. Pochylił się i uwolnił jedną kulę.
Czarna kula natychmiast wzniosła się w powietrze, a potem pomknęła ku twarzy Harry'ego. W ostatniej chwili odbił ją pałką, ratując nos przed złamaniem. Kula świsnęła zygzakiem w powietrze, zawirowała nad ich głowami i wystrzeliła w Wooda, który rzucił się na nią całym ciałem i przygwoździł do ziemi.
-Widziałeś? - wysapał Wood, wpychając tłuczka z powrotem do klatki i przymocowując go rzemieniem. - Tłuczki latają nad boiskiem, starając się zwalić graczy z mioteł. Dlatego każda drużyna ma po dwóch pałkarzy... w naszej są nimi Weasleyowie... Ich zadaniem jest obrona reszty swoich graczy przed tłuczkami i odbicie ich w stronę przeciwników. No to jak... wszystko jasne?
-Trzech ścigających stara się zdobyć punkty kaflem, obrońca broni słupków bramkowych, pałkarze chronią kolegów przed tłuczkami.
-Bardzo dobrze - pochwalił go Wood.
-Ee... czy tłuczki już kogoś zabiły? - zapytał Harry, mając nadzieję, że zabrzmiało to bardzo zdawkowo.
-W Hogwarcie nigdy. Było trochę połamanych szczęk, ale nic gorszego. A teraz posłuchaj. Ostatni członek drużyny nazywa się szukającym. To właśnie ty. Ciebie nie obchodzi kafel czy tłuczki...
-... chyba że rozwalą mi głowę.
-Nie martw się, Weasleyowie dają sobie radę z tłuczkami... zobaczysz, sami są jak para ludzkich tłuczków.
Wood sięgnął do klatki i wyjął czwartą kulę. W porównaniu z kaflem i tłuczkami była o wiele mniejsza, wielkości dużego orzecha włoskiego, złota, z maleńkimi srebrnymi skrzydełkami.
-To jest złoty znicz - oznajmił Wood - kula najważniejsza ze wszystkich czterech. Bardzo trudno ją złapać, bo jest szybka i trudna do zauważenia. Złapanie jej jest zadaniem szukającego. Musisz ją wyłowić spośród ścigających, pałkarzy, tłuczków i kafla, i złapać przed szukającym przeciwników, bo za złapanie jej zyskuje się dla swojej drużyny aż sto pięćdziesiąt punktów, co zwykle przesądza o wyniku meczu. Właśnie dlatego szukający są tak często faulowani. Mecz quidditcha kończy się z chwilą złapania znicza, więc może trwać bardzo długo... Rekord wynosił prawie trzy miesiące, tak że musieli wprowadzać zastępców, żeby gracze mogli się trochę przespać. No cóż, to chyba wszystko... Masz jakieś pytania?
Harry potrząsnął głową. Zrozumiał już wszystko, nawet to, że prawdziwym problemem jest opanowanie tego wszystkiego w praktyce.
-Nie będziemy dzisiaj ćwiczyć ze zniczem - rzekł Wood, ostrożnie umieszczając go w klatce. - Jest za ciemno, moglibyśmy go zgubić. Spróbujmy na razie z tymi.
Wyciągnął z kieszeni worek ze zwykłymi piłkami golfowymi i w chwilę później on i Harry byli już w powietrzu. Wood rzucał piłkami z całej siły i we wszystkie strony, a Harry musiał je łapać.
Harry wyłapał wszystkie piłki i Wood był zachwycony. Minęło pół godziny i zrobiło się ciemno, więc musieli skończyć.
-W tym roku na pucharze będzie nazwa naszej drużyny - powiedział uradowany Wood, kiedy wracali do zamku. - Wcale bym nie był zaskoczony, gdybyś okazał się lepszy od Charliego Weasleya, a on mógłby grać w reprezantacji Anglii, gdyby nie wyjechał polować na smoki.
Może z powodu nawału zajęć, bo teraz trenował quidditcha trzy razy w tygodniu, po odrobieniu masy zadań domowych, Harry zdumiał się, kiedy zdał sobię sprawę, że jest już w Hogwarcie pełne dwa miesiące. W zamku czuł się jak w domu, inaczej niż kiedykolwiek na Privet Drive. Teraz, kiedy już opanował podstawy, zajęcia też były coraz ciekawsze.
W dzień poprzedzający Noc Duchów obudził ich cudowny zapach pieczonej dyni, rozchodzący się po korytarzach. Mało tego, profesor Flitwick oznajmił im, że są już przygotowani do tego, by na ich rozkaz latały różne przedmioty, co stanowiło przedmiot ich marzeń od chwili, gdy na ich oczach sprawił, że ropucha Neville'a obleciała całą klasę. Flitwick podzielił ich na pary. Partnerem Harry'ego został Seamus Finnigan (co powitał z ulgą, bo Neville okropnie go rozpraszał). Ronowi trafiła się jednak Hermiona Granger. Trudno powiedzieć, które z nich było bardziej niezadowolone z tego powodu. Nie odzywała się do nich od dnia, w którym Harry dostał Nimbusa Dwa Tysiące.
-Proszę nie zapominać o tym lekkim ruchu nadgarstka, który tak długo ćwiczyliśmy! - zaskrzeczał profesor Flitwick, usadowiony jak zwykle na stosie książek. - Smagnąć i poderwać, pamiętajcie, smagnąć i poderwać! I wypowiadać zaklęcie dokładnie, to bardzo ważne... Nie zapominajcie o czarodzieju Baruffio, który źle wypowiedział spółgłoskę i znalazł się na podłodze, przygnieciony bawołem.
Było to bardzo trudne. Harry i Seamus smagali i podrywali, ale piórko, które mieli wysłać pod sufit, leżało sobie nadal na stoliku. Seamus tak się zniecierpliwił, że dotknął go różdżką, co spowodowało, że się zapaliło - Harry musiał ugasić mały pożar swoją tiarą.
Ronowi, przy sąsiednim stole też nic nie wychodziło.
-Wingardium Leviosa! - krzyczał raz po raz, wymachując ramionami jak wiatrak.
-Źle to wypowiadasz - prychnęła Hermiona. - Wing-gar-dium Levi-o-sa. "Gar" musi być melodyjne i długie.
-To zrób to sama, jak jesteś taka mądra - warknął Ron.
Hermiona podwinęła rękaw szaty, smagnęła różdżką i powiedziała:
-Wingardium Leviosa!
Piórko uniosło się i zawisło jakieś cztery stopy nad ich głowami.
-Wspaniale! - krzyknął profesor Flitwick, klaszcząc w dłonie. - Niech wszyscy popatrzą, pannie Granger się udało!
Ron był markotny do końca lekcji.
-Nic dziwnego, że nikt nie może jej znieść - powiedział do Harry'ego, kiedy przeciskali się przez zatłoczony korytarz. - Ona jest koszmarna, naprawdę.
Ktoś wpadł na Harry'ego w tłoku. Była to Hermiona. Harry zobaczył jej twarz - była zalana łzami.
-Chyba to usłyszała.
-No to co? - burknął Ron, ale wyraźnie się zmieszał. - Sama musiała zauważyć, że nie ma przyjaciół.
Hermiona nie pojawiła się na następnej lekcji i przez całe popołudnie nikt jej nie widział. Idąc do Wielkiej Sali na ucztę świąteczną, Harry i Ron podsłuchali, jak Parvati Patil opowiada swojej przyjaciółce Lavender, że Hermiona ryczy w łazience i nie chce nikogo widzieć. Ron jeszcze bardziej się zmieszał, ale chwilę później wkroczyli do Wielkiej Sali, gdzie na widok świątecznych dekoracji zapomnieli o Hermionie.
Ze ścian i sklepienia zwisało z tysiąc żywych nietoperzy, a drugie tysiąc śmigało ciemnymi chmarami nad stołami, powodując migotanie płomieni świec, osadzonych w dyniach. Tym razem potrawy pojawiły się na złotych półmiskach, tak jak podczas bankietu powitalnego.
Harry nakładał sobie właśnie wielkiego pieczonego ziemniaka, kiedy na salę wpadł biegiem profesor Quirrell w przekrzywionym turbanie i z przerażoną twarzą. Wszyscy zamilkli, wytrzeszczając oczy, a Quirrel dobiegł do krzesła profesora Dumbledore'a, oparł się o stół i wysapał:
-Troll... w lochach... uznałem, że powinien pan wiedzieć.
Wybuchło zamieszanie. Profesor Dumbledore musiał kilka razy wystrzelić purpurowe rakiety ze swojej różdżki, żeby uciszyć salę.
-Prefekci! - zagrzmiał. - Natychmiast zaprowadzić swoje domy do dormitoriów!
Percy był w swoim żywiole.
-Za mną! Pierwszoroczni, trzymać się razem! Nie musicie bać się trolli, jeśli będziecie wypełniać moje polecenia! Teraz trzymać się tuż za mną. Przejście, najpierw wychodzą pierwszoroczni! Przepraszam, jestem prefektem!
-Jak troll mógł się tu dostać? - zapytał Harry, kiedy szli po schodach.
-Mnie nie pytaj, trolle to naprawdę głupie stwory - odpowiedział Ron. - Może Irytek wpuścił go dla draki.
Po drodze mijali różne grupy, spieszące w różnych kierunkach. Kiedy przepychali się przez tłum przerażonych Puchonów, Harry nagle złapał Rona za łokieć.
-Pomyślałem sobie o... Hermionie.
-Że co?
-Ona nic nie wie o trollu.
Ron przygryzł wargę.
-No dobra... - burknął. - Ale lepiej niech Percy nas nie zauważy.
Pochylili głowy i przyłączyli się do Puchonów, zmierzających w inną stronę, przemknęli przez opustoszałą część korytarza i pobiegli do łazienki dziewczyn. Właśnie skręcili za róg korytarza, kiedy usłyszeli za sobą szybkie kroki.
-Percy! - syknął Ron, wciągając Harry'ego za wielkiego kamiennego gryfa.
Wyglądając ukradkiem zza posągu, zobaczyli jednak nie Percy'ego, lecz Snape'a. Przebiegł przez korytarz i zniknął im z oczu.
-Co on robi? - szepnął Harry. - Dlaczego nie jest w lochach razem z innymi nauczycielami?
-Żebym to ja wiedział.
Ruszyli za oddalającymi się krokami Snape'a, starając się iść jak najciszej.
-Ty, on idzie na trzecie piętro - szepnął Harry, ale Ron podniósł rękę.
-Czujesz coś?
Harry pociągnął nosem i poczuł zgniły odór, przywodzący na myśl stare skarpetki i ubikację, której nikt nie sprząta.
I wówczas to usłyszeli - głuche powarkiwanie i pacnięcia wielkich stóp. Ron pokazał palcem: na końcu korytarza po lewej stronie czerniało coś wielkiego, co szło w ich stronę. Przywarli do ściany znajdującej się w cieniu, i patrzyli, osłupiali, jak to coś wlazło w plamę księżycowego blasku.
Był to straszny, mrożący krew w żyłach widok. Wysoki na dwanaście stóp, o matowej, granitowoszarej skórze, o wielkim, niezdarnym cielsku przypominającym głaz, z małą, łysą głową sterczącą na czubku jak orzech kokosowy. Miał krótkie nogi, grube jak pniaki, z płaskimi, zrogowaciałymi stopami. Smród, jaki wydzielał, trudno było znieść. W ręku trzymał wielką maczugę, która wlokła się za nim, bo tak długie miał ramiona.
Troll zatrzymał się przy sąsiednich drzwiach i zajrzał do środka.
-Klucz jest w zamku - wybełkotał Harry. - Możemy go zamknąć.
-Dobry pomysł - odpowiedział nerwowo Ron.
Podsunęli się tuż do drzwi, wstrzymując oddechy i modląc się, by trollowi nie zachciało się wyjść. A potem Harry jednym skokiem stanął przed drzwiami, złapał za klamkę, zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz.
-Dobra!
Zarumienieni z emocji i dumni ze swego wyczynu, ruszyli z powrotem korytarzem, ale kiedy doszli do rogu, usłyszeli coś, co sprawiło, że serca im zamarły - wysoki, zduszony wrzask, który dochodził wyraźnie zza drzwi, które właśnie zamknęli.
-Och, nie... - wyjąkał Ron blady jak Krwawy Baron.
-To była łazienka dziewczyn! - wydyszał Harry.
-Hermiona! - powiedzieli jednocześnie.
Była to na pewno ostatnia rzecz, jaką teraz chcieli zrobić, ale nie mieli wyboru. Odwrócili się i popędzili z powrotem do owych drzwi, by przekręcić klucz w zamku. Drżąc ze strachu, Harry otworzył drzwi i wbiegli do środka. Hermiona Granger przywarła do ściany naprzeciw drzwi, wyglądając, jakby miała za chwilę zemdleć. Troll zbliżał się do niej, wyrywając po drodze krany.
-Trzeba go skołować! - powiedział Harry do Rona i schwyciwszy jeden z leżących na podłodze kranów, cisnął nim o ścianę.
Troll zatrzymał się kilka stóp od Hermiony. Rozejrzał się wokoło, mrugając głupio tępymi oczkami, żeby zobaczyć, co narobiło takiego hałasu. Zobaczył Harry'ego. Zawahał się, a potem ruszył ku niemu, podnosząc maczugę.
-Hej, ciastomózgi! - ryknął Ron z drugiej strony i rzucił w niego metalową rurą. Troll nawet nie poczuł, gdy rura trzasnęła go w ramię, ale posłyszał wrzask i znowu się zatrzymał, zwracając swój obrzydliwy pysk w stronę Rona. Harry wykorzystał to i obiegł go naokoło.
-Szybko, uciekaj! Biegiem! - wrzasnął Harry, próbując pociągnąć Hermionę w stronę drzwi, ale nie była w stanie się ruszyć, wciąż wciskała się w ścianę, otworzywszy szeroko usta w niemym okrzyku przerażenia.
Krzyki, odbijające się echem od ścian, doprowadziły trolla do szału. Ryknął i ruszył ku Ronowi, który był najbliżej i nie miał dokąd uciec.
Harry zrobił wówczas coś, co było bardzo odważne i bardzo głupie: rozpędził się i skoczył trollowi na plecy, oplatając ręce wokół jego szyi. Troll nie poczuł, że wisi na nim jakiś krasnoludek, ale nawet troll nie jest aż tak głupi, by nie zauważyć, że ktoś wsadza mu do nosa kawał długiego drewna, a Harry wciąż miał w ręku swoją różdżkę i kiedy skoczył, niechcący wepchnął ją trollowi w jedną z dziurek w nosie.
Wyjąc z bólu, troll wywinął młynka maczugą. Harry trzymał się go kurczowo, świadom, że jego życie wisi na włosku; w każdej chwili troll mógł go strząsnąć z siebie jednym ruchem albo roztrzaskać maczugą jak komara.
Hermiona osunęła się na podłogę. Ron wyciągnął swoją różdżkę i nie wiedząc, co robić, wykrzyknął pierwsze zaklęcie, jakie mu przyszło do głowy:
-Wingardium Leviosa!
Maczuga nagle wyrwała się z dłoni trolla, uniosła wysoko w powietrze, powoli obróciła i... opadła ze straszliwym trzaskiem na głowę swojego właściciela. Troll zachwiał się i runął na twarz z łoskotem, aż zadygotało całe pomieszczenie.
Harry wstał. Trząsł się cały i z trudem łapał powietrze. Ron wciąż stał z uniesioną różdżką, gapiąc się na to, co zrobił.
Pierwsza odzyskała głos Hermiona.
-Czy on... umarł?
-Chyba nie - odpowiedział Harry. - Chyba tylko został znokautowany.
Pochylił się i wyciągnął swoją różdżkę z nosa trolla. Cała była umazana czymś, co przypominało szary klej.
-Ueee... smarki trolla.
Wytarł ją o spodnie olbrzyma.
Nagle wszyscy troje poderwali głowy, słysząc głośny tupot i trzaskanie drzwi. Dopiero teraz zdali sobię sprawę, jakiego musieli narobić hałasu. W chwilę później do łazienki wpadła profesor McGonagall, za nią Snape, a na końcu Quirrell. Quirrell rzucił okiem na trolla, jęknął i szybko usiadł na jednym z sedesów, trzymając się kurczowo za serce.
Snape pochylił się nad trollem. Profesor McGonagall wpatrywała się w Harry'ego i Rona. Harry jeszcze nigdy nie widział jej tak rozwścieczonej. Miała zupełnie białe wargi. Pożegnał się z nadzieją na zdobycie pięćdziesięciu punktów dla Gryffindoru.
-Co wy sobie w ogóle myślicie? - zapytała profesor McGonagall z zimną furią w głosie. Harry spojrzał na Rona, który wciąż stał pośrodku z podniesioną różdżką. - Macie szczęście, że was nie pozabijał. Dlaczego nie jesteście w swoim dormitorium?
Snape przeszył Harry'ego wzrokiem. Harry wbił wzrok w podłogę. Bardzo chciał, żeby Ron wreszcie opuścił tę różdżkę.
Nagle z ciemnego kąta rozległ się cichy głos.
-Pani profesor... proszę... oni szukali mnie.
-Panna Granger!
Hermionie w końcu udało się stanąć na nogach.
-Ja... poszłam szukać tego trolla, bo... myślałam, że sama sobie z nim dam radę... no... bo przeczytałam o nich wszystko.
Ron opuścił różdżkę. Hermiona Granger łgająca nauczycielom jak najęta?
-Gdyby mnie nie znaleźli, już bym była martwa. Harry uderzył go różdżką w nos, a Ron znokautował go jego własną maczugą. Nie mieli czasu kogoś wezwać. Kiedy tu wpadli, on już chciał ze mną skończyć.
Harry i Ron starali się robić takie miny, jakby cała ta opowieść nie była dla nich nowością.
-No cóż... jeśli tak... - powiedziała profesor McGonagall, przypatrując im się po kolei. - Granger, ty głupia dziewczyno, skąd ci przyszło do głowy, że poradzisz sobie sama z górskim trollem?
Hermiona zwiesiła głowę. Harry'emu odebrało mowę. Hermiona była ostatnią osobą, która mogła zrobić coś sprzecznego z regulaminem szkolnym, a oto udawała, że to zrobiła, żeby wybawić ich z opresji. To tak, jakby Snape zaczął ich częstować cukierkami.
-Panno Granger, Gryffindor właśnie stracił przez to pięć punktów - oświadczyła profesor McGonagall. - Bardzo się na tobie zawiodłam, Granger. Jeśli nic ci się nie stało, maszeruj do wieży. Uczniowie kończą ucztę w swoich domach.
Hermiona wyszła.
Profesor McGonagall zwróciła się do Harry'ego i Rona.
-No cóż, mieliście dużo szczęścia, bo niewielu pierwszoroczniaków dałoby sobię radę z dorosłym górskim trollem. Każdy z was zarobił dla Gryffindoru po pięć punktów. Poinformuję o tym profesora Dumbledore'a. Możecie odejść.
Szybko wyszli z łazienki i nie odzywali się, póki nie wspięli się dwa piętra wyżej. Dopiero tu odetchnęli z ulgą, by uwolnili się od smrodu trolla i byli sami.
-Powinniśmy zarobić więcej niż dziesięć punktów - mruknął Ron.
-Pięć, bo drugie pięć już odjęła za Hermionę.
-Wybawiła nas z kłopotów, ale to chyba żadna łaska.
W końcu uratowaliśmy jej życie.
-Nie musiałby tego robić, gdybyśmy go tam nie zamknęli - przypomniał mu Harry.
Doszli do portretu Grubej Damy.
-Świński ryj - powiedzieli i przeszli przez dziurę.
W pokoju wspólnym był tłok i gwar. Wszyscy zajadali się świątecznymi potrawami, które tu przysłano. Tylko Hermiona czekała na nich samotnie przy drzwiach. Przez chwilę panowało niezręczne milczenie, a potem wszyscy troje powiedzieli "dzięki" i poszli po talerze.
Ale od tego czasu zaprzyjaźnili się z Hermioną. Są takie wydarzenia, które - przeżyte wspólnie - muszę się zakończyć przyjaźnią, a znokautowanie trzymetrowego trolla górskiego na pewno jest jednym z nich.
-To musi być albo bardzo cenne, albo bardzo niebezpieczne - powiedział Ron.
-Albo i jedno, i drugie.
Na razie wiedzieli jednak tylko, że to coś ma około dwóch cali długości i że nie mają szansy na odgadnięcie, co to jest, bez większej ilości danych.
Ani Neville, ani Hermiona nie okazywali najmniejszego zainteresowania tym, co mogło się znajdować za psem i pod klapą w podłodze. Neville był zainteresowany tylko jednym: żeby już nigdy nie zbliżyć się do korytarza na trzecim piętrze. Hermiona nie odzywała się do Harry'ego i Rona, ale robiła takie wszechwiedzące miny, że uznali to za okoliczność sprzyjającą. Teraz pragnęli znaleźć jakiś sposób, by odegrać się na Malfoyu o ku ich wielkiemu zadowoleniu możliwość taka pojawiła się tydzień później, wraz z poranną pocztą.
Kiedy sowy jak zwykle wleciały do Wielkiej Sali, uwagę wszystkich przykuł długi, wąski pakunek, niesiony aż przez sześć sówek. Harry tak jak inni był ciekaw, co może być w tej paczce i zdumiał się, kiedy sówki złożyły ją przed nim, zrzucając przy okazji na podłogę jego bekon. Zaledwie odleciały, inna sowa upuściła na paczkę list.
Harry najpierw rozerwał kopertę i dobrze zrobił, bo list głosił:
NIE OTWIERAJ PACZKI PRZY STOLE.
Jest w niej nowy Nimbus Dwa Tysiące, ale nie chcę, żeby wszyscy wiedzieli, że dostałeś miotłę, bo każdy też będzie chciał. Oliver Wood spotka się z tobą dziś na boisku quidditcha o siódmej wieczorem na pierwszym treningu.
Profesor M.McGonagall
Harry nie mógł ukryć radości, kiedy wręczył Ronowi liścik do przeczytania.
-Nimbus Dwa Tysiące! - jęknął z zazdrością Ron. - Nigdy nawet nie miałem go w rękach.
Szybko opuścili salę, pragnąc obejrzeć miotłę jeszcze przed pierwszą lekcją, ale drogę zagrodzili im Crabbe i Goyle. Malfoy wyrwał Harry'emu paczkę i pomacał ją.
-To miotła - powiedział i odrzucił paczkę Harry'emu z mieszaniną zazdrości i złości na twarzy. - Tym razem podpadłeś, Potter, pierwszoroczniakom nie wolno posiadać mioteł.
Ron nie mógł się powstrzymać.
-To nie jest jakaś stara miotła - powiedział. - To Nimbus Dwa Tysiące. Podobno masz Kometę Dwa Sześćdziesiąt, tak, Malfoy? - Wyszczerzył zęby do Harry'ego. - Komety są dość szybkie, ale o klasę gorsze od Nimbusów.
-A co ty o tym wiesz, Weasley, przecież nie stać cię nawet na pół kija - odwarknął Malfoy. - Założę się, że ty i twoi bracia musicie oszczędzać na każdą witkę osobno.
Zanim Ron zdążył mu coś odpowiedzieć, pojawił się profesor Flitwick.
-Chyba się nie kłócicie, co, chłopcy? - zaskrzeczał.
-Potterowi przysłano miotłę, panie profesorze - powiedział szybko Malfoy.
-Tak, tak, znakomicie - rzekł profesor Flitwick, uśmiechając się do Harry'ego. - Profesor McGonagall powiedziała mi o specjalnych okolicznościach, Potter. Co to za model?
-Nimbus Dwa Tysiące, panie profesorze - odpowiedział Harry, powstrzymując się, by nie wybuchnąć śmiechem na widok miny Malfoya. - A to wszystko dzięki Malfoyowi - dodał.
Harry i Ron podbiegli po schodach na górę, krztusząc się ze śmiechu.
-Bo to prawda - zarechotał Harry, kiedy już byli na szczycie marmurowych schodów. - Gdyby nie ukradł Neville'owi przypominajki, nie byłoby mnie w drużynie...
-Więc wydaje ci się, że to nagroda za łamanie regulaminu? - rozległ się pełen złości głos tuż za jego plecami.
To Hermiona wchodziła po schodach, spolądając z niesmakiem na paczkę w rękach Harry'ego.
-Myślałem, że się do nas nie odzywasz - powiedział Harry.
-Tak, tak, i nie przestawaj - dodał szybko Ron. - Tak się cieszyliśmy.
Hermiona pomaszerowała dalej, z nosem wycelowanym w sufit.
Tego dnia Harry miał duże kłopoty ze skupieniem myśli na lekcjach. Wciąż uciekały mu do dormitorium, gdzie pod łóżkiem leżała jego nowa miotła, albo pędziły na pole do quidditcha, gdzie wieczorem miał rozpocząć trening. Po lekcjach wchłonął szybko kolację, nie bardzo wiedząc, co połyka, i popędził z Ronem na górę, żeby rozwinąć Nimbusa Dwa Tysiące.
-Ojejku - westchnął Ron, kiedy miotła potoczyła się na łóżko Harry'ego.
Nawet Harry, który w ogóle nie znał się na miotłach, pomyślał, że naprawdę wygląda wspaniale. Smukła i lśniąca, z mahoniową rączką, miała długi ogon ze starannie dobranych, prostych witek, a tuż przy końcu rączki lśnił złoty napis: Nimbus Dwa Tysiące.
Przed siódmą Harry opuścił zamek i w gęstniejącym zmierzchu ruszył w stronę boiska do quidditcha. Jeszcze nigdy nie był na stadionie. Wokół boiska wznosiły się rzędy ławek, tak żeby widzowie dobrze widzieli, co się na nim dzieje. Po obu stronach tkwiły trzy złote tyczki zakończone pętlami. Harry'emu przypominały one małe, plastikowe patyczki, służące dzieciom mugoli do wdmuchiwania baniek, tyle że te miały z pięćdziesiąt stóp wysokości.
Harry tak się palił do latania, że nie czekając na Wooda, dosiadł swojej miotły i odepchnął się stopami od ziemi. Ach, cóż to było za uczucie! Krążył od bramki do bramki, a potem przyspieszał i opadał jak jastrząb na boisko. Nimbus Dwa Tysiące reagował na najlżejszy ruch i dotyk.
-Harry Potter! Na dół!
Przybył Oliver Wood. Pod pachą niósł drewnianą klatkę. Harry wylądował tuż obok niego.
-Świetnie - rzekł Wood, a oczy mu błyszczały. - No, teraz rozumiem, co miała na myśli McGonagall... naprawdę masz talent. Dzisiaj zapoznam cię z zasadami gry, a potem będziesz trzy razy w tygodniu ćwiczył z drużyną.
Otworzył klatkę. Wewnątrz były cztery kule różnej wielkości.
-No dobra - powiedział Wood. - Quidditch dość łatwo zrozumieć, nawet jeśli nie tak łatwo w niego grać. Po każdej stronie jest siedmiu graczy. Trzech z nich to ścigający.
-Trzech ścigających - powtórzył Harry, kiedy Wood wyjął z klatki jasnoczerwoną kulę wielkości piłki futbolowej.
-Ta kula nazywa się kaflem. Ścigajacy podają sobie kafla i starają się przeżucić go przez jedną z pętli, żeby zdobyć gola. Za każde przerzucenie kafla przez jedną z pętli zdobywa się dziesięć punktów. Wszystko jasne?
-Ścigający podają sobie kafla i przerzucają go przez jedną z pętli, by zdobyć punkty - wyrecytował Harry.
-Zatem... to jest coś w rodzaju koszykówki z sześcioma koszami, w którą gra się na miotłach, tak?
-Co to jest koszykówka? - zapytał Wood, wyraźnie zaintrygowany.
-Nieważne - odpowiedział szybko Harry.
-Teraz tak... W każdej drużynie jest jeden gracz, który nazywa się obrońcą... Ja jestem obrońcą Gryfonów.
Latam wokół słupków bramkowych i powstrzymuje przeciwników, żeby nie strzelili nam gola.
-Trzech ścigających, jeden obrońca - rzekł Harry, chcąc to wszystko zapamiętać. - I grają kaflem. W porządku, rozumiem. A te do czego służą? - Wskazał na trzy pozostałe kule wewnątrz skrzynki.
-Zaraz ci pokażę - rzekł Wood. - Weź to.
Wręczył Harry'emu niewielką pałkę, trochę krótszą od kija do bejsbolu.
-Pokażę ci, co robią tłuczki. Te dwie kule to tłuczki.
Pokazał Harry'emu dwie identyczne kule, czarne i lśniące, trochę mniejsze od czerwonego kafla. Harry zauważył, że drżą lekko, jakby chciały się uwolnić spod przytrzymujących je rzemieni i ulecieć z klatki.
-Cofnij się - ostrzegł go Wood. Pochylił się i uwolnił jedną kulę.
Czarna kula natychmiast wzniosła się w powietrze, a potem pomknęła ku twarzy Harry'ego. W ostatniej chwili odbił ją pałką, ratując nos przed złamaniem. Kula świsnęła zygzakiem w powietrze, zawirowała nad ich głowami i wystrzeliła w Wooda, który rzucił się na nią całym ciałem i przygwoździł do ziemi.
-Widziałeś? - wysapał Wood, wpychając tłuczka z powrotem do klatki i przymocowując go rzemieniem. - Tłuczki latają nad boiskiem, starając się zwalić graczy z mioteł. Dlatego każda drużyna ma po dwóch pałkarzy... w naszej są nimi Weasleyowie... Ich zadaniem jest obrona reszty swoich graczy przed tłuczkami i odbicie ich w stronę przeciwników. No to jak... wszystko jasne?
-Trzech ścigających stara się zdobyć punkty kaflem, obrońca broni słupków bramkowych, pałkarze chronią kolegów przed tłuczkami.
-Bardzo dobrze - pochwalił go Wood.
-Ee... czy tłuczki już kogoś zabiły? - zapytał Harry, mając nadzieję, że zabrzmiało to bardzo zdawkowo.
-W Hogwarcie nigdy. Było trochę połamanych szczęk, ale nic gorszego. A teraz posłuchaj. Ostatni członek drużyny nazywa się szukającym. To właśnie ty. Ciebie nie obchodzi kafel czy tłuczki...
-... chyba że rozwalą mi głowę.
-Nie martw się, Weasleyowie dają sobie radę z tłuczkami... zobaczysz, sami są jak para ludzkich tłuczków.
Wood sięgnął do klatki i wyjął czwartą kulę. W porównaniu z kaflem i tłuczkami była o wiele mniejsza, wielkości dużego orzecha włoskiego, złota, z maleńkimi srebrnymi skrzydełkami.
-To jest złoty znicz - oznajmił Wood - kula najważniejsza ze wszystkich czterech. Bardzo trudno ją złapać, bo jest szybka i trudna do zauważenia. Złapanie jej jest zadaniem szukającego. Musisz ją wyłowić spośród ścigających, pałkarzy, tłuczków i kafla, i złapać przed szukającym przeciwników, bo za złapanie jej zyskuje się dla swojej drużyny aż sto pięćdziesiąt punktów, co zwykle przesądza o wyniku meczu. Właśnie dlatego szukający są tak często faulowani. Mecz quidditcha kończy się z chwilą złapania znicza, więc może trwać bardzo długo... Rekord wynosił prawie trzy miesiące, tak że musieli wprowadzać zastępców, żeby gracze mogli się trochę przespać. No cóż, to chyba wszystko... Masz jakieś pytania?
Harry potrząsnął głową. Zrozumiał już wszystko, nawet to, że prawdziwym problemem jest opanowanie tego wszystkiego w praktyce.
-Nie będziemy dzisiaj ćwiczyć ze zniczem - rzekł Wood, ostrożnie umieszczając go w klatce. - Jest za ciemno, moglibyśmy go zgubić. Spróbujmy na razie z tymi.
Wyciągnął z kieszeni worek ze zwykłymi piłkami golfowymi i w chwilę później on i Harry byli już w powietrzu. Wood rzucał piłkami z całej siły i we wszystkie strony, a Harry musiał je łapać.
Harry wyłapał wszystkie piłki i Wood był zachwycony. Minęło pół godziny i zrobiło się ciemno, więc musieli skończyć.
-W tym roku na pucharze będzie nazwa naszej drużyny - powiedział uradowany Wood, kiedy wracali do zamku. - Wcale bym nie był zaskoczony, gdybyś okazał się lepszy od Charliego Weasleya, a on mógłby grać w reprezantacji Anglii, gdyby nie wyjechał polować na smoki.
Może z powodu nawału zajęć, bo teraz trenował quidditcha trzy razy w tygodniu, po odrobieniu masy zadań domowych, Harry zdumiał się, kiedy zdał sobię sprawę, że jest już w Hogwarcie pełne dwa miesiące. W zamku czuł się jak w domu, inaczej niż kiedykolwiek na Privet Drive. Teraz, kiedy już opanował podstawy, zajęcia też były coraz ciekawsze.
W dzień poprzedzający Noc Duchów obudził ich cudowny zapach pieczonej dyni, rozchodzący się po korytarzach. Mało tego, profesor Flitwick oznajmił im, że są już przygotowani do tego, by na ich rozkaz latały różne przedmioty, co stanowiło przedmiot ich marzeń od chwili, gdy na ich oczach sprawił, że ropucha Neville'a obleciała całą klasę. Flitwick podzielił ich na pary. Partnerem Harry'ego został Seamus Finnigan (co powitał z ulgą, bo Neville okropnie go rozpraszał). Ronowi trafiła się jednak Hermiona Granger. Trudno powiedzieć, które z nich było bardziej niezadowolone z tego powodu. Nie odzywała się do nich od dnia, w którym Harry dostał Nimbusa Dwa Tysiące.
-Proszę nie zapominać o tym lekkim ruchu nadgarstka, który tak długo ćwiczyliśmy! - zaskrzeczał profesor Flitwick, usadowiony jak zwykle na stosie książek. - Smagnąć i poderwać, pamiętajcie, smagnąć i poderwać! I wypowiadać zaklęcie dokładnie, to bardzo ważne... Nie zapominajcie o czarodzieju Baruffio, który źle wypowiedział spółgłoskę i znalazł się na podłodze, przygnieciony bawołem.
Było to bardzo trudne. Harry i Seamus smagali i podrywali, ale piórko, które mieli wysłać pod sufit, leżało sobie nadal na stoliku. Seamus tak się zniecierpliwił, że dotknął go różdżką, co spowodowało, że się zapaliło - Harry musiał ugasić mały pożar swoją tiarą.
Ronowi, przy sąsiednim stole też nic nie wychodziło.
-Wingardium Leviosa! - krzyczał raz po raz, wymachując ramionami jak wiatrak.
-Źle to wypowiadasz - prychnęła Hermiona. - Wing-gar-dium Levi-o-sa. "Gar" musi być melodyjne i długie.
-To zrób to sama, jak jesteś taka mądra - warknął Ron.
Hermiona podwinęła rękaw szaty, smagnęła różdżką i powiedziała:
-Wingardium Leviosa!
Piórko uniosło się i zawisło jakieś cztery stopy nad ich głowami.
-Wspaniale! - krzyknął profesor Flitwick, klaszcząc w dłonie. - Niech wszyscy popatrzą, pannie Granger się udało!
Ron był markotny do końca lekcji.
-Nic dziwnego, że nikt nie może jej znieść - powiedział do Harry'ego, kiedy przeciskali się przez zatłoczony korytarz. - Ona jest koszmarna, naprawdę.
Ktoś wpadł na Harry'ego w tłoku. Była to Hermiona. Harry zobaczył jej twarz - była zalana łzami.
-Chyba to usłyszała.
-No to co? - burknął Ron, ale wyraźnie się zmieszał. - Sama musiała zauważyć, że nie ma przyjaciół.
Hermiona nie pojawiła się na następnej lekcji i przez całe popołudnie nikt jej nie widział. Idąc do Wielkiej Sali na ucztę świąteczną, Harry i Ron podsłuchali, jak Parvati Patil opowiada swojej przyjaciółce Lavender, że Hermiona ryczy w łazience i nie chce nikogo widzieć. Ron jeszcze bardziej się zmieszał, ale chwilę później wkroczyli do Wielkiej Sali, gdzie na widok świątecznych dekoracji zapomnieli o Hermionie.
Ze ścian i sklepienia zwisało z tysiąc żywych nietoperzy, a drugie tysiąc śmigało ciemnymi chmarami nad stołami, powodując migotanie płomieni świec, osadzonych w dyniach. Tym razem potrawy pojawiły się na złotych półmiskach, tak jak podczas bankietu powitalnego.
Harry nakładał sobie właśnie wielkiego pieczonego ziemniaka, kiedy na salę wpadł biegiem profesor Quirrell w przekrzywionym turbanie i z przerażoną twarzą. Wszyscy zamilkli, wytrzeszczając oczy, a Quirrel dobiegł do krzesła profesora Dumbledore'a, oparł się o stół i wysapał:
-Troll... w lochach... uznałem, że powinien pan wiedzieć.
Wybuchło zamieszanie. Profesor Dumbledore musiał kilka razy wystrzelić purpurowe rakiety ze swojej różdżki, żeby uciszyć salę.
-Prefekci! - zagrzmiał. - Natychmiast zaprowadzić swoje domy do dormitoriów!
Percy był w swoim żywiole.
-Za mną! Pierwszoroczni, trzymać się razem! Nie musicie bać się trolli, jeśli będziecie wypełniać moje polecenia! Teraz trzymać się tuż za mną. Przejście, najpierw wychodzą pierwszoroczni! Przepraszam, jestem prefektem!
-Jak troll mógł się tu dostać? - zapytał Harry, kiedy szli po schodach.
-Mnie nie pytaj, trolle to naprawdę głupie stwory - odpowiedział Ron. - Może Irytek wpuścił go dla draki.
Po drodze mijali różne grupy, spieszące w różnych kierunkach. Kiedy przepychali się przez tłum przerażonych Puchonów, Harry nagle złapał Rona za łokieć.
-Pomyślałem sobie o... Hermionie.
-Że co?
-Ona nic nie wie o trollu.
Ron przygryzł wargę.
-No dobra... - burknął. - Ale lepiej niech Percy nas nie zauważy.
Pochylili głowy i przyłączyli się do Puchonów, zmierzających w inną stronę, przemknęli przez opustoszałą część korytarza i pobiegli do łazienki dziewczyn. Właśnie skręcili za róg korytarza, kiedy usłyszeli za sobą szybkie kroki.
-Percy! - syknął Ron, wciągając Harry'ego za wielkiego kamiennego gryfa.
Wyglądając ukradkiem zza posągu, zobaczyli jednak nie Percy'ego, lecz Snape'a. Przebiegł przez korytarz i zniknął im z oczu.
-Co on robi? - szepnął Harry. - Dlaczego nie jest w lochach razem z innymi nauczycielami?
-Żebym to ja wiedział.
Ruszyli za oddalającymi się krokami Snape'a, starając się iść jak najciszej.
-Ty, on idzie na trzecie piętro - szepnął Harry, ale Ron podniósł rękę.
-Czujesz coś?
Harry pociągnął nosem i poczuł zgniły odór, przywodzący na myśl stare skarpetki i ubikację, której nikt nie sprząta.
I wówczas to usłyszeli - głuche powarkiwanie i pacnięcia wielkich stóp. Ron pokazał palcem: na końcu korytarza po lewej stronie czerniało coś wielkiego, co szło w ich stronę. Przywarli do ściany znajdującej się w cieniu, i patrzyli, osłupiali, jak to coś wlazło w plamę księżycowego blasku.
Był to straszny, mrożący krew w żyłach widok. Wysoki na dwanaście stóp, o matowej, granitowoszarej skórze, o wielkim, niezdarnym cielsku przypominającym głaz, z małą, łysą głową sterczącą na czubku jak orzech kokosowy. Miał krótkie nogi, grube jak pniaki, z płaskimi, zrogowaciałymi stopami. Smród, jaki wydzielał, trudno było znieść. W ręku trzymał wielką maczugę, która wlokła się za nim, bo tak długie miał ramiona.
Troll zatrzymał się przy sąsiednich drzwiach i zajrzał do środka.
-Klucz jest w zamku - wybełkotał Harry. - Możemy go zamknąć.
-Dobry pomysł - odpowiedział nerwowo Ron.
Podsunęli się tuż do drzwi, wstrzymując oddechy i modląc się, by trollowi nie zachciało się wyjść. A potem Harry jednym skokiem stanął przed drzwiami, złapał za klamkę, zatrzasnął drzwi i przekręcił klucz.
-Dobra!
Zarumienieni z emocji i dumni ze swego wyczynu, ruszyli z powrotem korytarzem, ale kiedy doszli do rogu, usłyszeli coś, co sprawiło, że serca im zamarły - wysoki, zduszony wrzask, który dochodził wyraźnie zza drzwi, które właśnie zamknęli.
-Och, nie... - wyjąkał Ron blady jak Krwawy Baron.
-To była łazienka dziewczyn! - wydyszał Harry.
-Hermiona! - powiedzieli jednocześnie.
Była to na pewno ostatnia rzecz, jaką teraz chcieli zrobić, ale nie mieli wyboru. Odwrócili się i popędzili z powrotem do owych drzwi, by przekręcić klucz w zamku. Drżąc ze strachu, Harry otworzył drzwi i wbiegli do środka. Hermiona Granger przywarła do ściany naprzeciw drzwi, wyglądając, jakby miała za chwilę zemdleć. Troll zbliżał się do niej, wyrywając po drodze krany.
-Trzeba go skołować! - powiedział Harry do Rona i schwyciwszy jeden z leżących na podłodze kranów, cisnął nim o ścianę.
Troll zatrzymał się kilka stóp od Hermiony. Rozejrzał się wokoło, mrugając głupio tępymi oczkami, żeby zobaczyć, co narobiło takiego hałasu. Zobaczył Harry'ego. Zawahał się, a potem ruszył ku niemu, podnosząc maczugę.
-Hej, ciastomózgi! - ryknął Ron z drugiej strony i rzucił w niego metalową rurą. Troll nawet nie poczuł, gdy rura trzasnęła go w ramię, ale posłyszał wrzask i znowu się zatrzymał, zwracając swój obrzydliwy pysk w stronę Rona. Harry wykorzystał to i obiegł go naokoło.
-Szybko, uciekaj! Biegiem! - wrzasnął Harry, próbując pociągnąć Hermionę w stronę drzwi, ale nie była w stanie się ruszyć, wciąż wciskała się w ścianę, otworzywszy szeroko usta w niemym okrzyku przerażenia.
Krzyki, odbijające się echem od ścian, doprowadziły trolla do szału. Ryknął i ruszył ku Ronowi, który był najbliżej i nie miał dokąd uciec.
Harry zrobił wówczas coś, co było bardzo odważne i bardzo głupie: rozpędził się i skoczył trollowi na plecy, oplatając ręce wokół jego szyi. Troll nie poczuł, że wisi na nim jakiś krasnoludek, ale nawet troll nie jest aż tak głupi, by nie zauważyć, że ktoś wsadza mu do nosa kawał długiego drewna, a Harry wciąż miał w ręku swoją różdżkę i kiedy skoczył, niechcący wepchnął ją trollowi w jedną z dziurek w nosie.
Wyjąc z bólu, troll wywinął młynka maczugą. Harry trzymał się go kurczowo, świadom, że jego życie wisi na włosku; w każdej chwili troll mógł go strząsnąć z siebie jednym ruchem albo roztrzaskać maczugą jak komara.
Hermiona osunęła się na podłogę. Ron wyciągnął swoją różdżkę i nie wiedząc, co robić, wykrzyknął pierwsze zaklęcie, jakie mu przyszło do głowy:
-Wingardium Leviosa!
Maczuga nagle wyrwała się z dłoni trolla, uniosła wysoko w powietrze, powoli obróciła i... opadła ze straszliwym trzaskiem na głowę swojego właściciela. Troll zachwiał się i runął na twarz z łoskotem, aż zadygotało całe pomieszczenie.
Harry wstał. Trząsł się cały i z trudem łapał powietrze. Ron wciąż stał z uniesioną różdżką, gapiąc się na to, co zrobił.
Pierwsza odzyskała głos Hermiona.
-Czy on... umarł?
-Chyba nie - odpowiedział Harry. - Chyba tylko został znokautowany.
Pochylił się i wyciągnął swoją różdżkę z nosa trolla. Cała była umazana czymś, co przypominało szary klej.
-Ueee... smarki trolla.
Wytarł ją o spodnie olbrzyma.
Nagle wszyscy troje poderwali głowy, słysząc głośny tupot i trzaskanie drzwi. Dopiero teraz zdali sobię sprawę, jakiego musieli narobić hałasu. W chwilę później do łazienki wpadła profesor McGonagall, za nią Snape, a na końcu Quirrell. Quirrell rzucił okiem na trolla, jęknął i szybko usiadł na jednym z sedesów, trzymając się kurczowo za serce.
Snape pochylił się nad trollem. Profesor McGonagall wpatrywała się w Harry'ego i Rona. Harry jeszcze nigdy nie widział jej tak rozwścieczonej. Miała zupełnie białe wargi. Pożegnał się z nadzieją na zdobycie pięćdziesięciu punktów dla Gryffindoru.
-Co wy sobie w ogóle myślicie? - zapytała profesor McGonagall z zimną furią w głosie. Harry spojrzał na Rona, który wciąż stał pośrodku z podniesioną różdżką. - Macie szczęście, że was nie pozabijał. Dlaczego nie jesteście w swoim dormitorium?
Snape przeszył Harry'ego wzrokiem. Harry wbił wzrok w podłogę. Bardzo chciał, żeby Ron wreszcie opuścił tę różdżkę.
Nagle z ciemnego kąta rozległ się cichy głos.
-Pani profesor... proszę... oni szukali mnie.
-Panna Granger!
Hermionie w końcu udało się stanąć na nogach.
-Ja... poszłam szukać tego trolla, bo... myślałam, że sama sobie z nim dam radę... no... bo przeczytałam o nich wszystko.
Ron opuścił różdżkę. Hermiona Granger łgająca nauczycielom jak najęta?
-Gdyby mnie nie znaleźli, już bym była martwa. Harry uderzył go różdżką w nos, a Ron znokautował go jego własną maczugą. Nie mieli czasu kogoś wezwać. Kiedy tu wpadli, on już chciał ze mną skończyć.
Harry i Ron starali się robić takie miny, jakby cała ta opowieść nie była dla nich nowością.
-No cóż... jeśli tak... - powiedziała profesor McGonagall, przypatrując im się po kolei. - Granger, ty głupia dziewczyno, skąd ci przyszło do głowy, że poradzisz sobie sama z górskim trollem?
Hermiona zwiesiła głowę. Harry'emu odebrało mowę. Hermiona była ostatnią osobą, która mogła zrobić coś sprzecznego z regulaminem szkolnym, a oto udawała, że to zrobiła, żeby wybawić ich z opresji. To tak, jakby Snape zaczął ich częstować cukierkami.
-Panno Granger, Gryffindor właśnie stracił przez to pięć punktów - oświadczyła profesor McGonagall. - Bardzo się na tobie zawiodłam, Granger. Jeśli nic ci się nie stało, maszeruj do wieży. Uczniowie kończą ucztę w swoich domach.
Hermiona wyszła.
Profesor McGonagall zwróciła się do Harry'ego i Rona.
-No cóż, mieliście dużo szczęścia, bo niewielu pierwszoroczniaków dałoby sobię radę z dorosłym górskim trollem. Każdy z was zarobił dla Gryffindoru po pięć punktów. Poinformuję o tym profesora Dumbledore'a. Możecie odejść.
Szybko wyszli z łazienki i nie odzywali się, póki nie wspięli się dwa piętra wyżej. Dopiero tu odetchnęli z ulgą, by uwolnili się od smrodu trolla i byli sami.
-Powinniśmy zarobić więcej niż dziesięć punktów - mruknął Ron.
-Pięć, bo drugie pięć już odjęła za Hermionę.
-Wybawiła nas z kłopotów, ale to chyba żadna łaska.
W końcu uratowaliśmy jej życie.
-Nie musiałby tego robić, gdybyśmy go tam nie zamknęli - przypomniał mu Harry.
Doszli do portretu Grubej Damy.
-Świński ryj - powiedzieli i przeszli przez dziurę.
W pokoju wspólnym był tłok i gwar. Wszyscy zajadali się świątecznymi potrawami, które tu przysłano. Tylko Hermiona czekała na nich samotnie przy drzwiach. Przez chwilę panowało niezręczne milczenie, a potem wszyscy troje powiedzieli "dzięki" i poszli po talerze.
Ale od tego czasu zaprzyjaźnili się z Hermioną. Są takie wydarzenia, które - przeżyte wspólnie - muszę się zakończyć przyjaźnią, a znokautowanie trzymetrowego trolla górskiego na pewno jest jednym z nich.
piątek, 9 sierpnia 2013
Pojedynek o północy
Harry nigdy nie sądził, że spotka chłopca, którego znienawidził bardziej od Dudleya, ale zmienił zdanie, kiedy poznał Draco Malfoya. Pierwszoroczni Gryfoni mieli jednak razem ze Ślizgonami tylko lekcje eliksirów, więc nie był zbyt często narażony na jego towarzystwo. Tak przynajmniej było do dnia, w którym zobaczyli w swoim pokoju wspólnym na tablicy ogłoszeń komunikat powiadamiający ich, że od czwartku zaczną się lekcje latania i że Gryfoni będą je odbywać razem ze Ślizgonami. Wszyscy jęknęli.
-No tak - stwierdził ponuro Harry. - Zawsze o tym marzyłem. Żeby siedząc okrakiem na kiju od szczotki, zrobić z siebie głupca przed Malfoyem.
A z taką niecierpliwością wyczekiwał lekcji latania!
-A skąd wiesz, że zrobisz z siebie głupca? - zapytał rozsądnie Ron. - Wiem, że Malfoy wciąż opowiada, jaki to jest dobry w quidditchu, ale założę się, że to tylko puste przechwałki.
Malfoy istotnie wciąż mówił o lataniu. Uskarżał się głośno, że pierwszoroczniacy nigdy nie zasilają reprezentacji domów w quidditchu i opowiadał o sobie długie historie, które zawsze kończyły się jego udaną ucieczką pzed helikopterami mugoli. Ale nie tylko on: Seamus Finnigan twierdził, że całe dzieciństwo spędził, wałęsając się na miotle po okolicy. Nawet Ron opowiadał każdemu, kto zechciał go wysłuchać, jak lecąc na starej miotle Charliego, o mało nie wpadł na jakiś szybowiec. Wszyscy, którzy pochodzili z rodzin czarodziejskich, nieustannie rozmawiali o quidditchu. Ron zdążył już pokłócić się z Deanem Thomasem o piłkę nożną. Nie mógł zrozumieć, jak można się podniecać grą, w której jest tylko jedna piłka, a graczom nie pozwala się latać. Harry przyłapał kiedyś Rona na nakłuwaniu cyrklem plakatu Deana, przedstawiającego drużynę West Ham w akcji. Ron twierdził, że chciał po prostu zmusić piłkarzy do ruszenia się z miejsca.
Neville jeszcze nigdy nie siedział na kiju, ponieważ babka nie pozwalała mu się zbliżać do żadnej miotły. Harry uważał w duchu, że miała ku temu powody, bo Neville i tak miewał mnóstwo różnych wypadków, nawet nie odrywając stóp od ziemi.
Hermiona Granger również bardzo się denerwowała lataniem. Tego nie mogła się nauczyć na pamięć z książki, chociaż, rzecz jasna, próbowała. W czwartek, podczas śniadania, zanudzała ich mądrymi wskazówkami i radami, zaczerpniętymi z książki Quidditch przez wieki. Neville łowił chciwie każde jej słowo w nadziei, że dowie się czegoś, co mu się przyda, gdy po raz pierwszy dosiądzie miotły, ale wszyscy inni odetchnęli z ulgą, kiedy wykład Hermiony przerwało nadejście poczty.
Od czasu krótkiego liściku od Hagrida Harry nie dostał jeszcze żadnego listu, czego Malfoy nie omieszkał mu wytknąć. Sowa Malfoya wciąż mu przyniosła od rodziców paczki ze słodyczami, które otwierał łaskawie przy stole Ślizgonów.
Neville dostał małą paczuszkę od swojej babci. Otworzył niecierpliwie i pokazał wszystkim szklaną kulkę, która wyglądała, jakby ją napełniono białym dymem.
-To przypominajka! - wyjaśnił. - Babcia wie, że wciąż o czymś zapominam, a ta kulka daje znać, że czegoś zapomniało się zrobić. Zobaczcie, trzyma się ją mocno... o, tak... i jeśli zrobi się czerwona... - twarz mu się wydłużyła, bo przypominajka nagle zmieniła barwę na szkarłatną - to znaczy, że o czymś się zapomniało...
Neville próbował sobie przypomnieć, o czym zapomniał, kiedy Draco Malfoy, który właśnie przechodził koło ich stołu, wyrwał mu kulę z ręki.
Harry i Ron zerwali się na nogi. Już mieli rzucić się na Malfoya, kiedy pojawiła się profesor McGonagall, która zawsze potrafiła dostrzec, że coś się święci.
-Co tu się dzieje?
-Malfoy zabrał mi przypominajkę, pani profesor.
Malfoy rzucił mu jadowite spojrzenie i położył kulkę na stole.
-Chciałem tylko zobaczyć - powiedział i odszedł, a za nim, jak cienie, ruszyli Crabbe i Goyle.
Tego popołudnia, o trzeciej trzydzieści, Harry, Ron i inni Gryfoni zebrali się na wielkim trawniku przed zamkiem, aby odbyć pierwszą lekcję latania. Był słoneczny dzień, lekki wietrzyk mierzwił trawę pod ich stopami, kiedy schodzili łagodnym zboczem ku gładkiej, płaskiej łące, za którą majaczyła ciemna linia Zakazanego Lasu.
Ślizgoni już tam byli, a na ziemi leżało w równym rzędzie dwadzieścia mioteł. Harry słyszał, jak Fred i George Weasleyowie wybrzydzają na szkolne miotły, twierdząc, że niektóre z nich wpadają w wibracje, jeśli poleci się za wysoko, albo ściągają w lewo.
Pojawiła się ich nauczycielka, pani Hooch. Miała krótkie, szare włosy i żółte oczy jastrzębia.
-Na co czekacie? - przywitała ich opryskliwie. - Niech każdy stanie przy miotle. No, dalej, nie ociągać się!
Harry zerknął w dół na swoją miotłę. Wyglądała na starą; niektóre witki sterczały pod dziwnymi kątami.
-Wyciągnąć prawą rękę nad miotłą - zawołała pani Hooch - i powiedzieć "Do mnie"!
-DO MNIE! - wrzasnęli wszyscy.
Miotła Harry'ego natychmiast podskoczyła do jego ręki, ale był jednym z niewielu, którym to się udało. Miotła Hermiony Granger potoczyła się po trawie, a miotła Neville'a ani drgnęła. Harry pomyślał, że może miotły, tak jak konie, wyczuwają, kiedy ktoś się boi; w głosie Neville'a wyczuwało się lekkie drżenie, po którym można było wyraźnie poznać, że wolałby nie odrywać stóp od ziemi.
Pani Hooch pokazała im, jak dosiąść miotły, żeby się z niej nie ześlizgnąć, a następnie przeszła wzdłuż szeregów, poprawiając pozycję i chwyty. Harry i Ron ucieszyli się, kiedy powiedziała Malfoyowi, że źle to robi.
-Uwaga! Kiedy usłyszycie gwizdek, odepchniecie się mocno nogami od ziemi! Utrzymujcie miotły w równowadze, wznieście się na kilka stóp i lądujcie, wychylając się lekko do przodu. Na mój gwizdek... trzy... dwa...
Neville, zbyt przerażony perspektywą oderwania się od ziemi, poszybował w powietrze, zanim pani Hooch przytknęła gwizdek do warg.
-Wracaj! - krzyknęła, ale Neville leciał prosto w górę jak korek wystrzelony z butelki... dwanaście stóp... dwadzieścia stóp. Harry zobaczył jego białą twarz, przerażone spojrzenie wbite w uciekającą ziemię, otwarte usta, przechylenie tułowia w jedną stronę, w drugą, i...
ŁUP! Rozległo się głuche, nieprzyjemne łupnięcie i Neville leżał już w trawie jak worek kartofli. Jego miotła nadal wznosiła się w górę, potem skręciła leniwie ku Zakazanemu Lasowi i znikła im z oczu.
Pani Hooch pochylała się nad chłopcem blada jak on.
-Złamany nadgarstek - mruknęła. - No, chłopcze... nic ci nie będzie, wstawaj.
Wyprostowała się i zwróciła do całej klasy.
-Zabieram tego chłopca do skrzydła szpitalnego. Niech nikt nie waży się ruszyć z miejsca, zanim nie wrócę! Wystarczy, że któreś z was dotknie miotły, a wyleci z Hogwartu, zanim zdąży wypowiedzieć "quidditch". No, chodź, kochaneczku.
Neville, ze łzami na policzkach, ściskając się za nadgarstek, powlókł się przez trawę, objęty jej ramieniem.
Gdy tylko się oddalili, Malfoy wybuchnął głośnym śmiechem.
-Widzieliście jego twarz? Jak kawał białej plasteliny!
Ślizgoni uznali to za świetny dowcip.
-Zamknij się, Malfoy - warknęła Parvati Patil.
-Co, bronisz Longbottoma? - zapytała kpiącym tonem Pansy Parkinson, jedna ze ślizgońskich dziewczyn. - Nigdy bym nie pomyślała, Parvati, że lubisz takie małe, tłuste, rozmazane maluchy.
-Zobaczcie! - krzyknął Malfoy, podbiegając i podnosząc coś z trawy. - To ta głupia zabawka, którą mu przysłała babcia.
W jego ręku błysnęła przypominajka.
-Oddaj to, Malfoy - powiedział cicho Harry. Wszyscy zamilkli.
Malfoy uśmiechnął się drwiąco.
-Chyba ją tutaj gdzieś zostawię, żeby Longbottom mógł ją znaleźć... Na przykład... na drzewie.
-Oddaj ją! - ryknął Harry, ale Malfoy wskoczył na swoją miotłę i odbił się od ziemi. Nie kłamał, naprawdę umiał latać, i to całkiem nieźle. Podleciał aż do korony wielkiego dębu i zawołał:
-No, Potter, weź ją sobię!
Harry chwycił miotłę.
-Nie! - krzyknęła Hermiona Granger. - Pani Hoch mówiła, żebyśmy się nie ruszali z miejsca... Wszyscy będziemy mieli przez ciebie kłopoty!
Harry nie dbał o to. Krew pulsowała mu głośno w uszach. Dosiadł miotły i odepchnął się mocno od ziemi. Wystrzelił w powietrze jak pocisk; pęd rozwiał mu włosy, a szata łopotała za nim jak żagiel. Poczuł gwałtowny przypływ dzikiej radości - uświadomił sobie, że robi coś, czego nigdy się nie uczył, że to bardzo łatwe i... cudowne. Zadarł lekko kij, żeby wznieść się jeszcze wyżej, a z ziemi usłyszał podniecone wrzaski dziewczyn i donośny okrzyk podziwu Rona.
Zakręcił ostro, ustawiając się przodem do Malfoya. Malfoy miał dość głupi wyraz twarzy.
-Oddaj ją! - zawołał Harry - albo zrzucę cię z miotły!
-Tak? - odpowiedział Malfoy, starając się drwiąco uśmiechnąć, ale nie bardzo mu to wyszło.
W jakiś sposób Harry wiedział, co zrobić. Wychylił się do przodu, zacisnął obie dłonie na kiju i wystrzelił ku Malfoyowi jak oszczep. Malfoy w ostatniej chwili usunął się z drogi; Harry zakręcił ostro w miejscu i zatrzymał miotłę. Z dołu doleciały oklaski.
-Nie ma tu twoich goryli, Malfoy, nikt cię nie obroni! Zaraz skręcisz kark! - zawołał Harry.
Najwyraźniej do Malfoya też to dotarło.
-Więc złap ją, jeśli potrafisz! - krzyknął i cisnął szklaną kulkę wysoko w powietrze, a sam poszybował ku ziemi.
Harry zobaczył - jak na zwolnionym filmie - że kulka wznosi się, skierował koniec miotły ostro w dół i w następnej chwili poszybował za spadającą kulką z zawrotną szybkością. Powietrze gwizdało mu w uszach, mieszając się z wrzaskami obserwujących to kolegów... wyciągnął rękę... schwycił kulkę zaledwie o stopę nad ziemią, poderwał miotłę i wylądował miękko na trawie, z przypominajką w ręku.
-HARRY POTTER!
Serce zabiło mu jeszcze szybciej niż przed chwilą, kiedy nurkował w powietrzu. Zobaczył biegnącą ku nim profesor McGonagall. Staną na nogach, drżąc ze strachu.
-Jeszcze nigdy... póki jestem w Hogwarcie... - Profesor McGonagall miała wyraźnie trudności z mówieniem, a jej okulary płonęły niepokojącym blaskiem. - Jak śmiałeś... mogłeś sobię skrcić kark...
-To nie jego wina, pani profesor...
-Cicho bądź, Patil...
-Ale Malfoy...
-Dosyć, panie Weasley! Potter, za mną.
Harry zdążył dostrzec triumfalne uśmiechy na twarzach Malfoya, Crabbe'a i Goyle'a i ruszył za profesor McGonagall, zmierzającą wielkimi krokami do zamku. Wiedział, że za chwile wyleci ze szkoły. Chciał coś powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, ale nie mógł wydobyć głosu. Profesor McGonagall szła, nie oglądając się na niego, a szła tak szybko, że musiał biec, żeby dotrzymać kroku. No i po wszystkim. Nie wytrwał nawet dwóch tygodni. Za dziesięć minut będzie już spakowany. Co powiedzą Dursleyowie, jak go zobaczą na progu domu?
Wspięli się po schodach wejściowych, potem po marmurowych wewnętrznych, a profesor McGonagall nie odezwała się do niego ani jednym słowem. Otwierała z trzaskiem drzwi i mijała korytarz za korytarzem, a Harry biegł za nią truchtem, pogrążony w czarnych myślach. Może prowadzi go do Dumbledore'a? Pomyślał o Hagridzie: jego też wyrzucili, ale pozwolili mu zostać i zrobili gajowym. Może mógłby być jego pomocnikiem? Poczuł niemiły ucisk w brzuchu, gdy sobie to wyobraził: Ron i inni zostają czarodziejami, a on włóczy się po parku, nosząc torbę za Hagridem.
Profesor McGonagall zatrzymała się przy drzwiach jednej z klas. Otworzyła drzwi i zajrzała do środka.
-Przepraszam, profesorze Flitwick, czy mogę na chwilę zabrać Wooda?
Wood? A co to takiego? Może jakieś narzędzie do chłosty?
Ale Wood okazał się osobą - tęgim młodzieńcem z piątego roku, który wyszedł z klasy profesora Flitwicka z niepewną miną.
-Obaj za mną - rzuciła profesor McGonagall, więc pomaszerowali za nią korytarzem. Wood przyglądał się Harry'emu z ciekawością.
-Tutaj. - Wprowadziła ich go jakiejś klasy, zupełnie pustej, jeśli nie liczyć Irytka, który wypisywał na tablicy sprośne słowa.
-Iryt, wynocha! - warknęła.
Irytek wrzucił krędę do blaszanego kosza na śmieci, robiąc przy tym sporo hałasu, i wyszedł z klasy, głośno przeklinając. Profesor McGonagall zatrzasnęła za nim drzwi i odwróciła się do dwóch chłopców.
-Potter, to jest Oliver Wood. Wood... znalazłam ci szukającego.
Wood cały się rozpromienił.
-Poważnie, pani profesor?
-Absolutnie. Ten chłopiec to urodzony szukający. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Potter, pierwszy raz siedziałeś na miotle?
Harry kiwnął głową w milczeniu. Nie miał zielonego pojęcia, o co chodzi, ale wszystko wskazywało na to, że nie wyrzucają go ze szkoły. Powoli odzyskiwał czucie w nogach.
-Złapał małą kulkę, nurkując za nią z wysokości pięćdziesięciu stóp - oznajmiła profesor McGonagall. - I nawet się nie zadrasnął. Nawet Charlie Weasley nie dokonałby czegoś takiego.
Wood wyglądał teraz tak, jakby nagle ziściły się wszystkie jego marzenia.
-Potter, widziałeś już mecz quidditcha? - zapytał podnieconym tonem.
-Wood jest kapitanem drużyny Gryfonów - wyjaśniła profesor McGonagall.
-Zbudowany jak należy - rzekł Wood, obchodząc Harry'ego i przyglądając mu się uważnie. - Lekki... szybki... trzeba będzie dać mu przyzwoitą miotłę, pani profesor... Myślę, że Nimbusa Dwa Tysiące albo Siódemkę Zmiatacza.
-Porozmawiam z profesorem Dumbledore'em i zobaczymy, czy da się trochę nagiąć przepisy. Musimy mieć o wiele lepszą drużynę niż w zeszłym roku. W ostatnim meczu Ślizgoni po prostu nas zmiażdżyli, przez parę tygodni nie mogłam spojrzeć Severusowi Snape'owi w oczy...
Spojrzała surowo na Harry'ego znad okularów.
-Tylko żebyś mi się wziął ostro za trenowanie, Potter, bo mogę jeszcze zastanowić się nad karą za ten wybryk.
A potem nagle uśmiechnęła się.
-Twój ojciec byłby z ciebie dumny - powiedziała. - Sam był znakomitym graczem.
-Żartujesz.
Siedzieli przy obiedzie. Harry kończył opowiadać Ronowi, co się stało, kiedy profesor McGonagall zaprowadziła go do zamku. Ron podnosił właśnie do ust widelec z kawałkiem steku, ale zapomniał o tym i ręka zamarła mu w powietrzu.
-Szukający? Daj spokój, pierwszoroczniacy nigdy... Słuchaj, byłbyś chyba najmłodszym graczem w...
-...w tym stuleciu - skończył Harry, wkładając sobie do ust kawał strudla. Po tych wszystkich przejściach był wściekle głodny. - Wood mi powiedział.
Ron był tak wstrząśnięty, że po prostu siedział i gapił się na Harry'ego.
-W przyszłym tygodniu zaczynam trenować - oznajmił Harry. - Tylko nie mów nikomu. Wood chce utrzymać to w tajmnicy.
Weszli Fred i George Weasleyowie, zobaczyli Harry'ego i natychmiast do niego podeszli.
-Dobra robota - powiedział cicho George. - Wood nam powiedział. My też jesteśmy w drużynie... jako napastnicy.
-Mówię wam, w tym roku zdobywamy puchar - powiedział Fred. - Straciliśmy go, kiedy odszedł Charlie, ale w tym roku będziemy mieć superdrużynę. Musisz być naprawdę dobry, Harry, Wood aż podskakiwał, jak nam o tym mówił.
-No dobra, idziemy. Lee Jordan twierdzi, że znalazł nowe tajne wyjście ze szkoły.
-Założę się, że chodzi mu o to samo, które znaleźliśmy rok temu. Wiesz, to za posągiem Grzegorza Przymilnego.
Zaledwie odeszli, gdy pojawił się ktoś o wiele mniej pożądany; Malfoy w towarzystwie swoich goryli.
-Co, zjadłeś już swój ostatni obiadek, Potter? O której masz pociąg powrotny do świata mugoli?
-Widzę, że teraz, na ziemi i w towarzystwie swoich małych koleżków, wróciła ci odwaga - odpowiedział chłodno Harry.
Oczywiście o Crabbe i Goyle'u wszystko można było powiedzieć, tylko nie że są mali, ale za stołem nauczycielskim siedziało mnóstwo osób i trójka Ślizgonów mogła tylko zaciskać pięści i rzucać wściekłe spojrzenia.
-Mogę w każdej chwili sam się z tobą zmierzyć - powiedział Malfoy. - Dziś w nocy, jeśli chcesz. Pojedynek czarodziejów. Tylko różdżki, bez kontaku. Co jest? Nigdy nie słyszałeś o pojedynku czarodziejów?
-Pewnie, że słyszał - powiedział Ron, odwracając się do niego. - Ja jestem jego sekundantem, a kto jest twoim?
Malfoy zmierzył wzrokiem Crabbe'a, a potem Goyle'a.
-Crabbe - oświadczył. - O północy, pasuje wam? Spotkamy się w Izbie Pamięci, zawsze jest otwarta.
Kiedy Malfoy odszedł, Ron i Harry wymienili spojrzenia.
-Ron, co to jest pojedynek czarodziejów? - zapytał Harry. - I o co chodzi z tym sekundantem?
-No... sekundant zastępuje walczącego, jeśli ten polegnie - odpowiedział Ron, zabierając się do swojego zimnego już strudla. Zerknął na Harry'ego i dodał szybko - Ale ludzie giną tylko w prawdziwych pojedynkach, no wiesz, z prawdziwymi czarodziejami. Ty i Malfoy możecie najwyżej strzelić w siebie paroma iskrami. Przecież żaden z was nie zna się na magii na tyle, by zrobić drugiemu krzywdę. W każdym razie na pewno myślał, że nie przyjmiesz wyzwania.
-A co będzie, jeśli machnę różdżką i nic się nie stanie?
-Ja wiem? Może ją żucisz i rąbniesz go w nos - zaproponował Ron.
-Przepraszam.
Oboje spojrzeli w górę i zobaczyli Hermionę Granger.
-Czy już nie można zjeść spokojnie obiadu? - zapytał Ron.
Hermiona zlekceważyła go i zwróciła się do Harry'ego.
-Niechcący usłyszałam, o czym rozmawiałeś z Malfoyem...
-Założę się, że bardzo chcący - mruknął Ron.
-I chcę ci przypomnieć, że nie możesz chodzić po szkole w nocy, sam pomyśl, ile punktów straci przez ciebie Gryffindor, jak cię złapią, a złapią na pewno.
To naprawdę bardzo egoistyczna postawa.
-A ty naprawdę nie powinnaś się wtrącać w bardzo nie swoje sprawy - odpowiedział Harry.
-Do widzenia - dodał Ron.
Mimo wszystko trudno to nazwać w pełni szczęśliwym zakończeniem tego obfitującego w wydarzenia dnia, myślał Harry, wsłuchując się w równe oddechy Deana i Seamusa (Neville został w skrzydle szpitalnym). Ron przez cały wieczór udzielał mu rad w rodzaju: "Jak spróbuje rzucić jakieś zaklęcie, lepiej zrób unik, bo nie pamiętam, jak się je blokuje". Istniało duże prawdopodobieństwo, że zostaną przyłapani przez Filcha albo Panią Norris i Harry czuł, że sam kusi los, łamiąc kolejny punkt regulaminu szkolnego w jednym dniu. Z drugiej strony, widział wciąż w ciemności drwiący uśmiech Malfoya, a nadarzała się rzadka szansa, by zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Nie mógł jej zmarnować.
-Pół do dwunastej - mruknął w końcu Ron. - Trzeba iść.
Założyli szlafroki, wzięli różdżki i wymknęli się z dormitorium. Zeszli spiralnymi schodami na dół, do pokoju wspólnego. Na kominku jeszcze się żarzyło kilka węgielków, a ich słaby blask zamieniał fotele w ciemne, przygarbione postacie gnomów. Byli już prawie przy dziurze za portretem, kiedy z najbliższego fotela odezwał się głos:
-Nie mogę uwierzyć, że jednak to robisz, Harry.
Błysnął płomyk lampy. Hermoina Granger, w różowej koszuli nocnej, patrzyła na nich z wyrzutem.
-To ty! - syknął Ron zduszonym głosem. - Wracaj do łóżka!
-Już chciałam powiedzieć twojemu bratu, Percy'emu, jest prefektem i na pewno by was powstrzymał.
Harry nie mógł uwierzyć, że ktoś może być tak wścibski i namolny.
-Idziemy - powiedział Ron. Nacisnął portret Grubej Damy i przelazł przez dziurę w obrazie.
Hermiony nie można było jednak pozbyć się tak łatwo.
Przelazła przez otwór za Ronem, sycząc na nich jak rozwścieczona gęś.
-Myślicie tylko o sobie, może byście pomyśleli o Gryffindorze... nie chce, żeby Slytherin zdobył Puchar Domów, a przez was stracimy wszystkie punkty, które zdobyłam u McGonagall za zaklęcia świetlne...
-Zjeżdżaj.
-Dobra, ale pamiętajcie, że was ostrzegłam, po prostu przypomnijcie sobie o tym, jak będziecie jutro siedzieć w pociągu... naprawdę, jesteście tacy..
Nie dowiedzieli się jednak, jacy są. Hermiona odwróciła się w stronę portretu Grubej Damy, żeby wyjść z powrotem i stwierdziła, że patrzy na puste płótno. Gruba Dama wybrała się z jakąś nocną wizytą i Hermiona została uwięziona w wieży Gryffindoru.
-No i co mam teraz zrobić? - zapytała piskliwym głosem.
-To już twój problem - odpowiedział Ron. - My musimy iść, bo się spóźnimy.
Nie zdążyli dojść do końca korytarza, kiedy ich dogoniła.
-Idę z wami - oznajmiła.
-Nie idziesz.
-A co, myślicie, że będę tam stała i czekała na Filcha? Jak nas wszystkich złapie, to powiem prawdę, że próbowałam was zatrzymać, a wy to możecie potwierdzić.
-No nie, jesteś naprawdę bezczelna... - powiedział głośno Ron.
-Zamknijcie się oboje! - szepnął ostro Harry. - Coś słyszałem.
Teraz wszyscy troje usłyszeli jakieś sapanie.
-Pani Norris? - wyszeptał Ron, wpatrując się w ciemność.
To nie była Pani Norris. To był Neville. Leżał, zwinięty w kłębek, na podłodze i spał w najlepsze, ale wzdrygnął się i otworzył oczy, kiedy podeszli bliżej.
-Jak to dobrze, że mnie znaleźliście! Siedzę tu od kilku godzin, zapomniałem nowego hasła i nie mogę wrócić do łóżka.
-Neville, mów ciszej, dobra? Hasło brzmi "Świński ryj", ale i tak by ci nie pomogło, bo Gruba Dama dokądś sobie poszła.
-Jak tam twoja ręka? - zapytał Harry.
-W porządku - odpowiedział Neville, pokazując im rękę. - Pani Pomfrey nastawiła mi ją w ciągu minuty.
-Dobra... ale słuchaj, Neville, musimy coś załatwić, zobaczymy się później...
-Nie zostawiajcie mnie! - zawołał Neville zduszonym głosem, zrywając się na równe nogi. - Nie zostanę tu sam... Krwawy Baron przechodził już dwa razy.
Ron zerknął na zegarek i popatrzył ze złością najpierw na Hermionę, a potem na Neville'a.
-Słuchajcie, jeśli wpadniemy przez któreś z was, nie spocznę, dopóki nie nauczę się tej Klątwy Upiorów, o której mówił nam Quirrel, i użyję jej wobec was.
Hermiona już otworzyła usta, prawdopodobnie chcąc Ronowi powiedzieć, jak się używa Klątwy Upiorów, ale Harry syknął na nią, by milczała, i wszyscy czworo ruszyli naprzód.
Przemykali się korytarzami pociętymi pasmami księżycowego blasku sączącego się z wysokich okien. Za każdym zakrętem Harry spodziewał się wpaść na Filcha albo Panią Norris, ale mieli szczęście. Wbiegli po schodach na trzecie piętro i na palcach weszli do Izby Pamięci.
Malfoya i Crabbe'a jeszcze nie było. Kryształowe szkatułki migotały w świetle księżyca. Puchary, tarcze, talerze i statuetki pobłyskiwały srebrem i złotem w ciemności. Przywarli do ściany, wpatrując się raz w jedne, raz w drugie drzwi po obu stronach sali. Harry wyjął różdżkę na wypadek, gdyby Malfoy nagle wbiegł i od razu zaczął pojedynek. Minuty pełzły powoli.
-Spóźnia się, może stchórzył - szepnął Ron.
Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł jakiś odgłos. Wszyscy podskoczyli. Harry już podniósł różdżkę, gdy usłyszeli czyjś głos - i nie był to głos Malfoya.
-Rozejrzyj się, moja kochana, mogą siedzieć gdzieś w ciemnym kącie.
To był Filch, a przemawiał do Pani Norris. Ogarnięty paniką Harry machnął na resztę i zaczął się skradać do drzwi, byle dalej od głosu Filcha. Ledwo szata Neville'a zniknęła za drzwiami, kiedy usłyszeli, że Filch wchodzi do Izby Pamięci.
-Muszą tu gdzieś być - rozległ się jego głos. - Pewno się ukrywają.
-Tędy! - szepnął Harry i ruszyli długą galerią, obstawioną zbrojami. Filch był coraz bliżej. Neville nagle wydał z siebie zduszony pisk i zaczął biec, potknął się, złapał Harry'ego wpół i obaj wpadli prosto na stojącą zbroję.
Łoskot był tak straszny, że wystarczył, by obudzić cały zamek.
-BIEGIEM! - ryknął Harry i cała czwórka pognała, nie oglądając się za siebie. Przelecieli przez wejście do galerii popędzili korytarzami, Harry na przedzie, nie mając zielonego pojęcia, dokąd biegną. Przedarli się przez jakąś tkaninę ścienną, przebiegli przez jakieś tajne przejście, o którego istnieniu dotąd nie wiedzieli, i wyszli tuż obok pracowni zaklęć - a więc w zupełnie innej części zamku.
-Chyba go zgubiliśmy - wysapał Harry, opierając się o zimną ścianę i ocierając czoło. Neville, zgięty w pół, rzęził i pluł.
-Mówiłam... mówiłam - wydyszała Hermiona, przyciskając rękę do piersi. - Mówiłam...
-Musimy jakoś wrócić do naszej wieży - powiedział Ron - a im szybciej, tym lepiej.
-Malfoy zrobił z ciebie balona. - Hermiona zwróciła się do Harry'ego. - Chyba to do ciebie dotarło, co? W ogóle nie miał zamiaru pojedynkować się z tobą... Filch wiedział, że coś ma być w Izbie Pamięci... to Malfoy musiał dać mu cynk.
Harry pomyślał, że to bardzo prawdopodobne, ale nie zamierzał przyznać jej racji.
-Idziemy.
Ale nie było to takie proste. Przeszli zaledwie z tuzin kroków, kiedy szczęknęła klamka i coś wystrzeliło z klasy prosto na nich.
Był to Irytek. Na ich widok zakwiczał z radości.
-Zamknij się, Irytku... naprawdę... przez ciebie wylecimy ze szkoły.
Irytek zacmokał.
-Spacerujemy sobie po nocy, co? Tiu-tiu-tiu, maluchy, nie wolno, nie... Niegrzeczne maluszki, złapią was za uszki.
-Tylko wtedy, jak nas wydasz. Irytku, prosimy...
-Powinienem powiedzieć Filchowi - oświadczył Irytek niewinnym głosem, a w jego oczach płonęła czysta podłość. - Sami wiecie, że to dla waszego dobra.
-Zjeżdżaj! - warknął Ron i zamachnął się na niego.
Był to poważny błąd.
-UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ! UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ I SĄ NA KORYTARZU PRZY PRACOWNI ZAKLĘĆ!
Zanurkowali pod Irytkiem i puścili się biegiem do drzwi na końcu korytarza. Były zamknięte na amen.
-To już koniec! - jęknął Ron, napierając na drzwi. - Jesteśmy ugotowani! To koniec!
Usłyszeli kroki nadbiegającego Filcha.
-Och, odejdźcie, szybko! - krzyknęła Hermiona.
Wyrwała Harry'emu różdżkę z ręki, stuknęła nią w zamek i szepnęła:
-Alohomora!
Zamek szczęknął i drzwi same się otworzyły. Przebiegli przez nie i zatrzasnęli za sobą, a potem przyłożyli do nich uszy, nasłuchując.
-Którędy poszli, Irytku? - rozległ się głos Filcha. - No, szybciej, mów!
-Powiedz: "proszę".
-Nie przekomarzaj się ze mną, tylko gadaj, którędy poszli!
-Powiem ci to, jak powiesz:"proszę" - odrzekł Irytek swoim nudnym, śpiewnym głosem.
-No dobrze... proszę.
-TO! Ha-ha-haaa! Przecież ci powiedziałem, że powiem ci TO! Ha-ha! Ha-ha-haaaaa!
Usłyszeli oddalające się kroki i soczyste przekleństwa Filcha.
-On myśli, że drzwi są zamknięte - wyszeptał Harry. - Chyba nam się uda... odczep się, Neville! - Neville od minuty ciągnął go za rękaw szlafroka. - No co?
Harry odwrócił się i bardzo wyraźnie zobaczył CO. Przez chwilę nie był pewien, czy to nie koszmar senny - tego już było po prostu za wiele, po tym wszystkim, co do tej pory się wydarzyło.
Nie byli w żadnym pokoju, w żadnej komnacie czy klasie. Byli w korytarzu. W zakazanym korytarzu na trzecim piętrze. I teraz już wiedzieli, dlaczego jest zakazany.
Patrzyli prosto w ślepia monstrualnego psa - psa, który wypełniał całą przestrzeń między sufitem a podłogą. Pies miał trzy głowy. Trzy pary wytrzeszczonych, wściekłych oczu, trzy nosy, dygocące i marszczące się w ich stronę, trzy potworne pyski o żółtych kłach, z których wisiały strąki śliny.
Stał nieruchomo, wpatrując się w nich sześcioma oczami, i Harry zrozumiał, że jedyną przyczyną, dla której jeszcze żyli, było zaskoczenie ich nagłym pojawieniem się za tymi drzwiami, ale to zaskoczenie już mijało, co można było poznać po narastającym głuchym warczeniu.
Harry wymacał klamkę - mając do wyboru pewną śmierć i Filcha, wybrał Filcha.
Rzucili się do tyłu, Harry zatrzasnął drzwi, a potem popędzili - prawie polecieli jak na miotłach - mrocznym korytarzem. Filch musiał odejść, żeby szukać ich gdzie indziej, bo nigdzie go nie było, ale i tak w ogóle o to nie dbali - chcieli tylko być jak najdalej od trójgłowego potwora. Nie zatrzymali się, póki nie dobiegli do portretu Grubej Damy na siódmym piętrze.
-A gdzie wy, na miłość boską, byliście? - zapytała, patrząc na ich szlafroki, ledwo trzymające się na ramionach, i różowe, spocone twarze.
-Nieważne... świński ryj, świński ryj - wydyszał Harry, a portret wysunął się do przodu. Przeleźli przez dziurę do pokoju wspólnego i padli, rozdygotani, na fotele.
-Co oni sobie myślą, trzymając coś takiego w szkole? - odezwał się w końcu Ron. - W ciasnym korytarzu? Ten pies potrzebuje jakiegoś wybiegu.
Hermiona odzyskała już oddech i zły humor.
-Nie macie oczu? - warknęła. - Nie widzieliście, na czym on stał?
-Może na podłodze? - zapytał drwiąco Harry. - Nie patrzyłem mu pod łapy, byłem zajęty jego głowami.
-Nie, nie na podłodze. Stał na jakiejś klapie. Najwyraźniej czegoś pilnuje.
Wstała, obrzucając ich wściekłym spojrzeniem.
-Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni. Mogliśmy wszyscy zginąć... albo zostać wyrzuceni ze szkoły. A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko temu, pójdę do łóżka.
Ron spojrzał na nią, usta miał otwarte.
-Nie, nie mamy nic przeciwko temu. A może uważasz, że ciągnęliśmy cię siłą, a ty się bardzo opierałaś, co?
Ale słowa Hermiony nie dawały Harry'emu spokoju nawet, kiedy położył się do łóżka. Pies czegoś strzegł... Co to mówił Hagrid? Gringott to najbezpieczniejsze miejsce na świecie, jeśli chce się to ukryć... może tylko Hogwart jest bezpieczniejszy...
Wyglądało na to, że Harry odkrył, gdzie jest teraz owinięta brązowym papierem paczka z krypty siedemset trzynaście.
-No tak - stwierdził ponuro Harry. - Zawsze o tym marzyłem. Żeby siedząc okrakiem na kiju od szczotki, zrobić z siebie głupca przed Malfoyem.
A z taką niecierpliwością wyczekiwał lekcji latania!
-A skąd wiesz, że zrobisz z siebie głupca? - zapytał rozsądnie Ron. - Wiem, że Malfoy wciąż opowiada, jaki to jest dobry w quidditchu, ale założę się, że to tylko puste przechwałki.
Malfoy istotnie wciąż mówił o lataniu. Uskarżał się głośno, że pierwszoroczniacy nigdy nie zasilają reprezentacji domów w quidditchu i opowiadał o sobie długie historie, które zawsze kończyły się jego udaną ucieczką pzed helikopterami mugoli. Ale nie tylko on: Seamus Finnigan twierdził, że całe dzieciństwo spędził, wałęsając się na miotle po okolicy. Nawet Ron opowiadał każdemu, kto zechciał go wysłuchać, jak lecąc na starej miotle Charliego, o mało nie wpadł na jakiś szybowiec. Wszyscy, którzy pochodzili z rodzin czarodziejskich, nieustannie rozmawiali o quidditchu. Ron zdążył już pokłócić się z Deanem Thomasem o piłkę nożną. Nie mógł zrozumieć, jak można się podniecać grą, w której jest tylko jedna piłka, a graczom nie pozwala się latać. Harry przyłapał kiedyś Rona na nakłuwaniu cyrklem plakatu Deana, przedstawiającego drużynę West Ham w akcji. Ron twierdził, że chciał po prostu zmusić piłkarzy do ruszenia się z miejsca.
Neville jeszcze nigdy nie siedział na kiju, ponieważ babka nie pozwalała mu się zbliżać do żadnej miotły. Harry uważał w duchu, że miała ku temu powody, bo Neville i tak miewał mnóstwo różnych wypadków, nawet nie odrywając stóp od ziemi.
Hermiona Granger również bardzo się denerwowała lataniem. Tego nie mogła się nauczyć na pamięć z książki, chociaż, rzecz jasna, próbowała. W czwartek, podczas śniadania, zanudzała ich mądrymi wskazówkami i radami, zaczerpniętymi z książki Quidditch przez wieki. Neville łowił chciwie każde jej słowo w nadziei, że dowie się czegoś, co mu się przyda, gdy po raz pierwszy dosiądzie miotły, ale wszyscy inni odetchnęli z ulgą, kiedy wykład Hermiony przerwało nadejście poczty.
Od czasu krótkiego liściku od Hagrida Harry nie dostał jeszcze żadnego listu, czego Malfoy nie omieszkał mu wytknąć. Sowa Malfoya wciąż mu przyniosła od rodziców paczki ze słodyczami, które otwierał łaskawie przy stole Ślizgonów.
Neville dostał małą paczuszkę od swojej babci. Otworzył niecierpliwie i pokazał wszystkim szklaną kulkę, która wyglądała, jakby ją napełniono białym dymem.
-To przypominajka! - wyjaśnił. - Babcia wie, że wciąż o czymś zapominam, a ta kulka daje znać, że czegoś zapomniało się zrobić. Zobaczcie, trzyma się ją mocno... o, tak... i jeśli zrobi się czerwona... - twarz mu się wydłużyła, bo przypominajka nagle zmieniła barwę na szkarłatną - to znaczy, że o czymś się zapomniało...
Neville próbował sobie przypomnieć, o czym zapomniał, kiedy Draco Malfoy, który właśnie przechodził koło ich stołu, wyrwał mu kulę z ręki.
Harry i Ron zerwali się na nogi. Już mieli rzucić się na Malfoya, kiedy pojawiła się profesor McGonagall, która zawsze potrafiła dostrzec, że coś się święci.
-Co tu się dzieje?
-Malfoy zabrał mi przypominajkę, pani profesor.
Malfoy rzucił mu jadowite spojrzenie i położył kulkę na stole.
-Chciałem tylko zobaczyć - powiedział i odszedł, a za nim, jak cienie, ruszyli Crabbe i Goyle.
Tego popołudnia, o trzeciej trzydzieści, Harry, Ron i inni Gryfoni zebrali się na wielkim trawniku przed zamkiem, aby odbyć pierwszą lekcję latania. Był słoneczny dzień, lekki wietrzyk mierzwił trawę pod ich stopami, kiedy schodzili łagodnym zboczem ku gładkiej, płaskiej łące, za którą majaczyła ciemna linia Zakazanego Lasu.
Ślizgoni już tam byli, a na ziemi leżało w równym rzędzie dwadzieścia mioteł. Harry słyszał, jak Fred i George Weasleyowie wybrzydzają na szkolne miotły, twierdząc, że niektóre z nich wpadają w wibracje, jeśli poleci się za wysoko, albo ściągają w lewo.
Pojawiła się ich nauczycielka, pani Hooch. Miała krótkie, szare włosy i żółte oczy jastrzębia.
-Na co czekacie? - przywitała ich opryskliwie. - Niech każdy stanie przy miotle. No, dalej, nie ociągać się!
Harry zerknął w dół na swoją miotłę. Wyglądała na starą; niektóre witki sterczały pod dziwnymi kątami.
-Wyciągnąć prawą rękę nad miotłą - zawołała pani Hooch - i powiedzieć "Do mnie"!
-DO MNIE! - wrzasnęli wszyscy.
Miotła Harry'ego natychmiast podskoczyła do jego ręki, ale był jednym z niewielu, którym to się udało. Miotła Hermiony Granger potoczyła się po trawie, a miotła Neville'a ani drgnęła. Harry pomyślał, że może miotły, tak jak konie, wyczuwają, kiedy ktoś się boi; w głosie Neville'a wyczuwało się lekkie drżenie, po którym można było wyraźnie poznać, że wolałby nie odrywać stóp od ziemi.
Pani Hooch pokazała im, jak dosiąść miotły, żeby się z niej nie ześlizgnąć, a następnie przeszła wzdłuż szeregów, poprawiając pozycję i chwyty. Harry i Ron ucieszyli się, kiedy powiedziała Malfoyowi, że źle to robi.
-Uwaga! Kiedy usłyszycie gwizdek, odepchniecie się mocno nogami od ziemi! Utrzymujcie miotły w równowadze, wznieście się na kilka stóp i lądujcie, wychylając się lekko do przodu. Na mój gwizdek... trzy... dwa...
Neville, zbyt przerażony perspektywą oderwania się od ziemi, poszybował w powietrze, zanim pani Hooch przytknęła gwizdek do warg.
-Wracaj! - krzyknęła, ale Neville leciał prosto w górę jak korek wystrzelony z butelki... dwanaście stóp... dwadzieścia stóp. Harry zobaczył jego białą twarz, przerażone spojrzenie wbite w uciekającą ziemię, otwarte usta, przechylenie tułowia w jedną stronę, w drugą, i...
ŁUP! Rozległo się głuche, nieprzyjemne łupnięcie i Neville leżał już w trawie jak worek kartofli. Jego miotła nadal wznosiła się w górę, potem skręciła leniwie ku Zakazanemu Lasowi i znikła im z oczu.
Pani Hooch pochylała się nad chłopcem blada jak on.
-Złamany nadgarstek - mruknęła. - No, chłopcze... nic ci nie będzie, wstawaj.
Wyprostowała się i zwróciła do całej klasy.
-Zabieram tego chłopca do skrzydła szpitalnego. Niech nikt nie waży się ruszyć z miejsca, zanim nie wrócę! Wystarczy, że któreś z was dotknie miotły, a wyleci z Hogwartu, zanim zdąży wypowiedzieć "quidditch". No, chodź, kochaneczku.
Neville, ze łzami na policzkach, ściskając się za nadgarstek, powlókł się przez trawę, objęty jej ramieniem.
Gdy tylko się oddalili, Malfoy wybuchnął głośnym śmiechem.
-Widzieliście jego twarz? Jak kawał białej plasteliny!
Ślizgoni uznali to za świetny dowcip.
-Zamknij się, Malfoy - warknęła Parvati Patil.
-Co, bronisz Longbottoma? - zapytała kpiącym tonem Pansy Parkinson, jedna ze ślizgońskich dziewczyn. - Nigdy bym nie pomyślała, Parvati, że lubisz takie małe, tłuste, rozmazane maluchy.
-Zobaczcie! - krzyknął Malfoy, podbiegając i podnosząc coś z trawy. - To ta głupia zabawka, którą mu przysłała babcia.
W jego ręku błysnęła przypominajka.
-Oddaj to, Malfoy - powiedział cicho Harry. Wszyscy zamilkli.
Malfoy uśmiechnął się drwiąco.
-Chyba ją tutaj gdzieś zostawię, żeby Longbottom mógł ją znaleźć... Na przykład... na drzewie.
-Oddaj ją! - ryknął Harry, ale Malfoy wskoczył na swoją miotłę i odbił się od ziemi. Nie kłamał, naprawdę umiał latać, i to całkiem nieźle. Podleciał aż do korony wielkiego dębu i zawołał:
-No, Potter, weź ją sobię!
Harry chwycił miotłę.
-Nie! - krzyknęła Hermiona Granger. - Pani Hoch mówiła, żebyśmy się nie ruszali z miejsca... Wszyscy będziemy mieli przez ciebie kłopoty!
Harry nie dbał o to. Krew pulsowała mu głośno w uszach. Dosiadł miotły i odepchnął się mocno od ziemi. Wystrzelił w powietrze jak pocisk; pęd rozwiał mu włosy, a szata łopotała za nim jak żagiel. Poczuł gwałtowny przypływ dzikiej radości - uświadomił sobie, że robi coś, czego nigdy się nie uczył, że to bardzo łatwe i... cudowne. Zadarł lekko kij, żeby wznieść się jeszcze wyżej, a z ziemi usłyszał podniecone wrzaski dziewczyn i donośny okrzyk podziwu Rona.
Zakręcił ostro, ustawiając się przodem do Malfoya. Malfoy miał dość głupi wyraz twarzy.
-Oddaj ją! - zawołał Harry - albo zrzucę cię z miotły!
-Tak? - odpowiedział Malfoy, starając się drwiąco uśmiechnąć, ale nie bardzo mu to wyszło.
W jakiś sposób Harry wiedział, co zrobić. Wychylił się do przodu, zacisnął obie dłonie na kiju i wystrzelił ku Malfoyowi jak oszczep. Malfoy w ostatniej chwili usunął się z drogi; Harry zakręcił ostro w miejscu i zatrzymał miotłę. Z dołu doleciały oklaski.
-Nie ma tu twoich goryli, Malfoy, nikt cię nie obroni! Zaraz skręcisz kark! - zawołał Harry.
Najwyraźniej do Malfoya też to dotarło.
-Więc złap ją, jeśli potrafisz! - krzyknął i cisnął szklaną kulkę wysoko w powietrze, a sam poszybował ku ziemi.
Harry zobaczył - jak na zwolnionym filmie - że kulka wznosi się, skierował koniec miotły ostro w dół i w następnej chwili poszybował za spadającą kulką z zawrotną szybkością. Powietrze gwizdało mu w uszach, mieszając się z wrzaskami obserwujących to kolegów... wyciągnął rękę... schwycił kulkę zaledwie o stopę nad ziemią, poderwał miotłę i wylądował miękko na trawie, z przypominajką w ręku.
-HARRY POTTER!
Serce zabiło mu jeszcze szybciej niż przed chwilą, kiedy nurkował w powietrzu. Zobaczył biegnącą ku nim profesor McGonagall. Staną na nogach, drżąc ze strachu.
-Jeszcze nigdy... póki jestem w Hogwarcie... - Profesor McGonagall miała wyraźnie trudności z mówieniem, a jej okulary płonęły niepokojącym blaskiem. - Jak śmiałeś... mogłeś sobię skrcić kark...
-To nie jego wina, pani profesor...
-Cicho bądź, Patil...
-Ale Malfoy...
-Dosyć, panie Weasley! Potter, za mną.
Harry zdążył dostrzec triumfalne uśmiechy na twarzach Malfoya, Crabbe'a i Goyle'a i ruszył za profesor McGonagall, zmierzającą wielkimi krokami do zamku. Wiedział, że za chwile wyleci ze szkoły. Chciał coś powiedzieć na swoje usprawiedliwienie, ale nie mógł wydobyć głosu. Profesor McGonagall szła, nie oglądając się na niego, a szła tak szybko, że musiał biec, żeby dotrzymać kroku. No i po wszystkim. Nie wytrwał nawet dwóch tygodni. Za dziesięć minut będzie już spakowany. Co powiedzą Dursleyowie, jak go zobaczą na progu domu?
Wspięli się po schodach wejściowych, potem po marmurowych wewnętrznych, a profesor McGonagall nie odezwała się do niego ani jednym słowem. Otwierała z trzaskiem drzwi i mijała korytarz za korytarzem, a Harry biegł za nią truchtem, pogrążony w czarnych myślach. Może prowadzi go do Dumbledore'a? Pomyślał o Hagridzie: jego też wyrzucili, ale pozwolili mu zostać i zrobili gajowym. Może mógłby być jego pomocnikiem? Poczuł niemiły ucisk w brzuchu, gdy sobie to wyobraził: Ron i inni zostają czarodziejami, a on włóczy się po parku, nosząc torbę za Hagridem.
Profesor McGonagall zatrzymała się przy drzwiach jednej z klas. Otworzyła drzwi i zajrzała do środka.
-Przepraszam, profesorze Flitwick, czy mogę na chwilę zabrać Wooda?
Wood? A co to takiego? Może jakieś narzędzie do chłosty?
Ale Wood okazał się osobą - tęgim młodzieńcem z piątego roku, który wyszedł z klasy profesora Flitwicka z niepewną miną.
-Obaj za mną - rzuciła profesor McGonagall, więc pomaszerowali za nią korytarzem. Wood przyglądał się Harry'emu z ciekawością.
-Tutaj. - Wprowadziła ich go jakiejś klasy, zupełnie pustej, jeśli nie liczyć Irytka, który wypisywał na tablicy sprośne słowa.
-Iryt, wynocha! - warknęła.
Irytek wrzucił krędę do blaszanego kosza na śmieci, robiąc przy tym sporo hałasu, i wyszedł z klasy, głośno przeklinając. Profesor McGonagall zatrzasnęła za nim drzwi i odwróciła się do dwóch chłopców.
-Potter, to jest Oliver Wood. Wood... znalazłam ci szukającego.
Wood cały się rozpromienił.
-Poważnie, pani profesor?
-Absolutnie. Ten chłopiec to urodzony szukający. Jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Potter, pierwszy raz siedziałeś na miotle?
Harry kiwnął głową w milczeniu. Nie miał zielonego pojęcia, o co chodzi, ale wszystko wskazywało na to, że nie wyrzucają go ze szkoły. Powoli odzyskiwał czucie w nogach.
-Złapał małą kulkę, nurkując za nią z wysokości pięćdziesięciu stóp - oznajmiła profesor McGonagall. - I nawet się nie zadrasnął. Nawet Charlie Weasley nie dokonałby czegoś takiego.
Wood wyglądał teraz tak, jakby nagle ziściły się wszystkie jego marzenia.
-Potter, widziałeś już mecz quidditcha? - zapytał podnieconym tonem.
-Wood jest kapitanem drużyny Gryfonów - wyjaśniła profesor McGonagall.
-Zbudowany jak należy - rzekł Wood, obchodząc Harry'ego i przyglądając mu się uważnie. - Lekki... szybki... trzeba będzie dać mu przyzwoitą miotłę, pani profesor... Myślę, że Nimbusa Dwa Tysiące albo Siódemkę Zmiatacza.
-Porozmawiam z profesorem Dumbledore'em i zobaczymy, czy da się trochę nagiąć przepisy. Musimy mieć o wiele lepszą drużynę niż w zeszłym roku. W ostatnim meczu Ślizgoni po prostu nas zmiażdżyli, przez parę tygodni nie mogłam spojrzeć Severusowi Snape'owi w oczy...
Spojrzała surowo na Harry'ego znad okularów.
-Tylko żebyś mi się wziął ostro za trenowanie, Potter, bo mogę jeszcze zastanowić się nad karą za ten wybryk.
A potem nagle uśmiechnęła się.
-Twój ojciec byłby z ciebie dumny - powiedziała. - Sam był znakomitym graczem.
-Żartujesz.
Siedzieli przy obiedzie. Harry kończył opowiadać Ronowi, co się stało, kiedy profesor McGonagall zaprowadziła go do zamku. Ron podnosił właśnie do ust widelec z kawałkiem steku, ale zapomniał o tym i ręka zamarła mu w powietrzu.
-Szukający? Daj spokój, pierwszoroczniacy nigdy... Słuchaj, byłbyś chyba najmłodszym graczem w...
-...w tym stuleciu - skończył Harry, wkładając sobie do ust kawał strudla. Po tych wszystkich przejściach był wściekle głodny. - Wood mi powiedział.
Ron był tak wstrząśnięty, że po prostu siedział i gapił się na Harry'ego.
-W przyszłym tygodniu zaczynam trenować - oznajmił Harry. - Tylko nie mów nikomu. Wood chce utrzymać to w tajmnicy.
Weszli Fred i George Weasleyowie, zobaczyli Harry'ego i natychmiast do niego podeszli.
-Dobra robota - powiedział cicho George. - Wood nam powiedział. My też jesteśmy w drużynie... jako napastnicy.
-Mówię wam, w tym roku zdobywamy puchar - powiedział Fred. - Straciliśmy go, kiedy odszedł Charlie, ale w tym roku będziemy mieć superdrużynę. Musisz być naprawdę dobry, Harry, Wood aż podskakiwał, jak nam o tym mówił.
-No dobra, idziemy. Lee Jordan twierdzi, że znalazł nowe tajne wyjście ze szkoły.
-Założę się, że chodzi mu o to samo, które znaleźliśmy rok temu. Wiesz, to za posągiem Grzegorza Przymilnego.
Zaledwie odeszli, gdy pojawił się ktoś o wiele mniej pożądany; Malfoy w towarzystwie swoich goryli.
-Co, zjadłeś już swój ostatni obiadek, Potter? O której masz pociąg powrotny do świata mugoli?
-Widzę, że teraz, na ziemi i w towarzystwie swoich małych koleżków, wróciła ci odwaga - odpowiedział chłodno Harry.
Oczywiście o Crabbe i Goyle'u wszystko można było powiedzieć, tylko nie że są mali, ale za stołem nauczycielskim siedziało mnóstwo osób i trójka Ślizgonów mogła tylko zaciskać pięści i rzucać wściekłe spojrzenia.
-Mogę w każdej chwili sam się z tobą zmierzyć - powiedział Malfoy. - Dziś w nocy, jeśli chcesz. Pojedynek czarodziejów. Tylko różdżki, bez kontaku. Co jest? Nigdy nie słyszałeś o pojedynku czarodziejów?
-Pewnie, że słyszał - powiedział Ron, odwracając się do niego. - Ja jestem jego sekundantem, a kto jest twoim?
Malfoy zmierzył wzrokiem Crabbe'a, a potem Goyle'a.
-Crabbe - oświadczył. - O północy, pasuje wam? Spotkamy się w Izbie Pamięci, zawsze jest otwarta.
Kiedy Malfoy odszedł, Ron i Harry wymienili spojrzenia.
-Ron, co to jest pojedynek czarodziejów? - zapytał Harry. - I o co chodzi z tym sekundantem?
-No... sekundant zastępuje walczącego, jeśli ten polegnie - odpowiedział Ron, zabierając się do swojego zimnego już strudla. Zerknął na Harry'ego i dodał szybko - Ale ludzie giną tylko w prawdziwych pojedynkach, no wiesz, z prawdziwymi czarodziejami. Ty i Malfoy możecie najwyżej strzelić w siebie paroma iskrami. Przecież żaden z was nie zna się na magii na tyle, by zrobić drugiemu krzywdę. W każdym razie na pewno myślał, że nie przyjmiesz wyzwania.
-A co będzie, jeśli machnę różdżką i nic się nie stanie?
-Ja wiem? Może ją żucisz i rąbniesz go w nos - zaproponował Ron.
-Przepraszam.
Oboje spojrzeli w górę i zobaczyli Hermionę Granger.
-Czy już nie można zjeść spokojnie obiadu? - zapytał Ron.
Hermiona zlekceważyła go i zwróciła się do Harry'ego.
-Niechcący usłyszałam, o czym rozmawiałeś z Malfoyem...
-Założę się, że bardzo chcący - mruknął Ron.
-I chcę ci przypomnieć, że nie możesz chodzić po szkole w nocy, sam pomyśl, ile punktów straci przez ciebie Gryffindor, jak cię złapią, a złapią na pewno.
To naprawdę bardzo egoistyczna postawa.
-A ty naprawdę nie powinnaś się wtrącać w bardzo nie swoje sprawy - odpowiedział Harry.
-Do widzenia - dodał Ron.
Mimo wszystko trudno to nazwać w pełni szczęśliwym zakończeniem tego obfitującego w wydarzenia dnia, myślał Harry, wsłuchując się w równe oddechy Deana i Seamusa (Neville został w skrzydle szpitalnym). Ron przez cały wieczór udzielał mu rad w rodzaju: "Jak spróbuje rzucić jakieś zaklęcie, lepiej zrób unik, bo nie pamiętam, jak się je blokuje". Istniało duże prawdopodobieństwo, że zostaną przyłapani przez Filcha albo Panią Norris i Harry czuł, że sam kusi los, łamiąc kolejny punkt regulaminu szkolnego w jednym dniu. Z drugiej strony, widział wciąż w ciemności drwiący uśmiech Malfoya, a nadarzała się rzadka szansa, by zmierzyć się z nim twarzą w twarz. Nie mógł jej zmarnować.
-Pół do dwunastej - mruknął w końcu Ron. - Trzeba iść.
Założyli szlafroki, wzięli różdżki i wymknęli się z dormitorium. Zeszli spiralnymi schodami na dół, do pokoju wspólnego. Na kominku jeszcze się żarzyło kilka węgielków, a ich słaby blask zamieniał fotele w ciemne, przygarbione postacie gnomów. Byli już prawie przy dziurze za portretem, kiedy z najbliższego fotela odezwał się głos:
-Nie mogę uwierzyć, że jednak to robisz, Harry.
Błysnął płomyk lampy. Hermoina Granger, w różowej koszuli nocnej, patrzyła na nich z wyrzutem.
-To ty! - syknął Ron zduszonym głosem. - Wracaj do łóżka!
-Już chciałam powiedzieć twojemu bratu, Percy'emu, jest prefektem i na pewno by was powstrzymał.
Harry nie mógł uwierzyć, że ktoś może być tak wścibski i namolny.
-Idziemy - powiedział Ron. Nacisnął portret Grubej Damy i przelazł przez dziurę w obrazie.
Hermiony nie można było jednak pozbyć się tak łatwo.
Przelazła przez otwór za Ronem, sycząc na nich jak rozwścieczona gęś.
-Myślicie tylko o sobie, może byście pomyśleli o Gryffindorze... nie chce, żeby Slytherin zdobył Puchar Domów, a przez was stracimy wszystkie punkty, które zdobyłam u McGonagall za zaklęcia świetlne...
-Zjeżdżaj.
-Dobra, ale pamiętajcie, że was ostrzegłam, po prostu przypomnijcie sobie o tym, jak będziecie jutro siedzieć w pociągu... naprawdę, jesteście tacy..
Nie dowiedzieli się jednak, jacy są. Hermiona odwróciła się w stronę portretu Grubej Damy, żeby wyjść z powrotem i stwierdziła, że patrzy na puste płótno. Gruba Dama wybrała się z jakąś nocną wizytą i Hermiona została uwięziona w wieży Gryffindoru.
-No i co mam teraz zrobić? - zapytała piskliwym głosem.
-To już twój problem - odpowiedział Ron. - My musimy iść, bo się spóźnimy.
Nie zdążyli dojść do końca korytarza, kiedy ich dogoniła.
-Idę z wami - oznajmiła.
-Nie idziesz.
-A co, myślicie, że będę tam stała i czekała na Filcha? Jak nas wszystkich złapie, to powiem prawdę, że próbowałam was zatrzymać, a wy to możecie potwierdzić.
-No nie, jesteś naprawdę bezczelna... - powiedział głośno Ron.
-Zamknijcie się oboje! - szepnął ostro Harry. - Coś słyszałem.
Teraz wszyscy troje usłyszeli jakieś sapanie.
-Pani Norris? - wyszeptał Ron, wpatrując się w ciemność.
To nie była Pani Norris. To był Neville. Leżał, zwinięty w kłębek, na podłodze i spał w najlepsze, ale wzdrygnął się i otworzył oczy, kiedy podeszli bliżej.
-Jak to dobrze, że mnie znaleźliście! Siedzę tu od kilku godzin, zapomniałem nowego hasła i nie mogę wrócić do łóżka.
-Neville, mów ciszej, dobra? Hasło brzmi "Świński ryj", ale i tak by ci nie pomogło, bo Gruba Dama dokądś sobie poszła.
-Jak tam twoja ręka? - zapytał Harry.
-W porządku - odpowiedział Neville, pokazując im rękę. - Pani Pomfrey nastawiła mi ją w ciągu minuty.
-Dobra... ale słuchaj, Neville, musimy coś załatwić, zobaczymy się później...
-Nie zostawiajcie mnie! - zawołał Neville zduszonym głosem, zrywając się na równe nogi. - Nie zostanę tu sam... Krwawy Baron przechodził już dwa razy.
Ron zerknął na zegarek i popatrzył ze złością najpierw na Hermionę, a potem na Neville'a.
-Słuchajcie, jeśli wpadniemy przez któreś z was, nie spocznę, dopóki nie nauczę się tej Klątwy Upiorów, o której mówił nam Quirrel, i użyję jej wobec was.
Hermiona już otworzyła usta, prawdopodobnie chcąc Ronowi powiedzieć, jak się używa Klątwy Upiorów, ale Harry syknął na nią, by milczała, i wszyscy czworo ruszyli naprzód.
Przemykali się korytarzami pociętymi pasmami księżycowego blasku sączącego się z wysokich okien. Za każdym zakrętem Harry spodziewał się wpaść na Filcha albo Panią Norris, ale mieli szczęście. Wbiegli po schodach na trzecie piętro i na palcach weszli do Izby Pamięci.
Malfoya i Crabbe'a jeszcze nie było. Kryształowe szkatułki migotały w świetle księżyca. Puchary, tarcze, talerze i statuetki pobłyskiwały srebrem i złotem w ciemności. Przywarli do ściany, wpatrując się raz w jedne, raz w drugie drzwi po obu stronach sali. Harry wyjął różdżkę na wypadek, gdyby Malfoy nagle wbiegł i od razu zaczął pojedynek. Minuty pełzły powoli.
-Spóźnia się, może stchórzył - szepnął Ron.
Nagle z sąsiedniego pokoju dobiegł jakiś odgłos. Wszyscy podskoczyli. Harry już podniósł różdżkę, gdy usłyszeli czyjś głos - i nie był to głos Malfoya.
-Rozejrzyj się, moja kochana, mogą siedzieć gdzieś w ciemnym kącie.
To był Filch, a przemawiał do Pani Norris. Ogarnięty paniką Harry machnął na resztę i zaczął się skradać do drzwi, byle dalej od głosu Filcha. Ledwo szata Neville'a zniknęła za drzwiami, kiedy usłyszeli, że Filch wchodzi do Izby Pamięci.
-Muszą tu gdzieś być - rozległ się jego głos. - Pewno się ukrywają.
-Tędy! - szepnął Harry i ruszyli długą galerią, obstawioną zbrojami. Filch był coraz bliżej. Neville nagle wydał z siebie zduszony pisk i zaczął biec, potknął się, złapał Harry'ego wpół i obaj wpadli prosto na stojącą zbroję.
Łoskot był tak straszny, że wystarczył, by obudzić cały zamek.
-BIEGIEM! - ryknął Harry i cała czwórka pognała, nie oglądając się za siebie. Przelecieli przez wejście do galerii popędzili korytarzami, Harry na przedzie, nie mając zielonego pojęcia, dokąd biegną. Przedarli się przez jakąś tkaninę ścienną, przebiegli przez jakieś tajne przejście, o którego istnieniu dotąd nie wiedzieli, i wyszli tuż obok pracowni zaklęć - a więc w zupełnie innej części zamku.
-Chyba go zgubiliśmy - wysapał Harry, opierając się o zimną ścianę i ocierając czoło. Neville, zgięty w pół, rzęził i pluł.
-Mówiłam... mówiłam - wydyszała Hermiona, przyciskając rękę do piersi. - Mówiłam...
-Musimy jakoś wrócić do naszej wieży - powiedział Ron - a im szybciej, tym lepiej.
-Malfoy zrobił z ciebie balona. - Hermiona zwróciła się do Harry'ego. - Chyba to do ciebie dotarło, co? W ogóle nie miał zamiaru pojedynkować się z tobą... Filch wiedział, że coś ma być w Izbie Pamięci... to Malfoy musiał dać mu cynk.
Harry pomyślał, że to bardzo prawdopodobne, ale nie zamierzał przyznać jej racji.
-Idziemy.
Ale nie było to takie proste. Przeszli zaledwie z tuzin kroków, kiedy szczęknęła klamka i coś wystrzeliło z klasy prosto na nich.
Był to Irytek. Na ich widok zakwiczał z radości.
-Zamknij się, Irytku... naprawdę... przez ciebie wylecimy ze szkoły.
Irytek zacmokał.
-Spacerujemy sobie po nocy, co? Tiu-tiu-tiu, maluchy, nie wolno, nie... Niegrzeczne maluszki, złapią was za uszki.
-Tylko wtedy, jak nas wydasz. Irytku, prosimy...
-Powinienem powiedzieć Filchowi - oświadczył Irytek niewinnym głosem, a w jego oczach płonęła czysta podłość. - Sami wiecie, że to dla waszego dobra.
-Zjeżdżaj! - warknął Ron i zamachnął się na niego.
Był to poważny błąd.
-UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ! UCZNIOWIE NIE ŚPIĄ I SĄ NA KORYTARZU PRZY PRACOWNI ZAKLĘĆ!
Zanurkowali pod Irytkiem i puścili się biegiem do drzwi na końcu korytarza. Były zamknięte na amen.
-To już koniec! - jęknął Ron, napierając na drzwi. - Jesteśmy ugotowani! To koniec!
Usłyszeli kroki nadbiegającego Filcha.
-Och, odejdźcie, szybko! - krzyknęła Hermiona.
Wyrwała Harry'emu różdżkę z ręki, stuknęła nią w zamek i szepnęła:
-Alohomora!
Zamek szczęknął i drzwi same się otworzyły. Przebiegli przez nie i zatrzasnęli za sobą, a potem przyłożyli do nich uszy, nasłuchując.
-Którędy poszli, Irytku? - rozległ się głos Filcha. - No, szybciej, mów!
-Powiedz: "proszę".
-Nie przekomarzaj się ze mną, tylko gadaj, którędy poszli!
-Powiem ci to, jak powiesz:"proszę" - odrzekł Irytek swoim nudnym, śpiewnym głosem.
-No dobrze... proszę.
-TO! Ha-ha-haaa! Przecież ci powiedziałem, że powiem ci TO! Ha-ha! Ha-ha-haaaaa!
Usłyszeli oddalające się kroki i soczyste przekleństwa Filcha.
-On myśli, że drzwi są zamknięte - wyszeptał Harry. - Chyba nam się uda... odczep się, Neville! - Neville od minuty ciągnął go za rękaw szlafroka. - No co?
Harry odwrócił się i bardzo wyraźnie zobaczył CO. Przez chwilę nie był pewien, czy to nie koszmar senny - tego już było po prostu za wiele, po tym wszystkim, co do tej pory się wydarzyło.
Nie byli w żadnym pokoju, w żadnej komnacie czy klasie. Byli w korytarzu. W zakazanym korytarzu na trzecim piętrze. I teraz już wiedzieli, dlaczego jest zakazany.
Patrzyli prosto w ślepia monstrualnego psa - psa, który wypełniał całą przestrzeń między sufitem a podłogą. Pies miał trzy głowy. Trzy pary wytrzeszczonych, wściekłych oczu, trzy nosy, dygocące i marszczące się w ich stronę, trzy potworne pyski o żółtych kłach, z których wisiały strąki śliny.
Stał nieruchomo, wpatrując się w nich sześcioma oczami, i Harry zrozumiał, że jedyną przyczyną, dla której jeszcze żyli, było zaskoczenie ich nagłym pojawieniem się za tymi drzwiami, ale to zaskoczenie już mijało, co można było poznać po narastającym głuchym warczeniu.
Harry wymacał klamkę - mając do wyboru pewną śmierć i Filcha, wybrał Filcha.
Rzucili się do tyłu, Harry zatrzasnął drzwi, a potem popędzili - prawie polecieli jak na miotłach - mrocznym korytarzem. Filch musiał odejść, żeby szukać ich gdzie indziej, bo nigdzie go nie było, ale i tak w ogóle o to nie dbali - chcieli tylko być jak najdalej od trójgłowego potwora. Nie zatrzymali się, póki nie dobiegli do portretu Grubej Damy na siódmym piętrze.
-A gdzie wy, na miłość boską, byliście? - zapytała, patrząc na ich szlafroki, ledwo trzymające się na ramionach, i różowe, spocone twarze.
-Nieważne... świński ryj, świński ryj - wydyszał Harry, a portret wysunął się do przodu. Przeleźli przez dziurę do pokoju wspólnego i padli, rozdygotani, na fotele.
-Co oni sobie myślą, trzymając coś takiego w szkole? - odezwał się w końcu Ron. - W ciasnym korytarzu? Ten pies potrzebuje jakiegoś wybiegu.
Hermiona odzyskała już oddech i zły humor.
-Nie macie oczu? - warknęła. - Nie widzieliście, na czym on stał?
-Może na podłodze? - zapytał drwiąco Harry. - Nie patrzyłem mu pod łapy, byłem zajęty jego głowami.
-Nie, nie na podłodze. Stał na jakiejś klapie. Najwyraźniej czegoś pilnuje.
Wstała, obrzucając ich wściekłym spojrzeniem.
-Mam nadzieję, że jesteście zadowoleni. Mogliśmy wszyscy zginąć... albo zostać wyrzuceni ze szkoły. A teraz, jeśli nie macie nic przeciwko temu, pójdę do łóżka.
Ron spojrzał na nią, usta miał otwarte.
-Nie, nie mamy nic przeciwko temu. A może uważasz, że ciągnęliśmy cię siłą, a ty się bardzo opierałaś, co?
Ale słowa Hermiony nie dawały Harry'emu spokoju nawet, kiedy położył się do łóżka. Pies czegoś strzegł... Co to mówił Hagrid? Gringott to najbezpieczniejsze miejsce na świecie, jeśli chce się to ukryć... może tylko Hogwart jest bezpieczniejszy...
Wyglądało na to, że Harry odkrył, gdzie jest teraz owinięta brązowym papierem paczka z krypty siedemset trzynaście.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)